Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 210
Перейти на страницу:

— Mój! — Ode­rwa­ła wresz­cie szpo­nia­stą dłoń od gar­dła chłop­ca, przy­ci­snę­ła mu jed­ną rękę do brzu­cha i sie­dząc na nim okra­kiem, pię­ścią dru­giej ude­rzy­ła w zie­mię. — Mój! Mój ka­na­loo. Ni­czyj inny! Nie od­dam wam go! Sły­szy­cie! Nie od­dam! A ty leż! Sły­szysz! Leż!!!

Ko­cyk znie­ru­cho­miał, od­dy­cha­jąc cięż­ko. Jego oczy za­czę­ły od­zy­ski­wać zwy­kły wy­raz czuj­no­ści.

Key’la pu­ści­ła jego rękę i sta­nę­ła na­prze­ciw va­ihi­rów, któ­rych wi­dzia­ła przez łzy jako roz­ma­za­ną, nie­wy­raź­ną pla­mę.

— Jest mój! — po­wie­dzia­ła ci­cho, a sło­wa wy­ry­wa­ły się z jej ust jak ran­ne zwie­rzę­ta z klat­ki. — Mój ka­na­loo. Nie po­zwo­lę wam go za­bić.

Otar­ła twarz, za­ci­snę­ła pię­ści.

Krąg pękł, a sko­ja­rze­nie, że oto gór­ska lwi­ca wcho­dzi mię­dzy gro­ma­dę niedź­wie­dzi, ude­rzy­ło dziew­czyn­kę w dwój­na­sób. W tej chwi­li Usta Zie­mi ota­czał na­ma­cal­ny wręcz nimb sza­cun­ku.

— Prze­mó­wię w ję­zy­ku Sła­bej Jed­nej, by nie było wąt­pli­wo­ści co do in­ten­cji ple­mie­nia i mo­ich. Ci, któ­rzy go zna­ją, niech tłu­ma­czą resz­cie — głos va­ihir­skiej ko­bie­ty był dziw­ny, mięk­ki i ła­god­ny. — Ka­na­loo nie może świa­do­mie zra­nić ani za­bić swo­je­go pana, prę­dzej sam się za­bi­je. Wi­dzie­li­ście, co tu się sta­ło. Ten ka­na­loo na­le­ży do tego dziec­ka, choć z pew­no­ścią nie po­cho­dzi ono od Do­brych Pa­nów. Nie wiem, jak to się sta­ło ani co to zna­czy, ale wiem, że nie po­win­ni­śmy po­stę­po­wać po­chop­nie. Ten ka­na­loo jest jej dru­gą parą rąk, jak są­dzę, tą bar­dziej spraw­ną. Je­śli ktoś chce ode­brać jej te ręce, niech wy­stą­pi tu i te­raz.

W krę­gu roz­legł się szmer go­rącz­ko­wych szep­tów, gdy tłu­ma­czo­no sło­wa ko­bie­ty, i za­pa­dła ci­sza. Key’la po­wio­dła wzro­kiem do­oko­ła. Nikt. Nikt nie chciał wy­stą­pić, na­wet Ka­wa­łek Że­la­za znikł już gdzieś za ple­ca­mi po­bra­tym­ców. I choć spoj­rze­nia nie­któ­rych va­ihi­rów by­naj­mniej nie zmię­kły, nie mia­ło to zna­cze­nia.

Po­czu­ła się, jak­by ktoś zdjął jej z ple­ców ol­brzy­mi głaz, któ­ry no­si­ła, na­wet o tym nie wie­dząc. Ko­cyk bę­dzie żył. Tak jak obie­ca­ła jej to Usta Zie­mi. Bę­dzie jej. Tyl­ko jej.

Usta Zie­mi uśmiech­nę­ła się do niej.

— No pro­szę, ka­mień cza­sem może po­fru­nąć w nie­bo.

Key’la spró­bo­wa­ła coś od­po­wie­dzieć, ale tyl­ko za­mru­ga­ła, gdy na­gły cień prze­sło­nił jej pole wi­dze­nia. Chcia­ła mach­nąć ręką, by go ode­gnać, ale jej ręka zro­bi­ła się na­gle cięż­ka, jak­by trzy­ma­ła w niej dzie­się­cio­fun­to­wy młot ojca, a cień wy­ko­rzy­stał tę sła­bość, sko­czył na nią i za­mknął jej oczy.

Nie po­czu­ła na­wet ude­rze­nia o zie­mię.

* * *

Usta Zie­mi sta­ła na opu­sto­sza­łym pla­cu. Była sama, ple­mię ro­ze­szło się do swo­ich za­jęć, bar­dziej za­in­try­go­wa­ne niż roz­gnie­wa­ne. Cie­szy­ło to va­ihir­ską ko­bie­tę, gniew po­bra­tym­ców był strasz­ny, nie­okieł­zna­ny, dzi­ki. Cza­sem wcią­gał jej ro­da­ków z po­wro­tem w ot­chłań, z któ­rej nie po­tra­fi­li się już wy­do­być, a wte­dy sta­wa­li się tym, z cze­go ich stwo­rzo­no. Czwo­ro­rę­ki­mi be­stia­mi nie bar­dziej ro­zum­ny­mi od zwie­rząt.

Spoj­rza­ła w górę. Zna­ła opo­wie­ści o cza­sach, gdy nie­bo­skłon ciem­niał, by dać od­po­cząć oczom i umy­słom. Tak po­sta­no­wio­no, gdy two­rzo­no ten świat – sko­ro nie da się na jego nie­bie roz­pa­lić słoń­ca, niech cho­ciaż cykl dnia i nocy bę­dzie za­cho­wa­ny. Ka­ta­klizm, któ­ry za­mknął świat w jed­nej chwi­li, tuż przed peł­ną ja­sno­ścią, przy­wo­dził wie­lu jej ro­da­ków do sza­leń­stwa, nie po­tra­fi­li za­snąć na­wet w głę­bo­kich ja­ski­niach, zu­peł­nie jak­by przez wie­le łok­ci ska­ły wciąż wi­dzie­li sta­lo­we nie­bo nad gło­wą. Nie­któ­rzy wpa­da­li w ka­ta­to­nię, od­ma­wia­li je­dze­nia i pi­cia, wresz­cie ga­śli. Inni zmie­nia­li się w be­stie, ata­ko­wa­li wszyst­ko, co sta­nę­ło im na dro­dze. Tych ple­mio­na va­ihi­rów mu­sia­ły same ode­słać do boga.

Ta­kie były opo­wie­ści z dni po ka­ta­kli­zmie, a ona nie mia­ła po­wo­dów, by uwa­żać je za kłam­stwo. Zwłasz­cza te­raz, gdy Do­brzy Pa­no­wie tak bar­dzo się uak­tyw­ni­li, a va­ihi­ro­wie co­raz czę­ściej spo­ty­ka­li lu­dzi z in­ne­go świa­ta, gdzie dzień zna­czył ogni­sty krąg prze­bie­ga­ją­cy nie­bo­skłon i gdzie ciem­ność przy­cho­dzi­ła, by dać od­po­cząć oczom i umy­słom.

Po raz ko­lej­ny po­czu­ła ukłu­cie stra­chu.

Prze­nio­sła spoj­rze­nie na ka­mien­ną pły­tę u swo­ich stóp.

— Je­steś za­do­wo­lo­na? — usły­sza­ła.

Ten szept za­pew­ne za­sko­czył­by ko­goś, kto, ina­czej niż ona, nie spo­glą­dał na świat przez kulę z czar­ne­go ka­mie­nia. Ale Usta Zie­mi od dłuż­szej chwi­li wie­dzia­ła, kto się zbli­ża. Ka­mień po­ka­zy­wał jej ta­kie rze­czy.

— Tak. — Nie było sen­su za­prze­czać. Rze­czy uło­ży­ły się tak, jak chcia­ła. To dziw­ne dziec­ko prze­ży­ło, jego to­wa­rzysz tak­że, a te­raz obo­je mie­li u niej dług. — Do­brze się spi­sa­łeś.

Ob­jął ją w pa­sie dol­ną parą rąk, gór­ną za­czął ma­so­wać bar­ki.

— Ta­kie sło­wa z ust Ust piesz­czą moją du­szę — za­żar­to­wał.

— Nie je­stem w na­stro­ju. Ostrze­gam.

Pu­ścił ją i cof­nął się. Przez chwi­lę pa­no­wa­ła ci­sza, a kie­dy zer­k­nę­ła na nie­go, stał tyl­ko i pa­trzył, spo­koj­nie, bez lęku. Jego po­kry­ta bli­zna­mi twarz mia­ła taki wy­raz, jak­by kon­tem­plo­wał pły­ną­cy stru­myk.

— Dwa Pal­ce lubi tego ma­łe­go czło­wie­ka — ode­zwał się spo­koj­nie. — Ku­bek Wody też.

— Ten mały czło­wiek to dziew­czyn­ka. Ona. I Czar­ny Bia­ły też ją lubi. Nie za­po­mi­naj o nim.

— Nie za­po­mi­nam. — Va­ihir do­tknął pier­si tam, gdzie roz­chy­lo­na ka­mi­ze­la uka­zy­wa­ła mapę blizn i szram. — Gdzie ona jest?

— Śpi. Od­po­czy­wa. Od­po­czyn­ku po­trze­bu­je te­raz naj­bar­dziej.

Usta Zie­mi przy­klę­kła i do­tknę­ła ka­mien­nej pły­ty. Tej sa­mej, w któ­rą Key’la ude­rzy­ła pię­ścią. Wy­ku­ty w sze­ścio­kąt ka­wał gra­ni­tu, gru­by na sto­pę, sze­ro­ki na dwie, kru­szył się pod jej pal­ca­mi ni­czym zwie­trza­ły pia­sko­wiec. Ude­rzy­ła usztyw­nio­ny­mi pal­ca­mi i dłoń za­pa­dła się jej w pły­tę aż po nad­gar­stek.

Pod spodem był czy­sty pył.

— Trze­ba to bę­dzie wy­mie­nić.

— Zaj­mę się tym.

— Do­brze. — Uśmiech­nę­ła się. — I do­brze, że nie zmu­si­li­śmy jej do wal­ki.

Ka­wa­łek Że­la­za od­po­wie­dział jej uśmie­chem, któ­ry spra­wił, że jego po­kry­ta bli­zna­mi twarz sta­ła się pięk­na.

— Do­brze. Na­wet nie wiesz, jak się z tego cie­szę.

1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)