Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 151
Перейти на страницу:

– To dużo czasu. Nawet dla legend i mitów. Nie muszą mówić prawdy.

– Racja. Dlatego cywilizowane ludy mają biblioteki, gdzie gromadzą wiedzę o swojej przeszłości. Oraz, przy okazji, całą masę śmiecia, takiego jak traktaty filozoficzne czy poematy. Tutejsza biblioteka jest największa na świecie, a przynajmniej na południe od Anaarów, więc jeśli wyczytałem w niej historię o wygnańcach z północnej części Travahen, którzy uciekali przed religijnymi fanatykami, to w nią wierzę.

Deana mimo wszystko poczuła coś w rodzaju podziwu. Ten człowieczek najwyraźniej niczego się nie bał.

– Wiesz, że gdybyś przy innym Issaram nazwał Harudiego szalonym prorokiem, a jego uczniów fanatykami, mógłbyś mieć już obcięte to i owo?

– Tak słyszałem. Ale ty jesteś trochę inna niż twoi pobratymcy. Jakbyś nosiła więcej niż jedną maskę – mruknął cicho, a ją uderzyła zawarta w tych słowach prawda. – To jak, zrobicie wymianę? Suanari w zamian za issarski?

Suanari to powszechny język?

– Owszem.

– I każdy tu nim mówi?

– Tak. Nawet Laweneres.

– Hm, język Issaram jest rzadki, starożytny i cenny. Nie jestem pewna, czy to dobra wymiana.

Suchi uśmiechnął się, najwyraźniej świetnie się bawiąc tymi targami i przetłumaczył. Po czym wysłuchał odpowiedzi.

– On się zgadza. Mówi, że dołoży jeszcze lekcję języka kornaków i zdradzi ci sekretne przejście do kuchni.

– Po co mi język jeźdźców słoni? A do kuchni nie muszę się przekradać. Mam więcej jedzenia, niż mogę zmieścić w brzuchu.

Chłopak musiał domyślić się jej odpowiedzi, bo wyrzucił z siebie serię słów, nie czekając na tłumaczenie. Suchi zacmokał, zdziwiony.

– No, no. Musi mu zależeć. Powiedział, że jak się zgodzisz, przedstawi cię Mamie Bo. A wierz mi, to zaszczyt. Nawet ja czekałem na to dobre dziesięć lat. Radzę się zgodzić, chyba nie chcesz go obrazić?

Spojrzała na Samiyego, który pierwszy raz, odkąd uratowali się z niewoli, wyglądał na spiętego i bardzo poważnego.

– Czy to znaczy, że stąd wyjdziemy?

– Tak.

– Więc powiedz mu, że jestem zaszczycona.

*

Wymknęli się bocznym wejściem, zupełnie zignorowani przez strażników, jakby towarzystwo truciciela i książęcego kornaka wystarczyło za przepustkę. Lekcje rozpoczęli po drodze, rzucając nazwy mijanych przedmiotów w obu językach. Wymieniając się nimi, jak to określił Samiy.

Koras. – Machnęła dłonią na okno

Lance.

Pokazała lampkę oliwną.

Ubiy loua.

Soaganreh.

Podłogę.

Waaih.

Chah.

I tak dalej. Chłopiec miał znakomitą pamięć, błyskawicznie powtarzał każdy wyraz i to z odpowiednim akcentem. Deana przez dłuższą chwilę bawiła się tym „handlem”, znalazła nawet kilka słów, które zdawały się potwierdzać informację o issarskich odszczepieńcach, którzy nie podporządkowali się Prawom Harudiego. Naurin – sprzączka od pasa, nazywała się tu nauren, a pochwy szabel gowari, zamiast koawari. Zgodnie z Prawem wystarczyły cztery pokolenia mieszania krwi z obcymi i nieprzestrzegania tradycji, by przestać być Issaram, a tu minęło ich kilkadziesiąt, więc nawet tytuł kuzynów zupełnie nie pasował do tych ludzi, choć to, że zapamiętali tak odległe wydarzenia, dobrze świadczyło o ich zbiorach ksiąg. Nabrała ochoty na odwiedzenie konowerskiej biblioteki, choć wiedziała, że przyda jej się do tego tłumacz, więc będzie musiała namówić Suchiego, by jej towarzyszył.

– Daleko jeszcze?

– Zagrody słoni znajdują się pół mili od pałacu, za tym zagajnikiem. – Truciciel wskazał rzędy starannie wypielęgnowanych drzew. – Dzięki temu nie czuć smrodu, a ich trąbienie nie jest zbyt uciążliwe. No i młode mają dość miejsca do zabawy. Inaczej wszyscy nasi ogrodnicy popełniliby samobójstwo z rozpaczy. – Uśmiechnął się. – Słonie… Powiadają, że na ich barkach wzniesiono wszystkie budowle księstwa. Karczowały dżunglę, przenosiły pnie drzew, przesuwały głazy. Teraz robią to samo, a gdy nadciąga wojna, przywdziewają zbroje i ruszają do walki, otoczone przez oddziały nuawachi.

– Kogo?

– Lekką piechotę, procarzy, oszczepników i łuczników, najczęściej pochodzących z rodzin kornaków. Nikt nie walczy tak zawzięcie w obronie swoich zwierząt jak oni. Żadna jazda nie zaatakuje oddziału słoni, a żadna piechota nie wytrzyma szarży tych olbrzymów. A kiedyś… kiedyś biała słonica była czymś więcej niż tylko świąteczną atrakcją. I niektórzy nadal o tym pamiętają – zawiesił znacząco głos.

– Znów mnie ostrzegasz?

– Owszem. – Mężczyzna wskazał na podskakującego radośnie Samiyego. – Issarowie nie słyną z taktu, lecz złamiesz mu serce, jeśli okażesz pogardę dla tego, co ceni.

Otoczyły ich drzewa o szerokich liściach, spod których zwieszały się kiście różnobarwnych owoców. Wszędzie wokół rosły krzewy przycięte w regularne wzory, krążyły stada motyli i setki ptaków, kolorowych jak tęcza i wrzeszczących wniebogłosy ochrypłymi głosami. Pod drzewami przechadzali się w skupieniu ludzie ubrani w obcisłe koszule i spodnie do kolan, na głowach nosili szerokie kapelusze. Żaden nie oderwał wzroku od ziemi, nawet gdy prawie na jednego wpadli.

– Co oni robią?

– Zbierają ptasie kupy.

Dopiero teraz zauważyła, że każdy z nich ma tkany z gazy woreczek, wypełniony drobnymi, ciemnymi kulkami.

– Po co?

– Na anwayę. To napój robiony z ziaren vaolei. – Truciciel wskazał kiść owoców. – Same owoce są trujące, choć można z nich uzyskać napar o lekkich właściwościach pobudzających. Surowe ziarno również nie nadaje się do niczego. Za to jeśli owoc zostanie zjedzony przez papugę, a potem wydalony, pojawia się gri, wpół przetrawione ziarno, z którego soki żołądkowe ptaka wyciągnęły całą truciznę, zostawiając tylko esencję. Anwaya to książęcy rarytas, lekko gorzka, z posmakiem wanilii, ożywia umysł i ciało, przydaje sił witalnych, przepędza złe myśli.

Ominęli kolejnego zbieracza ptasich odchodów.

– To specjalnie sprowadzone drzewa i specjalnie dobrane ptaki. A uncja gri kosztuje swoją wagę w srebrze. Nie dziw się więc, że nas ignorują. O, są zagrody.

Zagrody słoni wyglądały jak gotowy do odparcia szturmu obóz warowny. Rów z kolcami na dnie, palisada z grubych na dwie stopy pni, wieżyczki strażnicze, brama, która sprawiała wrażenie odpornej na uderzenia ciężkiego tarana. Wszystko to ciągnęło się na kilkaset stóp w każdą stronę.

Samiy rozłożył ręce na boki, jakby mówił „To jest moje”. Uśmiechał się szeroko.

– No dobrze, prowadź. – Deana skinęła głową, wskazując bramę. – To w końcu twój dom.

Wprowadził ich małą furtką umieszczoną z boku głównego wejścia wprost na spory dziedziniec. Kilku kręcących się po nim mężczyzn pozdrowiło go serdecznymi uśmiechami, lecz najwyraźniej widok truciciela i issarskiej kobiety powstrzymał ich od zbliżenia się. Zresztą mieli zajęcie, jedni zgarniali łopatami i ładowali do worków olbrzymie kule łajna, inni polewali wodą i szorowali kamienne płyty. Zza najbliższego budynku dobiegło głośne trąbienie.

Samiy skierował się w tamtą stronę. Minęli kolejne olbrzymie drzwi i znaleźli się w pomieszczeniu, które pod względem rozmiarów przypominało salę tronową. Jeżeli znalazłaby się gdzieś sala tronowa z glinianą posadzką posypaną słomą. Strumień światła wpadający przez wrota rozkrawał ją na pół, pogłębiając cienie po obu stronach stajni i utrudniając dokładną ocenę wielkości.

1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 151
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)