Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Rzucił okiem na Leę, której myszowaty konik podrygiwał w śmiesznym kłusie, na czarniawego Landeha, Niiara zagadującego właśnie do Verii i wciąż skupionego Jannego. Odkąd zginęli jego bracia, nie miał nikogo, kogo mógłby nazwać rodziną, nikogo, czyja śmierć by go obeszła, ale z nimi, z towarzyszami z czaardanu, byli tak blisko, że niemal czytali sobie w myślach.
Lecz nie chodziło tylko o to.
Wszyscy uważali, że jest kimś w rodzaju zastępcy Laskolnyka. Wozacy zapraszali go na narady, wysłuchiwali opinii, podpytywali o plany kha-dara. Czuł, że nawet jeśli źle odpowie albo chociaż podzieli się z nimi niewłaściwą sugestią, to i tak dostosują do niej swoje plany. Ciężar odpowiedzialności był jak skorupa z krępującej ruchy gliny, oblepiająca członki, wciskająca w ziemię. Czy tak się czuł Laskolnyk? Cały czas zaplątany w intrygi i plany przesuwające po mapie kontynentu całe narody i armie? Kocimiętka westchnął tak ciężko, aż przyciągnął spojrzenie Lei.
– Co? – rzuciła z uśmiechem. – Tyłek odwykł od galopu? Starzejesz się? Mam w sakwach dobrą maść, jeśli chcesz.
Pokiwał głową.
– Tak, właśnie marzę o tym, żebyś posmarowała mi tyłek maścią, którą wozisz ze sobą od chwili, gdy matka odstawiła cię od piersi.
Wszyscy wiedzieli, że Lea ma w swoich sakwach najprzeróżniejsze rzeczy i jeśli nie musi, to nigdy niczego nie wyrzuca. Po czaardanie krążyły legendy o tym, co też można w nich znaleźć i kiedy tam trafiło.
– Dzień, w którym będę cię czymkolwiek smarować, będzie dniem twojego pogrzebu, starcze – odgryzła się. – A ta maść jest najlepsza, sprzedał mi ją sam Hewrast.
– Czy on nie umarł pięć lat temu?
– Pięć? Nie więcej jak dwa, sklerotyku.
– Aha. Dwa... A nie mówił przypadkiem, jak długo można używać tego leku?
– Dobrą maść można używać latami. To jak? Chcesz, czy nie?
Tyłek... Niech będzie, że to tyłek mnie boli.
– No dobra – zgodził się. – A sprawdziłaś ją chociaż?
– Shawlenderowi pomogła.
Shawlender. Kocimiętka spojrzał z góry na konika Lei. Podobno wzięła to imię z języka plemienia swojej matki, choć nie chciała powiedzieć, co znaczy.
– Czyli jemu smarowałaś tyłek, a mnie już nie chcesz?
– On jest od ciebie przystojniejszy. I nie ma cały czas takiej zasępionej miny.
Złowił kilka rozbawionych spojrzeń, które wymieniła reszta. Uśmiechnął się także półgębkiem.
– W takim razie podziękuję. A teraz...
Za nimi rozległy się gwizdki, rydwany zwalniały szybciej, niż się spodziewał.
– Właśnie na to czekałem. Szykujcie się do rozbicia obozu. Lea, ty śpisz z ręką w ziemi, na wszelki wypadek. Starajcie się odpocząć, bo coś mi mówi, że Lamerei poderwie rydwany do marszu na długo przed wschodem słońca. To będzie krótka noc, lepiej odpocznijcie.
Lea zrobiła zeza i zasalutowała mu kpiąco.
* * *
Obóz rósł w niesamowitym tempie. Po rampie zjeżdżał nieprzerwany sznur wozów, głównie bojowych, które natychmiast ustawiano na wyznaczonych miejscach. Miały stworzyć największy Rogaty Gród w historii, taki, który oprze się każdemu atakowi i pozwoli reszcie karawan wjechać na Wyżynę.
W ich rodowym wozie odbywała się narada za naradą, a Key’la podawała wino, talerze z jedzeniem, napełniała kubki, sprzątała ze stołu, czasem biegała z jakąś pilną wieścią. I słuchała, słuchała, słuchała. Zarówno Emn’klewes Wergoreth, Bontanu całego obozu, jak i ojciec oraz Has zdawali się traktować ją jak powietrze – w końcu czym dla mężczyzn zajętych planowaniem wojny jest dziewięcioletnia dziewczynka, krzątająca się w milczeniu, jak na dobrze wychowane dziecko przystało? Inni, Sanyeo – dowódcy ścian, Den’kaw – dowódcy oddziałów piechoty, nadzorcy stad i zarządcy zapasów, początkowo wydawali się zdziwieni jej obecnością, lecz po chwili zapominali, że jest w pobliżu. Była czymś w rodzaju ruchomego wyposażenia wozu. Gdy któryś nadstawiał kubek po dolewkę, pewnie myślał, że wino wypełnia go magicznym sposobem.
Elastyczność. To słowo padało najczęściej, rzucane w każdym z trzech rodzajów mowy, choć w każdym znaczyło coś innego. Z tego, co zrozumiała, od chwili nocnego ataku na budowniczych rampy wszystkie plany musiały zostać ułożone od nowa. Pierwotnie zakładano, że obozy będą się formować na dole, jeden za drugim, i od razu wyruszać w drogę. Wszystko zaplanowano w ten sposób, by każda z pięciu wielkich karawan dotarła na miejsce przeznaczenia mniej więcej w tym samym czasie i – jeżeli dobrze zrozumiała – by mogły się nawzajem wspierać w marszu i walce.
Lecz teraz, wraz z wieściami o nadciągających koczownikach, wszystko się zmieniło. Pierwsza karawana, obóz New’harr, ich obóz, nie mogła wyruszyć, nim nie przybędą co najmniej dwie następne, bo musiałaby samotnie stawić czoła Se-kohlandczykom. Zamiast szybkiego marszu, który pozwoliłby im zająć najważniejsze miejsca na Wyżynie, czekało ich mozolne przebijanie się przez szeregi wroga, krok za krokiem, z kołami wozów po osie uwalanymi we krwi.
To ostatnie zdanie padło z ust ojca, a ona spróbowała to sobie wyobrazić i wcale, ale to wcale jej się to nie podobało.
Na dodatek Der’eko i bliźniacy pojechali na południe, na spotkanie – jak zdążyła się domyślić, choć nikt nie chciał jej tego powiedzieć wprost – nadciągającej armii koczowników. Wyruszyli na wojnę, a wszyscy zachowywali się tak, jakby nic się nie stało. Eso’bar i Mer’danar służyli w załodze wozu bojowego, który jej rodzina wystawiła na tę wyprawę. Ruk’hert i Det’mon, ubrani w ciężkie pancerze, stawali w szyku, ćwicząc pod okiem swojego Den’kaw. Ich tarcze i długie włócznie miały wspierać obronę, gdyby koczownicy przedarli się przez zewnętrzną linię wozów. Przynajmniej tak jej to tłumaczyli, lecz obaj nie potrafili kłamać, zresztą zbyt często widziała, jak stu czy dwustu tarczowników tworzy pancerny czworobok. Co niby mieli zamiar zrobić z czymś takim wewnątrz obozu? Możesz mieć dziewięć lat i nie wolno ci nosić kavayo, ale to nie znaczy, że jesteś głupia.
Obóz rósł i szykował się do bitwy. Zewnętrzne, bojowe wozy zamiast w równe linie ustawiano w zębatego łamańca, zwanego Rogatym Grodem. Narożniki obozowiska wydłużyły się w szpiczaste wyrostki, z prostych ścian wyrosły w regularnych odstępach trójkątne szańce. Na to wszystko potrzeba było dwa razy więcej wozów niż na prosty mur, lecz w którymkolwiek miejscu koczownicy ośmieliliby się uderzyć, zawsze znaleźliby się pod krzyżowym ostrzałem. Eso’bar wyjaśnił jej to, gdy przyszła z poleceniem od ojca do dowódcy ściany południowej. Zrozumiała to od pierwszego spojrzenia, linia obrony wyglądała jak ostrze piły, każdy, kto zaatakowałby jeden wóz, miałby inne z boku, a niekiedy także za plecami. Sprytne.
Pokręciła się chwilę, oglądając rzędy zaostrzonych pali wbijanych na przedpolu, ryte w ziemi doły, ciężkie machiny montowane za linią wozów. Wszystko wyglądało sprawnie i trochę przerażająco. Uznała, że gdyby była koczowniczką, na sam widok takiego obozu zawróciłaby konia i pojechała do domu.
Rogaty Gród miał jedną wadę. Założenie go i zwinięcie zabierało trzy razy więcej czasu niż każdego innego obozowiska. Dlatego też miała przeczucie, że skoro jej ojciec i Boutanu podjęli decyzję o takim właśnie ustawieniu, to koczownicy raczej nie zawrócą.
Czekała ich walka.
A ją, oprócz usługiwania w czasie narad, czekały i inne obowiązki. Wiklinowe płotki, mające chronić burty wozów przed hakami, same się nie zrobią, podobnie jak pikowane osłony na końskie grzbiety. Nee’wa, która wyraźnie zazdrościła, że to nie jej przypadł zaszczyt podawania jedzenia i trunków starszyźnie obozu, tym razem nie była miłą siostrą i zostawiała jej zawsze kilka dodatkowych wiązek wikliny do zaplecenia. Key’la wykorzystywała więc każdą chwilę, by nad nimi popracować.