Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 173
Перейти на страницу:

Po­ru­szy­ła ręką, a ko­ścia­na bran­so­let­ka na jej nad­garst­ku za­grze­cho­ta­ła ci­cho.

– Wiel­ki Ko­deks mówi, że ta­kie wy­ko­rzy­sta­nie Mocy jest złe, że ni­g­dy nie moż­na być pew­nym, czy du­chy nie ob­ró­cą się prze­ciw cza­row­ni­ko­wi i nie wy­do­sta­ną na wol­ność, żeby sze­rzyć znisz­cze­nie, albo czy nie ścią­gną spo­za Mro­ku cze­goś jesz­cze gor­sze­go. Że tyl­ko umysł po­wi­nien kon­tro­lo­wać Moc, bez żad­nych po­śred­ni­ków. Opo­wie­ści mo­je­go rodu się­ga­ją czter­dzie­stu po­ko­leń wstecz i nie znam ani jed­nej, w któ­rej du­chy zbun­to­wa­ły­by się prze­ciw sza­ma­no­wi. Ale dla straż­ni­ków Ko­dek­su to za mało. Więc jak więk­szość przy­gra­nicz­nych ple­mion ukry­wa­my swo­ich cza­row­ni­ków i cza­row­ni­ce. A do­pó­ki Im­pe­rium bar­dziej za­le­ży na lo­jal­no­ści na­szych wo­jow­ni­ków niż na prze­strze­ga­niu Ko­dek­su, do­pó­ty na­wet nie mu­si­my się zbyt­nio sta­rać.

Na chwi­lę w staj­ni za­pa­dła ci­sza. To praw­da, wie­le miesz­ka­ją­cych przy gra­ni­cy ple­mion uży­wa­ło ma­gii, o któ­rej w głę­bi Im­pe­rium nie wol­no było na­wet wspo­mnieć. Lecz za cenę wier­no­ści tych lu­dów, Me­ekhan przy­my­kał na to oko.

– Moja mat­ka i bab­ka były po­tęż­ny­mi cza­row­ni­ca­mi, ale na­wet ich wie­dza nie wy­star­czy­ła w cza­sie star­cia z se-koh­landz­ki­mi Źre­bia­rza­mi. Du­chy na­szych przod­ków nie po­tra­fi­ły oprzeć się ich po­tę­dze. Mój lud li­czył kie­dyś dwie­ście ty­się­cy głów i choć był po­dzie­lo­ny na ple­mio­na, bu­dził lęk w ser­cach wro­gów. Dziś, mimo że od wie­lu lat pa­nu­je po­kój, jest nas mniej niż po­ło­wa z tej licz­by. Wie­lu mło­dych od­rzu­ca tra­dy­cje przod­ków i szu­ka szczę­ścia w mia­stach, wie­lu za­cią­ga się do ar­mii albo naj­mu­je do stra­ży przy ka­ra­wa­nach, inni bu­du­ją ka­mien­ne domy i osie­dla­ją się na po­do­bień­stwo Me­ekhań­czy­ków. Bar­dzo to bo­la­ło moją mat­kę, a jesz­cze bar­dziej bab­kę. Na­uczy­ły mnie wszyst­kie­go, co umia­ły, a jed­na z nich pod­ję­ła się roli du­cho­wej tar­czy, abym nie sta­wa­ła sa­mot­nie na­prze­ciw kra­in mię­dzy na­szym świa­tem a Mro­kiem. I tak zo­sta­łam ostat­nią Wi­dzą­cą i Sły­szą­cą w ro­dzie We­ghe­in z ple­mie­nia He­ary­sów. A kie­dy przy­szła pora wy­brać swo­ją dro­gę, po­sta­no­wi­łam kro­czyć ścież­ką łuku i sza­bli, za­nim du­chy przod­ków nie ob­ja­wią mi, jaki ma być mój los.

Uśmiech­nę­ła się wy­zy­wa­ją­co.

– A je­śli ko­muś z was się to nie po­do­ba, mo­że­my wyjść na ze­wnątrz i o tym po­roz­ma­wiać. Oto moja za­słu­ga.

* * *

Dro­ga pro­wa­dzą­ca do twier­dzy w ni­czym nie ustę­po­wa­ła głów­ne­mu trak­to­wi. Dwa­dzie­ścia czte­ry sto­py to naj­wy­raź­niej była ulu­bio­na me­ekhań­ska sze­ro­kość. Ale Keh­lo­ren za­li­czał się do naj­waż­niej­szych zam­ków w tej pro­win­cji, w cza­sie ostat­niej woj­ny, gdy ko­czow­ni­cy obe­szli Ole­ka­dy od po­łu­dnia i wla­li się do Law-Onee, pa­ląc i mor­du­jąc, na­wet nie pró­bo­wa­li go zdo­by­wać. Dla­te­go też pro­wa­dzą­ca do nie­go dro­ga w ni­czym nie ustę­po­wa­ła in­nym szla­kom.

Przez całą woj­nę sta­cjo­nu­ją­ce w oko­li­cy woj­ska nę­ka­ły Se-koh­land­czy­ków wy­pa­da­mi na rów­ni­nę, bu­du­jąc wła­sną, krwa­wą le­gen­dę. Ka­ile­an ni­g­dy nie wi­dzia­ła zam­ku z bli­ska, ale na­wet w ro­dzin­nej wio­sce o nim sły­sza­ła. Mó­wio­no, że to praw­dzi­we orle gniaz­do, po­sta­wio­ne na szczy­cie góry. Była cie­ka­wa, ile z tych opo­wie­ści jest praw­dą.

Od­ga­łę­zio­ny trakt prze­ci­nał ro­sną­cy u stóp gór las. Drze­wa na sto kro­ków wo­kół dro­gi wy­kar­czo­wa­no, a miej­sco­wi mie­li pil­no­wać, żeby pusz­cza nie od­zy­ska­ła utra­co­ne­go te­re­nu. Po­ra­dzi­li so­bie w naj­prost­szy moż­li­wy spo­sób – stwier­dzi­ła Ka­ile­an na wi­dok stad­ka kóz, pę­dzo­ne­go przez kil­ku wy­rost­ków. Miej­sco­we kozy, jak pa­mię­ta­ła, zże­ra­ły wszyst­ko, co mia­ło ja­ki­kol­wiek zwią­zek z ro­śli­na­mi, po­tra­fi­ły na­wet prze­żyć ja­kiś czas, je­dząc tro­ci­ny i sta­rą korę. Do­pó­ki re­gu­lar­nie wy­pa­sa­no je na tym ob­sza­rze, drze­wa nie mia­ły naj­mniej­szych szans.

Chłop­cy rzu­ci­li im ro­ze­spa­ne spoj­rze­nia i wró­ci­li do pil­no­wa­nia sta­da. Czte­rech uzbro­jo­nych jeźdź­ców ja­dą­cych w stro­nę zam­ku to żad­na sen­sa­cja. Tyl­ko je­den, chy­ba naj­młod­szy, po­ma­chał im. Jan­ne od­wza­jem­nił po­zdro­wie­nie, po czym uśmiech­nął się i wy­cią­gnął rękę w bok. Za­fur­ko­ta­ło i na rę­ka­wie kurt­ki przy­siadł ja­strząb. Skó­ra za­skrzy­pia­ła pod pa­zu­ra­mi, ptak za­ma­chał skrzy­dła­mi i po­pra­wił po­zy­cję. Chło­pak za­stygł z otwar­tą bu­zią.

* * *

– Oto moja za­słu­ga. Na­zy­wam się Jan­ne Ne­wa­ryw. Moja ro­dzi­na po­cho­dzi stąd, ze Wscho­du. Oj­ciec był ofi­ce­rem, ka­wa­le­rzy­stą w Czter­na­stym Puł­ku Lek­kim, mat­ka Me­ekhan­ką. Po­zna­li się w cza­sie woj­ny, po­ślu­bi­li za­raz po niej.

Jan­ne za­wa­hał się, za­ci­snął usta w wą­ską kre­skę, ka­ga­nek w jego ręku za­mi­go­tał.

– Nie lu­bię, nie umiem dużo mó­wić, ale trze­ba, pło­mień w ręku, nie moż­na kła­mać... Ich mi­łość... nie po­tra­fi­li... ona chcia­ła, żeby przy­jął jej na­zwi­sko nea-Lan­dos albo przy­naj­mniej za­czął pi­sać swo­je po me­ekhań­sku, new-Aryw lub jesz­cze le­piej nea-Wa­ryw. Wie­lu tak robi, to uła­twia ka­rie­rę w woj­sku... moż­na ła­twiej awan­so­wać... albo zo­stać wy­so­kim urzęd­ni­kiem... On nie chciał. Był dum­ny z na­zwi­ska – Ne­wa­ryw to sta­ry szla­chec­ki ród... już za Świą­ty­ni był zna­ny i sza­no­wa­ny... Nie chciał wy­rzec się wła­snej dumy. Gdy... gdy mia­łem sześć lat, mat­ka po­sta­no­wi­ła się z oj­cem roz­wieść. Zgod­nie z me­ekhań­skim pra­wem mo­gła to zro­bić, je­śli nie za­pew­niał jej wa­run­ków, do ja­kich przy­wy­kła. Nie wiem, do ja­kich przy­wy­kła, ale mie­li­śmy duży dom, służ­bę, po­wo­zy. Oj­ciec słu­żył w stop­niu po­rucz­ni­ka, a jako szlach­cic miał też spo­ro zie­mi, któ­rą dzier­ża­wił in­nym. Ży­li­śmy god­nie... Moja mat­ka... wa­run­ki, do ja­kich przy­wy­kła, to za­pro­sze­nia na bale... spo­tka­nia... – za­ciął się, wy­glą­da­ło na to, że już nie ru­szy. – Nie, nie będę o tym mó­wił. Oni... roz­sta­li się i było tyle gnie­wu, że ba­łem się, czy on jej nie za­bi­je. Po­tem pew­nej nocy oj­ciec za­kradł się pod okno mo­jej sy­pial­ni, obu­dził i za­brał w Step. Po­rzu­cił służ­bę, zde­zer­te­ro­wał. Przez na­stęp­ne dzie­więć lat ży­li­śmy jak ba­ni­ci. Dwa ko­nie, dwa łuki, dwie sza­ble. Cza­sem ca­ły­mi mie­sią­ca­mi je­dli­śmy tyl­ko to, co uda­ło się upo­lo­wać, cza­sem ca­ły­mi dnia­mi nie je­dli­śmy nic... Od... od ob­cych lu­dzi do­wie­dzie­li­śmy się, że ojcu skon­fi­sko­wa­no ma­ją­tek, po­zba­wio­no go stop­nia i że cały czas nas szu­ka­no. Mat­ka była upar­ta. Ale ja szyb­ko ro­słem, gdy mia­łem osiem lat, wy­glą­da­łem na dzie­sięć, gdy mia­łem dwa­na­ście – na szes­na­ście. Nie zna­leź­li nas...

1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)