Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Poruszyła ręką, a kościana bransoletka na jej nadgarstku zagrzechotała cicho.
– Wielki Kodeks mówi, że takie wykorzystanie Mocy jest złe, że nigdy nie można być pewnym, czy duchy nie obrócą się przeciw czarownikowi i nie wydostaną na wolność, żeby szerzyć zniszczenie, albo czy nie ściągną spoza Mroku czegoś jeszcze gorszego. Że tylko umysł powinien kontrolować Moc, bez żadnych pośredników. Opowieści mojego rodu sięgają czterdziestu pokoleń wstecz i nie znam ani jednej, w której duchy zbuntowałyby się przeciw szamanowi. Ale dla strażników Kodeksu to za mało. Więc jak większość przygranicznych plemion ukrywamy swoich czarowników i czarownice. A dopóki Imperium bardziej zależy na lojalności naszych wojowników niż na przestrzeganiu Kodeksu, dopóty nawet nie musimy się zbytnio starać.
Na chwilę w stajni zapadła cisza. To prawda, wiele mieszkających przy granicy plemion używało magii, o której w głębi Imperium nie wolno było nawet wspomnieć. Lecz za cenę wierności tych ludów, Meekhan przymykał na to oko.
– Moja matka i babka były potężnymi czarownicami, ale nawet ich wiedza nie wystarczyła w czasie starcia z se-kohlandzkimi Źrebiarzami. Duchy naszych przodków nie potrafiły oprzeć się ich potędze. Mój lud liczył kiedyś dwieście tysięcy głów i choć był podzielony na plemiona, budził lęk w sercach wrogów. Dziś, mimo że od wielu lat panuje pokój, jest nas mniej niż połowa z tej liczby. Wielu młodych odrzuca tradycje przodków i szuka szczęścia w miastach, wielu zaciąga się do armii albo najmuje do straży przy karawanach, inni budują kamienne domy i osiedlają się na podobieństwo Meekhańczyków. Bardzo to bolało moją matkę, a jeszcze bardziej babkę. Nauczyły mnie wszystkiego, co umiały, a jedna z nich podjęła się roli duchowej tarczy, abym nie stawała samotnie naprzeciw krain między naszym światem a Mrokiem. I tak zostałam ostatnią Widzącą i Słyszącą w rodzie Weghein z plemienia Hearysów. A kiedy przyszła pora wybrać swoją drogę, postanowiłam kroczyć ścieżką łuku i szabli, zanim duchy przodków nie objawią mi, jaki ma być mój los.
Uśmiechnęła się wyzywająco.
– A jeśli komuś z was się to nie podoba, możemy wyjść na zewnątrz i o tym porozmawiać. Oto moja zasługa.
* * *
Droga prowadząca do twierdzy w niczym nie ustępowała głównemu traktowi. Dwadzieścia cztery stopy to najwyraźniej była ulubiona meekhańska szerokość. Ale Kehloren zaliczał się do najważniejszych zamków w tej prowincji, w czasie ostatniej wojny, gdy koczownicy obeszli Olekady od południa i wlali się do Law-Onee, paląc i mordując, nawet nie próbowali go zdobywać. Dlatego też prowadząca do niego droga w niczym nie ustępowała innym szlakom.
Przez całą wojnę stacjonujące w okolicy wojska nękały Se-kohlandczyków wypadami na równinę, budując własną, krwawą legendę. Kailean nigdy nie widziała zamku z bliska, ale nawet w rodzinnej wiosce o nim słyszała. Mówiono, że to prawdziwe orle gniazdo, postawione na szczycie góry. Była ciekawa, ile z tych opowieści jest prawdą.
Odgałęziony trakt przecinał rosnący u stóp gór las. Drzewa na sto kroków wokół drogi wykarczowano, a miejscowi mieli pilnować, żeby puszcza nie odzyskała utraconego terenu. Poradzili sobie w najprostszy możliwy sposób – stwierdziła Kailean na widok stadka kóz, pędzonego przez kilku wyrostków. Miejscowe kozy, jak pamiętała, zżerały wszystko, co miało jakikolwiek związek z roślinami, potrafiły nawet przeżyć jakiś czas, jedząc trociny i starą korę. Dopóki regularnie wypasano je na tym obszarze, drzewa nie miały najmniejszych szans.
Chłopcy rzucili im rozespane spojrzenia i wrócili do pilnowania stada. Czterech uzbrojonych jeźdźców jadących w stronę zamku to żadna sensacja. Tylko jeden, chyba najmłodszy, pomachał im. Janne odwzajemnił pozdrowienie, po czym uśmiechnął się i wyciągnął rękę w bok. Zafurkotało i na rękawie kurtki przysiadł jastrząb. Skóra zaskrzypiała pod pazurami, ptak zamachał skrzydłami i poprawił pozycję. Chłopak zastygł z otwartą buzią.
* * *
– Oto moja zasługa. Nazywam się Janne Newaryw. Moja rodzina pochodzi stąd, ze Wschodu. Ojciec był oficerem, kawalerzystą w Czternastym Pułku Lekkim, matka Meekhanką. Poznali się w czasie wojny, poślubili zaraz po niej.
Janne zawahał się, zacisnął usta w wąską kreskę, kaganek w jego ręku zamigotał.
– Nie lubię, nie umiem dużo mówić, ale trzeba, płomień w ręku, nie można kłamać... Ich miłość... nie potrafili... ona chciała, żeby przyjął jej nazwisko nea-Landos albo przynajmniej zaczął pisać swoje po meekhańsku, new-Aryw lub jeszcze lepiej nea-Waryw. Wielu tak robi, to ułatwia karierę w wojsku... można łatwiej awansować... albo zostać wysokim urzędnikiem... On nie chciał. Był dumny z nazwiska – Newaryw to stary szlachecki ród... już za Świątyni był znany i szanowany... Nie chciał wyrzec się własnej dumy. Gdy... gdy miałem sześć lat, matka postanowiła się z ojcem rozwieść. Zgodnie z meekhańskim prawem mogła to zrobić, jeśli nie zapewniał jej warunków, do jakich przywykła. Nie wiem, do jakich przywykła, ale mieliśmy duży dom, służbę, powozy. Ojciec służył w stopniu porucznika, a jako szlachcic miał też sporo ziemi, którą dzierżawił innym. Żyliśmy godnie... Moja matka... warunki, do jakich przywykła, to zaproszenia na bale... spotkania... – zaciął się, wyglądało na to, że już nie ruszy. – Nie, nie będę o tym mówił. Oni... rozstali się i było tyle gniewu, że bałem się, czy on jej nie zabije. Potem pewnej nocy ojciec zakradł się pod okno mojej sypialni, obudził i zabrał w Step. Porzucił służbę, zdezerterował. Przez następne dziewięć lat żyliśmy jak banici. Dwa konie, dwa łuki, dwie szable. Czasem całymi miesiącami jedliśmy tylko to, co udało się upolować, czasem całymi dniami nie jedliśmy nic... Od... od obcych ludzi dowiedzieliśmy się, że ojcu skonfiskowano majątek, pozbawiono go stopnia i że cały czas nas szukano. Matka była uparta. Ale ja szybko rosłem, gdy miałem osiem lat, wyglądałem na dziesięć, gdy miałem dwanaście – na szesnaście. Nie znaleźli nas...