Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– To dużo czasu. Nawet dla legend i mitów. Nie muszą mówić prawdy.
– Racja. Dlatego cywilizowane ludy mają biblioteki, gdzie gromadzą wiedzę o swojej przeszłości. Oraz, przy okazji, całą masę śmiecia, takiego jak traktaty filozoficzne czy poematy. Tutejsza biblioteka jest największa na świecie, a przynajmniej na południe od Anaarów, więc jeśli wyczytałem w niej historię o wygnańcach z północnej części Travahen, którzy uciekali przed religijnymi fanatykami, to w nią wierzę.
Deana mimo wszystko poczuła coś w rodzaju podziwu. Ten człowieczek najwyraźniej niczego się nie bał.
– Wiesz, że gdybyś przy innym Issaram nazwał Harudiego szalonym prorokiem, a jego uczniów fanatykami, mógłbyś mieć już obcięte to i owo?
– Tak słyszałem. Ale ty jesteś trochę inna niż twoi pobratymcy. Jakbyś nosiła więcej niż jedną maskę – mruknął cicho, a ją uderzyła zawarta w tych słowach prawda. – To jak, zrobicie wymianę? Suanari w zamian za issarski?
– Suanari to powszechny język?
– Owszem.
– I każdy tu nim mówi?
– Tak. Nawet Laweneres.
– Hm, język Issaram jest rzadki, starożytny i cenny. Nie jestem pewna, czy to dobra wymiana.
Suchi uśmiechnął się, najwyraźniej świetnie się bawiąc tymi targami i przetłumaczył. Po czym wysłuchał odpowiedzi.
– On się zgadza. Mówi, że dołoży jeszcze lekcję języka kornaków i zdradzi ci sekretne przejście do kuchni.
– Po co mi język jeźdźców słoni? A do kuchni nie muszę się przekradać. Mam więcej jedzenia, niż mogę zmieścić w brzuchu.
Chłopak musiał domyślić się jej odpowiedzi, bo wyrzucił z siebie serię słów, nie czekając na tłumaczenie. Suchi zacmokał, zdziwiony.
– No, no. Musi mu zależeć. Powiedział, że jak się zgodzisz, przedstawi cię Mamie Bo. A wierz mi, to zaszczyt. Nawet ja czekałem na to dobre dziesięć lat. Radzę się zgodzić, chyba nie chcesz go obrazić?
Spojrzała na Samiyego, który pierwszy raz, odkąd uratowali się z niewoli, wyglądał na spiętego i bardzo poważnego.
– Czy to znaczy, że stąd wyjdziemy?
– Tak.
– Więc powiedz mu, że jestem zaszczycona.
*
Wymknęli się bocznym wejściem, zupełnie zignorowani przez strażników, jakby towarzystwo truciciela i książęcego kornaka wystarczyło za przepustkę. Lekcje rozpoczęli po drodze, rzucając nazwy mijanych przedmiotów w obu językach. Wymieniając się nimi, jak to określił Samiy.
– Koras. – Machnęła dłonią na okno
– Lance.
Pokazała lampkę oliwną.
– Ubiy loua.
– Soaganreh.
Podłogę.
– Waaih.
– Chah.
I tak dalej. Chłopiec miał znakomitą pamięć, błyskawicznie powtarzał każdy wyraz i to z odpowiednim akcentem. Deana przez dłuższą chwilę bawiła się tym „handlem”, znalazła nawet kilka słów, które zdawały się potwierdzać informację o issarskich odszczepieńcach, którzy nie podporządkowali się Prawom Harudiego. Naurin – sprzączka od pasa, nazywała się tu nauren, a pochwy szabel gowari, zamiast koawari. Zgodnie z Prawem wystarczyły cztery pokolenia mieszania krwi z obcymi i nieprzestrzegania tradycji, by przestać być Issaram, a tu minęło ich kilkadziesiąt, więc nawet tytuł kuzynów zupełnie nie pasował do tych ludzi, choć to, że zapamiętali tak odległe wydarzenia, dobrze świadczyło o ich zbiorach ksiąg. Nabrała ochoty na odwiedzenie konowerskiej biblioteki, choć wiedziała, że przyda jej się do tego tłumacz, więc będzie musiała namówić Suchiego, by jej towarzyszył.
– Daleko jeszcze?
– Zagrody słoni znajdują się pół mili od pałacu, za tym zagajnikiem. – Truciciel wskazał rzędy starannie wypielęgnowanych drzew. – Dzięki temu nie czuć smrodu, a ich trąbienie nie jest zbyt uciążliwe. No i młode mają dość miejsca do zabawy. Inaczej wszyscy nasi ogrodnicy popełniliby samobójstwo z rozpaczy. – Uśmiechnął się. – Słonie… Powiadają, że na ich barkach wzniesiono wszystkie budowle księstwa. Karczowały dżunglę, przenosiły pnie drzew, przesuwały głazy. Teraz robią to samo, a gdy nadciąga wojna, przywdziewają zbroje i ruszają do walki, otoczone przez oddziały nuawachi.
– Kogo?
– Lekką piechotę, procarzy, oszczepników i łuczników, najczęściej pochodzących z rodzin kornaków. Nikt nie walczy tak zawzięcie w obronie swoich zwierząt jak oni. Żadna jazda nie zaatakuje oddziału słoni, a żadna piechota nie wytrzyma szarży tych olbrzymów. A kiedyś… kiedyś biała słonica była czymś więcej niż tylko świąteczną atrakcją. I niektórzy nadal o tym pamiętają – zawiesił znacząco głos.
– Znów mnie ostrzegasz?
– Owszem. – Mężczyzna wskazał na podskakującego radośnie Samiyego. – Issarowie nie słyną z taktu, lecz złamiesz mu serce, jeśli okażesz pogardę dla tego, co ceni.
Otoczyły ich drzewa o szerokich liściach, spod których zwieszały się kiście różnobarwnych owoców. Wszędzie wokół rosły krzewy przycięte w regularne wzory, krążyły stada motyli i setki ptaków, kolorowych jak tęcza i wrzeszczących wniebogłosy ochrypłymi głosami. Pod drzewami przechadzali się w skupieniu ludzie ubrani w obcisłe koszule i spodnie do kolan, na głowach nosili szerokie kapelusze. Żaden nie oderwał wzroku od ziemi, nawet gdy prawie na jednego wpadli.
– Co oni robią?
– Zbierają ptasie kupy.
Dopiero teraz zauważyła, że każdy z nich ma tkany z gazy woreczek, wypełniony drobnymi, ciemnymi kulkami.
– Po co?
– Na anwayę. To napój robiony z ziaren vaolei. – Truciciel wskazał kiść owoców. – Same owoce są trujące, choć można z nich uzyskać napar o lekkich właściwościach pobudzających. Surowe ziarno również nie nadaje się do niczego. Za to jeśli owoc zostanie zjedzony przez papugę, a potem wydalony, pojawia się gri, wpół przetrawione ziarno, z którego soki żołądkowe ptaka wyciągnęły całą truciznę, zostawiając tylko esencję. Anwaya to książęcy rarytas, lekko gorzka, z posmakiem wanilii, ożywia umysł i ciało, przydaje sił witalnych, przepędza złe myśli.
Ominęli kolejnego zbieracza ptasich odchodów.
– To specjalnie sprowadzone drzewa i specjalnie dobrane ptaki. A uncja gri kosztuje swoją wagę w srebrze. Nie dziw się więc, że nas ignorują. O, są zagrody.
Zagrody słoni wyglądały jak gotowy do odparcia szturmu obóz warowny. Rów z kolcami na dnie, palisada z grubych na dwie stopy pni, wieżyczki strażnicze, brama, która sprawiała wrażenie odpornej na uderzenia ciężkiego tarana. Wszystko to ciągnęło się na kilkaset stóp w każdą stronę.
Samiy rozłożył ręce na boki, jakby mówił „To jest moje”. Uśmiechał się szeroko.
– No dobrze, prowadź. – Deana skinęła głową, wskazując bramę. – To w końcu twój dom.
Wprowadził ich małą furtką umieszczoną z boku głównego wejścia wprost na spory dziedziniec. Kilku kręcących się po nim mężczyzn pozdrowiło go serdecznymi uśmiechami, lecz najwyraźniej widok truciciela i issarskiej kobiety powstrzymał ich od zbliżenia się. Zresztą mieli zajęcie, jedni zgarniali łopatami i ładowali do worków olbrzymie kule łajna, inni polewali wodą i szorowali kamienne płyty. Zza najbliższego budynku dobiegło głośne trąbienie.
Samiy skierował się w tamtą stronę. Minęli kolejne olbrzymie drzwi i znaleźli się w pomieszczeniu, które pod względem rozmiarów przypominało salę tronową. Jeżeli znalazłaby się gdzieś sala tronowa z glinianą posadzką posypaną słomą. Strumień światła wpadający przez wrota rozkrawał ją na pół, pogłębiając cienie po obu stronach stajni i utrudniając dokładną ocenę wielkości.