Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Mój! — Oderwała wreszcie szponiastą dłoń od gardła chłopca, przycisnęła mu jedną rękę do brzucha i siedząc na nim okrakiem, pięścią drugiej uderzyła w ziemię. — Mój! Mój kanaloo. Niczyj inny! Nie oddam wam go! Słyszycie! Nie oddam! A ty leż! Słyszysz! Leż!!!
Kocyk znieruchomiał, oddychając ciężko. Jego oczy zaczęły odzyskiwać zwykły wyraz czujności.
Key’la puściła jego rękę i stanęła naprzeciw vaihirów, których widziała przez łzy jako rozmazaną, niewyraźną plamę.
— Jest mój! — powiedziała cicho, a słowa wyrywały się z jej ust jak ranne zwierzęta z klatki. — Mój kanaloo. Nie pozwolę wam go zabić.
Otarła twarz, zacisnęła pięści.
Krąg pękł, a skojarzenie, że oto górska lwica wchodzi między gromadę niedźwiedzi, uderzyło dziewczynkę w dwójnasób. W tej chwili Usta Ziemi otaczał namacalny wręcz nimb szacunku.
— Przemówię w języku Słabej Jednej, by nie było wątpliwości co do intencji plemienia i moich. Ci, którzy go znają, niech tłumaczą reszcie — głos vaihirskiej kobiety był dziwny, miękki i łagodny. — Kanaloo nie może świadomie zranić ani zabić swojego pana, prędzej sam się zabije. Widzieliście, co tu się stało. Ten kanaloo należy do tego dziecka, choć z pewnością nie pochodzi ono od Dobrych Panów. Nie wiem, jak to się stało ani co to znaczy, ale wiem, że nie powinniśmy postępować pochopnie. Ten kanaloo jest jej drugą parą rąk, jak sądzę, tą bardziej sprawną. Jeśli ktoś chce odebrać jej te ręce, niech wystąpi tu i teraz.
W kręgu rozległ się szmer gorączkowych szeptów, gdy tłumaczono słowa kobiety, i zapadła cisza. Key’la powiodła wzrokiem dookoła. Nikt. Nikt nie chciał wystąpić, nawet Kawałek Żelaza znikł już gdzieś za plecami pobratymców. I choć spojrzenia niektórych vaihirów bynajmniej nie zmiękły, nie miało to znaczenia.
Poczuła się, jakby ktoś zdjął jej z pleców olbrzymi głaz, który nosiła, nawet o tym nie wiedząc. Kocyk będzie żył. Tak jak obiecała jej to Usta Ziemi. Będzie jej. Tylko jej.
Usta Ziemi uśmiechnęła się do niej.
— No proszę, kamień czasem może pofrunąć w niebo.
Key’la spróbowała coś odpowiedzieć, ale tylko zamrugała, gdy nagły cień przesłonił jej pole widzenia. Chciała machnąć ręką, by go odegnać, ale jej ręka zrobiła się nagle ciężka, jakby trzymała w niej dziesięciofuntowy młot ojca, a cień wykorzystał tę słabość, skoczył na nią i zamknął jej oczy.
Nie poczuła nawet uderzenia o ziemię.
* * *
Usta Ziemi stała na opustoszałym placu. Była sama, plemię rozeszło się do swoich zajęć, bardziej zaintrygowane niż rozgniewane. Cieszyło to vaihirską kobietę, gniew pobratymców był straszny, nieokiełznany, dziki. Czasem wciągał jej rodaków z powrotem w otchłań, z której nie potrafili się już wydobyć, a wtedy stawali się tym, z czego ich stworzono. Czwororękimi bestiami nie bardziej rozumnymi od zwierząt.
Spojrzała w górę. Znała opowieści o czasach, gdy nieboskłon ciemniał, by dać odpocząć oczom i umysłom. Tak postanowiono, gdy tworzono ten świat – skoro nie da się na jego niebie rozpalić słońca, niech chociaż cykl dnia i nocy będzie zachowany. Kataklizm, który zamknął świat w jednej chwili, tuż przed pełną jasnością, przywodził wielu jej rodaków do szaleństwa, nie potrafili zasnąć nawet w głębokich jaskiniach, zupełnie jakby przez wiele łokci skały wciąż widzieli stalowe niebo nad głową. Niektórzy wpadali w katatonię, odmawiali jedzenia i picia, wreszcie gaśli. Inni zmieniali się w bestie, atakowali wszystko, co stanęło im na drodze. Tych plemiona vaihirów musiały same odesłać do boga.
Takie były opowieści z dni po kataklizmie, a ona nie miała powodów, by uważać je za kłamstwo. Zwłaszcza teraz, gdy Dobrzy Panowie tak bardzo się uaktywnili, a vaihirowie coraz częściej spotykali ludzi z innego świata, gdzie dzień znaczył ognisty krąg przebiegający nieboskłon i gdzie ciemność przychodziła, by dać odpocząć oczom i umysłom.
Po raz kolejny poczuła ukłucie strachu.
Przeniosła spojrzenie na kamienną płytę u swoich stóp.
— Jesteś zadowolona? — usłyszała.
Ten szept zapewne zaskoczyłby kogoś, kto, inaczej niż ona, nie spoglądał na świat przez kulę z czarnego kamienia. Ale Usta Ziemi od dłuższej chwili wiedziała, kto się zbliża. Kamień pokazywał jej takie rzeczy.
— Tak. — Nie było sensu zaprzeczać. Rzeczy ułożyły się tak, jak chciała. To dziwne dziecko przeżyło, jego towarzysz także, a teraz oboje mieli u niej dług. — Dobrze się spisałeś.
Objął ją w pasie dolną parą rąk, górną zaczął masować barki.
— Takie słowa z ust Ust pieszczą moją duszę — zażartował.
— Nie jestem w nastroju. Ostrzegam.
Puścił ją i cofnął się. Przez chwilę panowała cisza, a kiedy zerknęła na niego, stał tylko i patrzył, spokojnie, bez lęku. Jego pokryta bliznami twarz miała taki wyraz, jakby kontemplował płynący strumyk.
— Dwa Palce lubi tego małego człowieka — odezwał się spokojnie. — Kubek Wody też.
— Ten mały człowiek to dziewczynka. Ona. I Czarny Biały też ją lubi. Nie zapominaj o nim.
— Nie zapominam. — Vaihir dotknął piersi tam, gdzie rozchylona kamizela ukazywała mapę blizn i szram. — Gdzie ona jest?
— Śpi. Odpoczywa. Odpoczynku potrzebuje teraz najbardziej.
Usta Ziemi przyklękła i dotknęła kamiennej płyty. Tej samej, w którą Key’la uderzyła pięścią. Wykuty w sześciokąt kawał granitu, gruby na stopę, szeroki na dwie, kruszył się pod jej palcami niczym zwietrzały piaskowiec. Uderzyła usztywnionymi palcami i dłoń zapadła się jej w płytę aż po nadgarstek.
Pod spodem był czysty pył.
— Trzeba to będzie wymienić.
— Zajmę się tym.
— Dobrze. — Uśmiechnęła się. — I dobrze, że nie zmusiliśmy jej do walki.
Kawałek Żelaza odpowiedział jej uśmiechem, który sprawił, że jego pokryta bliznami twarz stała się piękna.
— Dobrze. Nawet nie wiesz, jak się z tego cieszę.