Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Chłopiec patrzył, a Key’la zaczęła się modlić bezgłośnie, choć nie robiła tego od wielu dni. Pani Koni, Laal Szarowłosa, pomóż. Jeśli naprawdę Kocyk miał być rozumną bronią, to niech teraz wykaże się rozumnością.
Proszę.
Kamień mknący między rękami Dwu Palców znikł.
Wokół wiecowego kręgu rozległo się głośne „Oooch”.
Skupiona na modlitwie Key’la nie zauważyła, kiedy Kocyk stanął za nią ani kiedy wysunął swoje ręce nad jej ramionami. Kamień zatańczył między jego dłońmi, a pazury zdawały mu się w ogóle nie przeszkadzać; okrągły kawałek skały przeskakiwał z jednej jego ręki do drugiej z taką prędkością, że wyglądał jak szara smuga.
Dwa Palce sięgnął po zdobycz – za wolno – Kocyk przerzucił ją w dół, do ręki Key’li – dziewczynka poczuła uderzenie o dłoń, mocne, piekące – i od razu posłała oloola z powrotem, po przekątnej.
Po chwili kamień przeskakiwał między dłońmi jej i chłopca tak, jakby bawili się w tę grę od urodzenia. Miała wrażenie, że Kocyk poprawia wszystkie jej błędy, w pół ruchu przejmuje za słabo albo niecelnie odrzucony pocisk, a wszystko robi tak szybko, że Key’la nawet nie próbowała śledzić kamienia wzrokiem. Sam rzucał celnie i bardzo mocno, dłonie ją bolały, ale wystarczyło, że trzymała je otwarte, a kamień sam trafiał we właściwe miejsce.
Skupiała się na łapaniu i odrzucaniu oloola tak bardzo, że aż prawie zapomniała o oddychaniu, ale ani razu nie popełniła błędu. Uderzenie w dłoń i odrzucenie kamienia – to było teraz najważniejsze.
Dwa Palce ponownie sięgnął po oloola, spudłował, trzecia i kolejne próby też zakończyły się fiaskiem. Jego dłonie raz po raz szarpały się do przodu i wracały puste.
Nagle vaihir cofnął się o dwa kroki, pokiwał głową i nagle jego ręce wykonały powolny, skomplikowany ruch, kończący się na rękojeściach broni. Nie wiedziała, co to znaczy, ale mina Dwu Palców wyrażała szczere uznanie.
— Oloola jest twoje, Słaba Jedna — powiedział i zaraz dodał pełnym głosem — sauri-noi tab gre oloola.
Krąg zaszumiał.
Key’la złapała kawałek skały w pulsującą gorącym bólem dłoń i przycisnęła do piersi. Skinięciem głowy wskazała Kawałkowi Żelaza miejsce przed sobą.
— Zagramy?
Nie potrzebowała tłumacza.
Wyzwany nie zmienił wyrazu twarzy, wciąż kamiennej, wciąż wściekłej, za to lekko się wysunął i schował cztery miecze do pochew – nie rozpoznała tego gestu – po czym uniósł dwie górne dłonie. Ten już znała, Kawałek Żelaza domagał się głosu.
Śmiech umilkł, a on zaczął przemowę. I tu też nie potrzebowała tłumacza, bo co chwilę padało groźne i ciężkie kanaloo, słowo, które miało moc ostrza ukrytego za plecami.
Kanaloo to, kanaloo tamto – pokryty bliznami vaihir nawet nie zadał sobie trudu, by wskazywać na Kocyka. Po co? Wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi, i wszyscy, ona też, dokładnie wiedzieli, dokąd ta przemowa zmierza.
Czy zapomnieliście, kim on jest? Czy nie pamiętacie, skąd pochodzi? To zabójca ze stajni naszych wrogów, słuchający tylko swoich panów, gdy ci go wezwą, pójdzie do nich, gdy każą mu zabijać, wyciągnie szpony po nas. Nie ufajcie mu ani tej dziewczynie.
Wokół nich zaczął się gwar. Szepty, spojrzenia i krótkie gesty pełzały po okręgu, a Key’la wiedziała, że mimo iż zyskali trochę sympatii, może uznania, to jeszcze wcale a wcale nie wygrali.
Najtrudniejsza rzecz była przed nią.
Przed nimi.
Odwróciła się do Kocyka, dotknęła delikatnie jego uzbrojonej w dziwaczną konstrukcję dłoni. Bransoleta oplatająca nadgarstek, pierścienie, po dwa na palcu i jeden zdobiący kciuk, oraz druty je łączące wydawały jej się nienaturalnie zimne, wręcz lodowate. Nakładki na szczycie palców, zakończone rysimi szponami, również. Za to skóra między nimi była tak gorąca, że niemal parzyła.
Kocyk obserwował ją uważnie, jego jasne oczy błądziły po jej twarzy. Po raz pierwszy przyszło jej do głowy, że jest całkiem ładny jak na chłopca. Ładniejszy niż większość tych, których znała.
Zdecydowanym ruchem położyła sobie jego dłoń na piersi tak, że ostrze przymocowane do środkowego palca spoczęło w zagłębieniu nad mostkiem. Przycisnęła mocniej pazury.
— Zabij — powiedziała głośno.
W kręgu czwororękich wielu musiało znać meekh, bo cisza i bezruch rozlała się wokół, jakby ktoś rzucił zamrażający wszystkich czar.
— Zabij — powtórzyła i zrobiła krok naprzód, ale chłopak zdążył się cofnąć, i tak szli przez kilka jardów, jak sklejeni ze sobą. Ona trzymała go za rękę, on, z twarzą, z której nie dało się wyczytać nic a nic, cofał się i tylko jego oczy robiły się większe i większe.
Wyrwał jej się nagle, bez żadnego problemu zresztą, i odskoczył w bok. Jednym ruchem złapał się za gardło, pazury zamknęły się na szczupłej szyi, a ku dziewczynie wyciągnął drugą rękę, jakby chciał cisnąć w Key’lę kamieniem, którym jeszcze chwilę temu grali.
Odchylił głowę, zamknął oczy, a strużka krwi zabarwiła jego szyję.
— Nie!!!
Nie sądziła, że potrafi tak głośno wrzasnąć, nie sądziła, że może być tak szybka ani tak silna. Dopadła go, złapała za lewą rękę, nie, nie złapała, wczepiła się w nią obiema dłońmi, zaciskając palce na drutach i pierścieniach, i pociągnęła. Przewrócili się na kamienne płyty, nawet nie poczuła rozdartej skóry, ciągnęła tylko z całej siły jego śmiercionośną dłoń w dół.
Przetoczyli się tak, że znalazła się nagle na górze, wciąż próbując odciągnąć mu rękę od gardła i wrzeszcząc:
— Nie! Nie!! Nie!!! Zostaw! Nie wolno! Nie! Mój! Mój! Jesteś mój!!!
Zachłysnęła się krzykiem i nagle oczy wypełniły jej się łzami, a gardło szlochem, i obie te rzeczy wyrywały się na zewnątrz. Dni wypełnione wędrówką przez obce krainy w towarzystwie równie obcych istot, strach, ból, samotność, poczucie straty i niesprawiedliwość, wszystko to wezbrało w niej i w końcu wybuchło, bo Kocyk był ostatnią osobą, która łączyła ją z własnym światem, z rodziną i plemieniem. Należał do niej i nikogo innego!