Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
— Margie mogła być zapisana pod panieńskim nazwiskiem.
— To właśnie im podałem!
— Och. Myślałam, że kazałeś im odszukać „Margie Graham”.
— Nie. Czy powinienem wrócić i to zrobić?
— Na razie nie. A kiedy to zrobisz — jeśli będzie to konieczne — nie wracaj do tej budki informacyjnej, lecz udaj się prosto do biura świętego Piotra. Tam będziesz miał do czynienia z ludźmi, nie z aniołami.
— O to właśnie mi chodzi!
— Tak. Najpierw jednak spróbuj w tej spółdzielni. To nie jest biurokratyczna instytucja. Jest ona założona przez ochotników — ludzi, którym naprawdę na tym zależy. To dzięki nim Steve odnalazł mnie po swojej śmierci. Nie znał mojego nazwiska. Zresztą nie używałam go od lat. Nie znał daty ani miejsca mojej śmierci. Mimo to pewna starsza dama w tej spółdzielni sprawdzała po kolei wszystkie kobiety o imieniu Hazel, zanim Steve nie powiedział: „Tak jest”!
Gdyby sprawdził tylko w Głównym Biurze Ewidencji — u świętego Piotra — odpowiedzieliby mu: „Brak wystarczających danych i identyfikacji”. — Hazel uśmiechnęła się.
— W tej spółdzielni są ludzie z wyobraźnią — ciągnęła. — Zetknęli mnie z Luke’em, choć za życia się nie znaliśmy. Gdy zmęczyłam się już wałęsaniem bez celu, doszłam do wniosku, że chciałabym prowadzić małą restaurację. To najlepszy sposób na poznawanie ludzi i zaprzyjaźnianie się z nimi. Zgłosiłam się więc do tej spółdzielni, a oni nastawili swe komputery na hasło „kucharz” i po wielu nieudanych próbach poznaliśmy się z Luke’em, weszliśmy w spółkę i założyliśmy „Świętą Krowę”. W podobny sposób zdobyliśmy Alberta.
Hazel, podobnie jak Katie Farnsworth, jest kobietą, której sama obecność wywiera uzdrawiający wpływ na otoczenie. Ma jednak do tego praktyczne podejście, podobnie jak mój skarb. Zaproponowała, że upierze moje brudne ubranie i pożyczyła mi szaty Steve’a, abym. je założył, zanim moje nie wyschną. Znalazła dla mnie lusterko i kostkę mydła, co pozwoliło mi wreszcie zgolić mój pięciodniowy (siedmioletni?) zarost. Moja jedyna żyletka przypominała raczej tępą piłę niż ostry nóż, lecz pół godziny cierpliwego ostrzenia o wnętrze szklanki (nauczyłem się tej sztuczki w seminarium) doprowadziło ją do stanu tymczasowej używalności.
Teraz jednak musiałem się porządnie ogolić, choć robiłem to — czy próbowałem zrobić — kilka godzin temu. Nie wiem, jak długo trwała moja wędrówka, wiem jednak, że goliłem się cztery razy… stosując zimną wodę, dwukrotnie bez mydła, a raz systemem Braille’a — bez lustra. Chociaż zainstalowano wodociągi na użytek istot cielesnych… nie odpowiadały one jednak amerykańskim standardom jakości. Nic w tym dziwnego, gdyż aniołom wodociągi nie są potrzebne, a większość istot cielesnych miała niewielkie, lub zgoła żadne, doświadczenie w tej sprawie. Ludzie pracujący w spółdzielni okazali się tak gorliwi, jak zapowiadała to Hazel (nie sądzę, żeby moja wymyślna aureola miała z tym cokolwiek wspólnego), nie odnaleźli jednak nic, co dałoby mi wskazówki co do miejsca pobytu Margrethe, mimo że sprawdzali cierpliwie w komputerze każdą kombinację, jaką zdołałem wymyślić.
Podziękowałem im i pobłogosławiłem ich, po czym skierowałem się ku Bramie Judy leżącej na drugim krańcu nieba, w odległości tysiąca trzystu dwudziestu mil. Zatrzymałem się tylko raz, przy Placu Tronowym, na jeden z nieboburgerów Luke’a i filiżankę najlepszej kawy w Nowym Jeruzalem. Otrzymałem też kilka słów zachęty od Hazel, po czym wyruszyłem w dalszą drogę znacznie pokrzepiony na ciele i duchu.
Niebiańskie Biuro Ewidencji Ludności zajmuje dwa gigantyczne pałace, po prawej stronie od wejścia przez bramę. Pierwszy i mniejszy z nich obsługuje ludzi przybyłych przed narodzeniem Chrystusa, drugi tych, którzy przybyli później. Tam też, na drugim piętrze, mieści się oficjalne biuro świętego Piotra. Udałem się prosto w tamtym kierunku.
Na wielkich dwuskrzydłowych drzwiach widniała tabliczka: „ŚWIĘTY PIOTR — Proszę wchodzić”.
Tak też uczyniłem. Nie znalazłem się jednak w jego biurze, lecz w poczekalni tak wielkiej, że wystarczyłaby na potrzeby dworca „Grand Central”. Przeszedłem przez obrotowe drzwi, które otwierały się po wyciągnięciu z otworu kartki z numerem. Mechaniczny głos oświadczył: „Dziękuję. Proszę usiąść i czekać na wezwanie!”
Na mojej kartce widniał numer 2013. W poczekalni było tłoczno. Rozglądając się za wolnym miejscem, doszedłem do wniosku, że będę się musiał powtórnie ogolić, zanim mnie wezwą.
Wciąż szukałem miejsca, gdy podbiegła do mnie zakonnica, która dygnęła prędko i zapytała:
— Czym mogę panu służyć, święty?
Nie wiedziałem tyle o strojach noszonych przez katolickie zakony, aby móc rozpoznać, do którego z nich należała, była jednak ubrana w sposób, który nazwałbym „typowy” — długi czarny habit sięgający do kostek i nadgarstków, biały wykrochmalony welon przebiegający od piersi, poprzez szyję, aż po uszy, czarny kaptur zakrywający całą resztę, który nadawał jej sylwetkę sfinksa, wielki różaniec zwisający z szyi… spokojna twarz o nieokreślonym wieku i przekrzywione binokle.
Do tego, rzecz jasna, aureola.
Największe wrażenie wywarł na mnie fakt, że w ogóle się tu znalazła. Pierwszy raz uznałem dowód na to, że papiści również mogą zostać zbawieni. W seminarium spieraliśmy się o to na sesjach do późnej nocy… choć oficjalna doktryna mojego kościoła głosiła, że oczywiście mogą, pod warunkiem, że wierzą w to samo co my i zostaną powtórnie narodzeni w Jezusie. Zapisałem sobie w pamięci, aby zapytać ją, w jakich okolicznościach doszło do jej powtórnych narodzin. Byłem pewien, że będzie to fascynująca historia.
— Dziękuję ci, siostro — odpowiedziałem. — To bardzo uprzejme z twojej strony. Tak jest, możesz mi pomóc. Przynajmniej mam taką nadzieję. Jestem Alexander Hergensheimer. Próbuję odnaleźć moją żonę. To jest odpowiednie miejsce, prawda? Jestem tu po raz pierwszy.
— Tak, święty Aleksandrze, to jest odpowiednie miejsce. Zdaje się jednak, że chciałeś rozmawiać ze świętym Piotrem?
— Chciałbym mu złożyć wyrazy szacunku. O ile nie jest zbyt zajęty.
— Jestem pewna, że zechce się z tobą zobaczyć, święty ojcze. Zaraz powiem o tym siostrze przełożonej.
Wzięła w rękę krzyż swojego różańca, szepnęła coś (jak mi się zdaje), po czym spojrzała na mnie.
— Czy to się pisze H, E, R, G, E, N, S, H, E, I, M, E, R, święty Aleksandrze?
— Tak, siostro.
Znowu powiedziała coś do swego różańca. Następnie oświadczyła:
— Siostra Marie Charles jest sekretarką świętego Piotra. Sama jestem jej asystentką do wszelkich poruczeń. — Uśmiechnęła się. — Jestem siostra Mary Rose.
— Cieszę się, że cię poznałem, siostro Mary Rose. Opowiedz mi o sobie. Z jakiego jesteś zakonu?
— Jestem dominikanką, święty ojcze. Za życia zarządzałam szpitalem w Niemczech, we Frankfurcie. W niebie, gdzie pielęgniarki nie są już potrzebne, pracuję tutaj, ponieważ lubię spotykać się z ludźmi. Czy zechce pan udać się za mną?
Tłum rozstąpił się przed nami jak wody Morza Czerwonego, nie wiem, czy z szacunku do zakonnicy, czy do mojej paradnej aureoli. Być może i tego, i tego. Mary Rose zaprowadziła mnie do pozbawionych oznakowania bocznych drzwi. Od razu znalazłem się w gabinecie jej przełożonej, siostry Marie Charles. Była to wysoka zakonnica, równa mi wzrostem. Była też przystojna czy raczej należałoby powiedzieć „piękna”. Wyglądała na młodszą od swojej asystentki… lecz naprawdę trudno określić wiek zakonnicy. Siedziała za wielkim biurkiem o płaskim blacie, na którym leżało mnóstwo szpargałów. A na samej krawędzi blatu stała staroświecka maszyna do pisania firmy „Underwood”.