Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 210
Перейти на страницу:

Chło­piec pa­trzył, a Key’la za­czę­ła się mo­dlić bez­gło­śnie, choć nie ro­bi­ła tego od wie­lu dni. Pani Koni, Laal Sza­ro­wło­sa, po­móż. Je­śli na­praw­dę Ko­cyk miał być ro­zum­ną bro­nią, to niech te­raz wy­ka­że się ro­zum­no­ścią.

Pro­szę.

Ka­mień mkną­cy mię­dzy rę­ka­mi Dwu Pal­ców znikł.

Wo­kół wie­co­we­go krę­gu roz­le­gło się gło­śne „Oooch”.

Sku­pio­na na mo­dli­twie Key’la nie za­uwa­ży­ła, kie­dy Ko­cyk sta­nął za nią ani kie­dy wy­su­nął swo­je ręce nad jej ra­mio­na­mi. Ka­mień za­tań­czył mię­dzy jego dłoń­mi, a pa­zu­ry zda­wa­ły mu się w ogó­le nie prze­szka­dzać; okrą­gły ka­wa­łek ska­ły prze­ska­ki­wał z jed­nej jego ręki do dru­giej z taką pręd­ko­ścią, że wy­glą­dał jak sza­ra smu­ga.

Dwa Pal­ce się­gnął po zdo­bycz – za wol­no – Ko­cyk prze­rzu­cił ją w dół, do ręki Key’li – dziew­czyn­ka po­czu­ła ude­rze­nie o dłoń, moc­ne, pie­ką­ce – i od razu po­sła­ła olo­ola z po­wro­tem, po prze­kąt­nej.

Po chwi­li ka­mień prze­ska­ki­wał mię­dzy dłoń­mi jej i chłop­ca tak, jak­by ba­wi­li się w tę grę od uro­dze­nia. Mia­ła wra­że­nie, że Ko­cyk po­pra­wia wszyst­kie jej błę­dy, w pół ru­chu przej­mu­je za sła­bo albo nie­cel­nie od­rzu­co­ny po­cisk, a wszyst­ko robi tak szyb­ko, że Key’la na­wet nie pró­bo­wa­ła śle­dzić ka­mie­nia wzro­kiem. Sam rzu­cał cel­nie i bar­dzo moc­no, dło­nie ją bo­la­ły, ale wy­star­czy­ło, że trzy­ma­ła je otwar­te, a ka­mień sam tra­fiał we wła­ści­we miej­sce.

Sku­pia­ła się na ła­pa­niu i od­rzu­ca­niu olo­ola tak bar­dzo, że aż pra­wie za­po­mnia­ła o od­dy­cha­niu, ale ani razu nie po­peł­ni­ła błę­du. Ude­rze­nie w dłoń i od­rzu­ce­nie ka­mie­nia – to było te­raz naj­waż­niej­sze.

Dwa Pal­ce po­now­nie się­gnął po olo­ola, spu­dło­wał, trze­cia i ko­lej­ne pró­by też za­koń­czy­ły się fia­skiem. Jego dło­nie raz po raz szar­pa­ły się do przo­du i wra­ca­ły pu­ste.

Na­gle va­ihir cof­nął się o dwa kro­ki, po­ki­wał gło­wą i na­gle jego ręce wy­ko­na­ły po­wol­ny, skom­pli­ko­wa­ny ruch, koń­czą­cy się na rę­ko­je­ściach bro­ni. Nie wie­dzia­ła, co to zna­czy, ale mina Dwu Pal­ców wy­ra­ża­ła szcze­re uzna­nie.

— Olo­ola jest two­je, Sła­ba Jed­na — po­wie­dział i za­raz do­dał peł­nym gło­sem — sau­ri-noi tab gre olo­ola.

Krąg za­szu­miał.

Key’la zła­pa­ła ka­wa­łek ska­ły w pul­su­ją­cą go­rą­cym bó­lem dłoń i przy­ci­snę­ła do pier­si. Ski­nię­ciem gło­wy wska­za­ła Ka­wał­ko­wi Że­la­za miej­sce przed sobą.

— Za­gra­my?

Nie po­trze­bo­wa­ła tłu­ma­cza.

Wy­zwa­ny nie zmie­nił wy­ra­zu twa­rzy, wciąż ka­mien­nej, wciąż wście­kłej, za to lek­ko się wy­su­nął i scho­wał czte­ry mie­cze do po­chew – nie roz­po­zna­ła tego ge­stu – po czym uniósł dwie gór­ne dło­nie. Ten już zna­ła, Ka­wa­łek Że­la­za do­ma­gał się gło­su.

Śmiech umilkł, a on za­czął prze­mo­wę. I tu też nie po­trze­bo­wa­ła tłu­ma­cza, bo co chwi­lę pa­da­ło groź­ne i cięż­kie ka­na­loo, sło­wo, któ­re mia­ło moc ostrza ukry­te­go za ple­ca­mi.

Ka­na­loo to, ka­na­loo tam­to – po­kry­ty bli­zna­mi va­ihir na­wet nie za­dał so­bie tru­du, by wska­zy­wać na Ko­cy­ka. Po co? Wszy­scy wie­dzie­li, o kogo cho­dzi, i wszy­scy, ona też, do­kład­nie wie­dzie­li, do­kąd ta prze­mo­wa zmie­rza.

Czy za­po­mnie­li­ście, kim on jest? Czy nie pa­mię­ta­cie, skąd po­cho­dzi? To za­bój­ca ze staj­ni na­szych wro­gów, słu­cha­ją­cy tyl­ko swo­ich pa­nów, gdy ci go we­zwą, pój­dzie do nich, gdy każą mu za­bi­jać, wy­cią­gnie szpo­ny po nas. Nie ufaj­cie mu ani tej dziew­czy­nie.

Wo­kół nich za­czął się gwar. Szep­ty, spoj­rze­nia i krót­kie ge­sty peł­za­ły po okrę­gu, a Key’la wie­dzia­ła, że mimo iż zy­ska­li tro­chę sym­pa­tii, może uzna­nia, to jesz­cze wca­le a wca­le nie wy­gra­li.

Naj­trud­niej­sza rzecz była przed nią.

Przed nimi.

Od­wró­ci­ła się do Ko­cy­ka, do­tknę­ła de­li­kat­nie jego uzbro­jo­nej w dzi­wacz­ną kon­struk­cję dło­ni. Bran­so­le­ta opla­ta­ją­ca nad­gar­stek, pier­ście­nie, po dwa na pal­cu i je­den zdo­bią­cy kciuk, oraz dru­ty je łą­czą­ce wy­da­wa­ły jej się nie­na­tu­ral­nie zim­ne, wręcz lo­do­wa­te. Na­kład­ki na szczy­cie pal­ców, za­koń­czo­ne ry­si­mi szpo­na­mi, rów­nież. Za to skó­ra mię­dzy nimi była tak go­rą­ca, że nie­mal pa­rzy­ła.

Ko­cyk ob­ser­wo­wał ją uważ­nie, jego ja­sne oczy błą­dzi­ły po jej twa­rzy. Po raz pierw­szy przy­szło jej do gło­wy, że jest cał­kiem ład­ny jak na chłop­ca. Ład­niej­szy niż więk­szość tych, któ­rych zna­ła.

Zde­cy­do­wa­nym ru­chem po­ło­ży­ła so­bie jego dłoń na pier­si tak, że ostrze przy­mo­co­wa­ne do środ­ko­we­go pal­ca spo­czę­ło w za­głę­bie­niu nad most­kiem. Przy­ci­snę­ła moc­niej pa­zu­ry.

— Za­bij — po­wie­dzia­ła gło­śno.

W krę­gu czwo­ro­rę­kich wie­lu mu­sia­ło znać me­ekh, bo ci­sza i bez­ruch roz­la­ła się wo­kół, jak­by ktoś rzu­cił za­mra­ża­ją­cy wszyst­kich czar.

— Za­bij — po­wtó­rzy­ła i zro­bi­ła krok na­przód, ale chło­pak zdą­żył się cof­nąć, i tak szli przez kil­ka jar­dów, jak skle­je­ni ze sobą. Ona trzy­ma­ła go za rękę, on, z twa­rzą, z któ­rej nie dało się wy­czy­tać nic a nic, co­fał się i tyl­ko jego oczy ro­bi­ły się więk­sze i więk­sze.

Wy­rwał jej się na­gle, bez żad­ne­go pro­ble­mu zresz­tą, i od­sko­czył w bok. Jed­nym ru­chem zła­pał się za gar­dło, pa­zu­ry za­mknę­ły się na szczu­płej szyi, a ku dziew­czy­nie wy­cią­gnął dru­gą rękę, jak­by chciał ci­snąć w Key’lę ka­mie­niem, któ­rym jesz­cze chwi­lę temu gra­li.

Od­chy­lił gło­wę, za­mknął oczy, a struż­ka krwi za­bar­wi­ła jego szy­ję.

— Nie!!!

Nie są­dzi­ła, że po­tra­fi tak gło­śno wrza­snąć, nie są­dzi­ła, że może być tak szyb­ka ani tak sil­na. Do­pa­dła go, zła­pa­ła za lewą rękę, nie, nie zła­pa­ła, wcze­pi­ła się w nią obie­ma dłoń­mi, za­ci­ska­jąc pal­ce na dru­tach i pier­ście­niach, i po­cią­gnę­ła. Prze­wró­ci­li się na ka­mien­ne pły­ty, na­wet nie po­czu­ła roz­dar­tej skó­ry, cią­gnę­ła tyl­ko z ca­łej siły jego śmier­cio­no­śną dłoń w dół.

Prze­to­czy­li się tak, że zna­la­zła się na­gle na gó­rze, wciąż pró­bu­jąc od­cią­gnąć mu rękę od gar­dła i wrzesz­cząc:

— Nie! Nie!! Nie!!! Zo­staw! Nie wol­no! Nie! Mój! Mój! Je­steś mój!!!

Za­chły­snę­ła się krzy­kiem i na­gle oczy wy­peł­ni­ły jej się łza­mi, a gar­dło szlo­chem, i obie te rze­czy wy­ry­wa­ły się na ze­wnątrz. Dni wy­peł­nio­ne wę­drów­ką przez obce kra­iny w to­wa­rzy­stwie rów­nie ob­cych istot, strach, ból, sa­mot­ność, po­czu­cie stra­ty i nie­spra­wie­dli­wość, wszyst­ko to wez­bra­ło w niej i w koń­cu wy­bu­chło, bo Ko­cyk był ostat­nią oso­bą, któ­ra łą­czy­ła ją z wła­snym świa­tem, z ro­dzi­ną i ple­mie­niem. Na­le­żał do niej i ni­ko­go in­ne­go!

1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)