Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
— O, właśnie! Miałam zamiar powiedzieć…
— Nic już nie powiesz!
— Z pewnością mam takie samo prawo do wyrażania swej opinii, jak każdy.
— Nie w moim gabinecie! Siostro Marie Charles!
— Słucham pana!
— Czy pamiętasz jeszcze coś z tego dżudo, którego się nauczyłaś, gdy pracowałaś w policji w Detroit?
— Tak jest!
— Zabierz stąd tę „jentę”!
Wysoka zakonnica uśmiechnęła się, zacierając ręce. To, co zaszło później, wydarzyło się tak błyskawicznie, że nie jestem zdolny tego opisać. Abigail wprost wyfrunęła z gabinetu świętego Piotra.
Święty Piotr usiadł na fotelu, westchnął i sięgnął po swą szklankę z coca-colą.
— Ta kobieta zmogłaby nawet cierpliwość Hioba. Jak długo byłeś z nią żonaty?
— Hmm. Nieco ponad tysiąc lat.
— Rozumiem. Po co po nią posłałeś?
— Nie posyłałem po nią. To jest, nie chciałem tego zrobić — zacząłem się tłumaczyć.
Przerwał mi:
— No, jasne! Dlaczego od razu nie powiedziałeś, że szukasz swojej konkubiny? Wprowadziłeś w błąd Mary Rose. Tak jest, wiem, o kogo ci chodzi: ta „zaftig sziksa”, która przewija się przez całą późniejszą część twojego dossier. Bardzo miła dziewczyna, jak mi się zdaje. Czy to jej szukasz?
— Niewątpliwie. W dniu, w którym zabrzmiały głos i trąba, porwało nas w górę razem. Ale ta trąba powietrzna, prawdziwie kansaskie tornado, była tak gwałtowna, że zostaliśmy gwałtownie rozdzieleni.
— Szukałeś jej już wcześniej. Wpłynęło pytanie z budki informacyjnej nad brzegiem rzeki.
— To prawda.
— Aleksandrze, to zapytanie stanowi ostatni punkt twojego dossier. Mogę im kazać, żeby powtórzyli poszukiwania… ale mogę ci z góry powiedzieć, że w ten sposób zdobędziesz tylko potwierdzenie. Odpowiedź będzie ta sama. Tu jej nie ma.
Wstał i podszedł do mnie, aby położyć rękę na moim ramieniu.
— Widziałem tę tragedię powtarzającą się niezliczoną ilość razy. Zakochana para, pewna, że spędzi ze sobą wieczność. Jedno przychodzi tutaj, a drugie nie. Cóż mogę ci poradzić? Chciałbym ci jakoś pomóc, ale nie mogę.
— Święty Piotrze, musiała zajść pomyłka!
Nie odpowiedział.
— Posłuchaj mnie! Wiem to na pewno! Byliśmy tuż obok siebie, klęcząc przy prezbiterium i modląc się… i na chwilę przed nadejściem trąby i głosu Duch Święty zstąpił na nas. Znaleźliśmy się w stanie doskonałej łaski i zostaliśmy porwani razem. Spytaj Jego! Spytaj Jego! On ciebie wysłucha.
Piotr westchnął ponownie:
— On wysłucha każdego, ale czy odpowie? Spróbuję jednak zapytać.
Wziął w rękę słuchawkę telefonu, który wyglądał tak staroświecko, że mógłby go zbudować sam Alexander Graham Bell.
— Charlie, połącz mnie z Upiorkiem. Dobra, zaczekam. Cześć! Mówi Piotrek z bramy głównej. Czy słyszałeś, żeby przybył ktoś nowy? Nie? Ja też nie. Posłuchaj, jest sprawa. Cofnij się, proszę, do dnia głosu i trąby, gdy w imię Dzieciątka porwałeś żywcem wszystkie wcielone dusze, które znajdowały się w tej chwili w stanie łaski. Umieść się przy drodze w miejscu zwanym Lowell, w stanie Kansas, to jest Ameryka Północna, na mityngu pod namiotem. Jesteś tam? A więc, jak twierdzi niejaki Alexander Hergensheimer, obecnie kanonizowany, przynajmniej na kilka femtosekund przed dźwiękiem trąby zstąpiłeś na niego i jego ukochaną konkubinę, Margrethe. Zgodnie z opisem ma ona około trzech i pół łokcia wzrostu, blondynka, piegowata, osiemdziesiąt mina… och, tak? Za późno, co? Tego się obawiałem. Powiem mu to.
Przerwałem mu szepcząc niecierpliwie:
— Zapytaj go, gdzie ona jest.
— Szefie, święty Aleksander jest pogrążony w rozpaczy. Chce wiedzieć, gdzie ona jest. Tak, powiem mu.
Święty Piotr odłożył słuchawkę.
— Nie ma jej w niebie ani na Ziemi. Sam możesz wydedukować odpowiedź. Przykro mi.
Muszę przyznać, że święty Piotr okazał mi nieskończoną cierpliwość. Zapewniał mnie, że mogę porozmawiać z każdym z Trójcy… lecz przypomniał mi, że pytając Ducha Świętego, zapytaliśmy wszystkich trzech jednocześnie. Sprawdził po raz kolejny listę uniesionych w zachwyceniu, pochodzących z otwartych grobów oraz wciąż uzupełnianą listę tych, którzy przybyli od tego czasu, a jednocześnie przypomniał mi, że żaden komputer nie może zaprzeczyć nieomylnej odpowiedzi udzielonej przez samego Boga, przemawiającego w osobie Ducha Świętego… co zrozumiałem i z czym się zgodziłem, choć wciąż domagałem się nowych poszukiwań.
— A może na Ziemi? — zapytałem. — Czy może jeszcze żyć? Może jest w Kopenhadze?
— Aleksandrze, On jest równie wszechwiedzący na Ziemi, jak w niebie — odrzekł Piotr. — Czy tego nie rozumiesz?
Westchnąłem głęboko:
— Widzę, że starałem się nie przyjąć do wiadomości tego, co oczywiste. No dobrze, jak się stąd dostać do piekła?
— Alec! Nie mów tak!
— Niech mnie diabli, jeśli nie będę! Piotrze, wieczność bez niej nie oznacza wiecznego szczęścia, lecz wieczną nudę, samotność i żal. Czy myślisz, że ta cholerna paradna aureola coś dla mnie znaczy, gdy wiem — tak jest, przekonałeś mnie — że moja ukochana płonie w czeluści? Nie prosiłem o wiele. Chciałem tylko, żeby było mi wolno być przy niej. Byłem gotów zmywać naczynia przez całą wieczność, byle tylko widzieć jej uśmiech, słyszeć jej głos, czuć dotyk jej ręki! Spławili ją stąd przez czystą formalność! Wiesz o tym dobrze! Anioły, te źle wychowane snoby, mieszkają tu, choć nie kiwnęły nawet palcem, żeby na to zasłużyć, a moja Marga, jedyna, która zasługuje na miano prawdziwego anioła, zostaje odrzucona i wysłana do piekła na wieczne męczarnie z powodu dziecinnego drobiazgu! Możesz powiedzieć Ojcu, Jego miodoustemu Synowi i temu podstępnemu Duchowi, że mogą sobie wsadzić gdzieś to paradne Miasto Święte! Jeśli Margrethe musiała pójść do piekła, ja również chcę się tam znaleźć!
— Wybacz mu, Ojcze — rzekł Piotr. — Ogarnął go żal i nie wie, co mówi.
Uspokoiłem się trochę.
— Święty Piotrze, doskonale wiem, co mówię. Nie chcę tu zostać. Moja ukochana jest w piekle i też chcę się tam udać. Muszę się tam udać.
— Alec, zapomnisz o tym.
— Czy nie rozumiesz tego, że nie chcę o tym zapomnieć? Chcę być z moją ukochaną i dzielić jej los. Powiedziałeś mi, że ona jest w piekle…
— Nie. Powiedziałem ci tylko, że nie ma jej w niebie ani na Ziemi.
— Czy istnieje jeszcze jakieś czwarte miejsce? Otchłań, czy coś takiego?
— Otchłań to mit. Nie słyszałem o żadnym czwartym miejscu.
— Chcę więc natychmiast opuścić niebo i przeszukać całe piekło. Jak mam to zrobić?
Piotr wzruszył ramionami.
— Do diabła, nie zbywaj mnie! Od dnia, gdy przeszedłem przez ten ogień, nieustannie jestem zbywany! Czy jestem tu więźniem?
— Nie!
— Powiedz mi więc, jak pójść do piekła!
— Zgoda. Nie możesz jednak wziąć ze sobą tej aureoli. Nie wpuszczą cię tam z nią.
— Nie prosiłem o nią. Chodźmy!
Niebawem stanąłem na krawędzi Bramy Judy, eskortowany przez dwa anioły. Piotr nie pożegnał się ze mną. Myślę, że był zdegustowany. Było mi przykro z tego powodu. Bardzo go polubiłem. Nie mogłem jednak mu wytłumaczyć, że niebo bez Margrethe nie było dla mnie niebem. Stanąłem nad krawędzią.
— Chcę, żebyście przekazali świętemu Piotrowi, że…
Anioły nie zwróciły uwagi na to, co mówiłem. Złapały mnie z obu stron i cisnęły w dół.