Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
Ku gwiazd porannych uciesze, ku radości wszystkich synów Bożych.
Wiatr rzucał mną w różne strony. Nie widziałem już grobów. Gdy huragan odwrócił mnie ponownie twarzą ku ziemi, nie sposób już było dostrzec gruntu. W dole widać było jedynie kotłujący się obłok, rozświetlony od wewnątrz potężnym światłem — bursztynowym, szafranowym, szaro-niebieskim i złocistozielonym. Nadal poszukiwałem Margrethe, lecz tylko nieliczni ludzie przelatywali w pobliżu i żaden z nich nie był nią. Nie szkodzi. Bóg nad nią czuwa. Jej chwilowa nieobecność nie przerażała mnie. Jedyną istotną przeszkodę pokonaliśmy razem. Zastanowiłem się nad tym. Jak niewiele brakowało! Przypuśćmy, że ta stara kobyła zgubiłaby podkowę i wskutek tego dotarlibyśmy do miejsca, w którym odbywał się mityng o godzinę później. W takim przypadku spóźnilibyśmy się. Ostatnia trąba zabrzmiałaby, gdy bylibyśmy w drodze i żadne z nas nie znalazłoby się w stanie łaski. Zamiast zostać uniesieni w zachwyceniu, poszlibyśmy na sąd nieoczyszczeni z grzechów, a następnie prosto do piekła.
Czy wierzę w predestynację?
To trudne pytanie. Przejdźmy do takich, na które potrafię odpowiedzieć. Nie potrafię określić, jak długo unosiłem się nad tymi obłokami. Od czasu do czasu dostrzegałem innych ludzi, żaden jednak nie zbliżył się tak blisko, abym mógł z nim porozmawiać. Zaczynałem się zastanawiać, kiedy ujrzymy Pana Jezusa. Obiecał On wyraźnie, że spotka się z nami „na obłokach”.
Musiałem sam sobie powiedzieć, że zachowuję się jak małe dziecko, które domaga się, żeby mama zrobiła coś natychmiast i w odpowiedzi słyszymy: „Cierpliwości, kochanie! Jeszcze nie teraz.”
Czas Boży i ludzki nie są tym samym. Tak mówi Biblia. W dzień sądu Jezus musiał być bardzo zajęty. Nie miałem pojęcia, jakie mogą być jego obowiązki. Prawda, znałem jeden z nich. Przypomniały mi o tym te otwierające się groby. Ci, którzy zmarli w Chrystusie (miliony? miliardy? więcej?), mieli spotkać naszego Ojca, który jest w niebie, jako pierwsi, i rzecz jasna, Pan Jezus będzie z nimi na tej wspaniałej uroczystości. Obiecał im to.
Po odgadnięciu przyczyny zwłoki odprężyłem się. Byłem gotów zaczekać w kolejce na spotkanie z Jezusem… a gdy go już spotkam, poproszę go, aby połączył mnie z Margrethe.
Nie martwiłem się już ani nie śpieszyłem nigdzie. Było mi przyjemnie. Nie odczuwałem ciepła ani zimna. Głodu ani pragnienia. Unosiłem się bez wysiłku, jak obłok. Zacząłem odczuwać szczęście, które nam obiecano. Zasnąłem.
Nie wiem, jak długo spałem. Z pewnością długo. Byłem straszliwie zmęczony. Ostatnie trzy tygodnie kosztowały mnie wiele. Dotknąwszy ręką swej twarzy, stwierdziłem, że spałem co najmniej przez dwa dni. Mój zarost osiągnął stan wskazujący na chyba dwudniowe zaniedbanie. Dotknąłem kieszeni na piersi. Tkwiła w niej moja wierna „Gillette”, prezent od Margi. Nie miałem jednak mydła, wody ani lusterka. Zdenerwowało mnie to. Obudził mnie dźwięk trąbki (nie wielkiej trąby, lecz zapewne zwykłej trąbki w rękach dyżurnego anioła). Nie trzeba było mi tłumaczyć, iż znaczyło to: „Pobudka! Teraz wasza kolej!”
W istocie tak było. Gdy więc wezwano nas do nieba, stawiłem się tam z dwudniowym zarostem. Ale wstyd!
Anioły kierowały ruchem jak policjanci na skrzyżowaniu, ustawiając nas tak, jak sobie tego życzyły. Wiedziałem, że są to anioły, gdyż miały skrzydła, białe szaty i imponujące rozmiary. Jeden, który przeleciał obok mnie, miał dziewięć lub dziesięć stóp wzrostu. Nie poruszały skrzydłami w czasie lotu. (Dowiedziałem się później, że skrzydła były używane jedynie do potrzeb ceremonialnych lub jako oznaka rangi.) Stwierdziłem, że mogę się poruszać zgodnie ze wskazaniami tych policjantów. Przedtem nie panowałem nad swoim ruchem, lecz teraz mogłem podążać w dowolnym kierunku, posługując się wyłącznie własną wolą.
Ustawiły nas w szeregu ciągnącym się przez wiele mil (setki? tysiące?), po czym sformowały kolumny o szerokości dwunastu rzędów i wysokości dwunastu warstw. O ile nie pomyliłem się w rachunku, znajdowałem się w czwartym rzędzie w trzeciej warstwie od dołu. W swoim szeregu zajmowałem w przybliżeniu dwusetne miejsce — policzyłem to przed ostatecznym sformowaniem — nie mogłem jednak stwierdzić, jak daleko ów szereg się za mną ciągnął.
Następnie polecieliśmy przed Boży tron.
Najpierw jednak anioł zajął w powietrzu pozycję w odległości około pięćdziesięciu jardów od naszej lewej flanki. Jego głos był dobrze słyszalny:
— Słuchajcie! Odbędziecie przemarsz w tej formacji. Nie zmieniajcie swej pozycji. Orientujcie się na stworzenie ze swej lewej strony oraz stworzenie pod wami i przed wami. Zachowujcie odległość dziesięciu łokci pomiędzy kolumnami i warstwami, a pięciu od łokcia do łokcia w kolumnie. Nie tłoczyć się, nie wyłamywać z szeregów i nie zwalniać, gdy będziemy przelatywać przed tronem. Każdy, kto złamie dyscyplinę, zostanie przesunięty na tył szeregu, a ostrzegam was, że Syn może już wtedy odejść i defiladę będzie odbierał jedynie Piotr, Paweł lub jakiś inny święty. Są pytania?
— Ile to jest łokieć?
— Dwa łokcie to jeden jard. Czy jest w tej kohorcie jakieś stworzenie, które nie wie, ile to jest jard?
Nikt się nie odezwał.
— Jeszcze jakieś pytania? — spytał anioł.
Kobieta znajdująca się nade mną po lewej stronie zawołała:
— Tak! Moja córka nie wzięła ze sobą lekarstwa na kaszel, więc je zabrałam. Czy mógłby pan jej to przekazać?
— Stworzenie, przyjmij, proszę, moje zapewnienie, że wszelki kaszel, który towarzyszyłby twojej córce nawet w niebie, musiałby mieć charakter psychosomatyczny.
— Ale jej lekarz powiedział…
— Na razie cisza! Ruszajmy z tą paradą. Specjalne prośby można będzie przedstawić po przybyciu do nieba.
Było jeszcze wiele innych pytań, przeważnie głupich, co potwierdzało moją opinię, którą od lat zachowywałem dla siebie: pobożność nie musi iść w parze ze zdrowym rozsądkiem.
Ponownie zabrzmiała trąba.
— Naprzód! — krzyknął przywódca naszej kohorty. W kilka sekund później rozległ się pojedynczy ton trąby.
— Lot! — krzyknął anioł. Ruszyliśmy naprzód.
(Zauważcie, że mówię na tego anioła „on”, ponieważ wydawało się, że jest on płci męskiej. O innych, które wyglądały na kobiety, mówię „ona”. Nigdy nie potrafiłem określić dokładnie płci anioła. O ile w ogóle anioły ją mają. Myślę, że są obojnakami, ale nie miałem okazji tego sprawdzić. Ani odwagi zapytać.)
(Oto jeszcze jedno z pytań, które mnie dręczą: Jezus miał braci i siostry. Czy Najświętsza Panienka nadal jest dziewicą? O to też nigdy nie miałem odwagi zapytać.)
Dostrzegliśmy Jego tron już z odległości wielu mil. To nie był wielki biały tron Boga Ojca znajdujący się w niebie, lecz polowy tron ustawiony dla Jezusa specjalnie na tę okazję. Mimo to wyglądał wspaniale. Wyrzeźbiono go z jednej bryły diamentu. Jego niezliczone ścianki przechwytywały wewnętrzną światłość Jezusa i odbijały ją w fontannie ognia i lodu we wszystkich kierunkach. To właśnie widziałem najlepiej, gdyż twarz Jezusa świeci tak oślepiająco, że bez okularów słonecznych nie sposób dostrzec jego rysów. Nic nie szkodzi. Wiadomo, Kto to był. Nie sposób było się pomylić. Uczucie wszechogarniającego lęku przepełniło mnie, gdy znajdowaliśmy się jeszcze w odległości dwudziestu pięciu mil. Mimo wysiłków moich profesorów teologii dopiero wtedy po raz pierwszy w życiu zrozumiałem (poczułem) to specyficzne uczucie, które w Biblii określane jest przez dwa słowa używane łącznie — miłość i strach. Miłowałem Istotę siedzącą na tronie i lękałem się Jej. Teraz pojąłem, dlaczego Piotr i Jakub porzucili swe sieci i podążyli za Nim.
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10