Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
Antonio Gusepi siedział w drewnianym fotelu, biały marmur wokół niego znaczyły liczne krwawe plamy. Ktoś zmienił jego twarz w porcję tatara. I to drobno siekanego. Obszedłem trupa dookoła. Fotel był drewniany i wykonany w taki sposób, że zapewniał maksymalną wygodę, a przy tym swobodny dostęp świeżego powietrza do wszystkich części spoczywającego w nim ciała. Gusepi już tego nie doceni.
Pomieszczenie urządzone zostało dość oszczędnie, ale drogo.
Można by też rzec, że wygodnie, o ile ktoś miał skłonność do pustych przestrzeni, marmuru i szemrzącej wody.
- A więc ten bydlak dorwał kolejnego… - usłyszałem Mądralę.
Na ścianach dostrzegłem kilka gołych haczyków, które wyglądały tak, jakby jeszcze niedawno wisiała na nich broń.
- Ten Gusepi był kolekcjonerem? - rzuciłem w powietrze, nie zwracając się do nikogo konkretnie.
- Owszem - odpowiedział Bandarillo. - Uganiał się za starymi mieczami. Znał się na nich całkiem dobrze, na niektóre wydał fortunę. Załatwiłem mu nawet niewielki sklepik w ramach zacieśniania więzi handlowych.
- Niepotrzebnie tracimy czas, nie znajdziemy tu żadnych śladów, tak jak nie znaleźliśmy ich wcześniej. To musi być jakiś szalony artysta, co to wlatuje oknem i chodzi po ścianach…
Uwaga Mądrali wzbudziła falę potakujących mruknięć. Odnotowałem, że moją koncepcję, iż był to tylko jeden człowiek, zdążyli już przyswoić i uznać za swoją.
- Gusepi musiał przecież mieć jakąś ochronę - powiedziałem, nie zwracając na nich uwagi. - Proponowałbym sprawdzić na przykład piwnice. Jakoś trudno sobie wyobrazić, że tak po prostu siedzieliby na zadkach, podczas kiedy ktoś rozklepywał gębę ich szefa na befsztyk.
Sześciu chłopa spojrzało na mnie z nieskrywaną niechęcią, jednak wystarczyło jedno spojrzenie Bandarilla, aby bez słowa ruszyli na poszukiwania.
- Co o tym sądzicie? - spytał mnie wprost.
Poczekałem z odpowiedzią na ich powrót. Z ich raportów wynikało, że oprócz trupa w willi nie było nikogo.
- Sądzę, że czas, abyście wynajęli Rosena - odpowiedziałem.
- A to wy mi już nie wystarczycie na jednego szaleńca, który morduje handlarzy opium? - Uśmiechnął się ironicznie.
- Nie o to chodzi. - Pokręciłem głową. - Rosen to zawodowiec, za co mu zapłacą, tego się będzie trzymał. Na tych niezłomnych zasadach zbudował całą swoją reputację, której nie będzie chciał zaryzykować. Byłoby niewskazane, aby wynajął go ktoś inny, ktoś, kto może się zwrócić przeciw nam.
- Rosen pracuje dla Olvena - odezwał się ktoś.
Przyjrzałem się tym wszystkim niezgrabnym, tłustym gównojadom, którzy daliby radę najwyżej spuścić manto astmatycznemu sprzedawcy precli albo próbować obłapić młodą dziewkę gdzieś w ciemnym zaułku.
- No dobra. Jeśli Olven opłacił go po bojowych stawkach, nie mamy na co liczyć. Jednak z drugiej strony, nie sądzę, aby tak było. Rosen jest drogi i tak, a do takiej roboty - wskazałem trupa w fotelu - z powodzeniem wystarczyłyby takie łamagi jak wy. To jest robota Olvena - zwróciłem się do Bandarilla. - Zaczyna się wojna.
W plebiscycie na najpopularniejszą osobę w pomieszczeniu prawdopodobnie nie załapałbym się nawet na listę startujących, ale na zyskiwaniu przyjaciół akurat mi jakoś nie zależało. Nie mówiąc już o tym, że gdyby którykolwiek z tu obecnych miał się stać moim przyjacielem, już prędzej odrąbałbym sobie palec. Chociaż nie, zabiłbym go na miejscu. Palców mam tylko dwadzieścia.
Bandarillo chwilę zastanawiał się nad tym, co powiedziałem, aż wreszcie sam zaskoczył. Do tej pory ludzi z branży zabijał ktoś, kto potrafił dostać się do środka i wymknąć z powrotem niezauważony. Tymczasem tutaj nie pozostał nikt ze świty Gusepiego. Nie pozostał z prostego powodu - ktoś im zapłacił za to, aby byli gdzie indziej. Do tego trzeba przygotowań, kontaktów i sporych sum pieniędzy. Olven miał to wszystko.
Łasiczka stał przy straganie z chłodzoną i zwykłą herbatą, smakowymi lemoniadami i jeszcze innymi napojami zapewniającymi orzeźwienie pod palącym niebem Damarkandy. Na sobie miał płócienny płaszcz o barwie idealnie się z owym niebem zlewającej. Na świat spoglądał z wysokości za sprawą dwudziestocentymetrowych podeszew w specjalnie spreparowanych butach. Nie był to punkt widokowy, który jakoś szczególnie przypadałby mu do gustu. Czuł się nienaturalnie, jak na siebie zbyt widoczny i wystawiony na atak. Z drugiej jednak strony, sam sobie taki kamuflaż wybrał. Wraz z drapiącą i nieprawdopodobnie drogą peruką przebranie nadawało mu wygląd mieszkańca stepów, który do miasta zjeżdża najwyżej dwa razy do roku, kiedy przychodzi czas sprzedać na targu towar. Nie przemyślał do końca sprawy z fałszywymi bliznami rytualnymi i teraz martwił się, że może mieć problemy z ich szybkim usunięciem.
Na skraju targowiska, w tej części, w której pieczętowano worki, kosze i tobołki, czekało dziesięciu jego ludzi. Najlepszych, jakich udało mu się zebrać. Część pochodziła z zasobów Hodesza, czy raczej teraz już jego i Baklego, kilku najął. Zakup towaru, wynagrodzenie, prowizje wysłane przez kurierów i przekazy bankowe dla kolejnych adresatów w dalszych miastach - to wszystko kosztowało go mały majątek. Nie, nie mały. Całkiem spory majątek. Wszystko to było jednak absolutnie niezbędne jako część przygotowań do tego, aby towar trafił tam, gdzie powinien - na północ.
Jego ludzie już poprzedniego wieczoru otrzymali wszystkie pieczęcie wraz ze z góry opłaconymi bonami na noclegi w określonych cesarskich stanicach kupieckich. Teraz powoli, bez zbędnego pośpiechu opuszczali targowisko, a potem i miasto. Gdyby zboczyli z trasy pokrywającej się z ich pieczęciami, znaleźliby się w tarapatach.
Na umówione miejsce spotkania wreszcie dotarł i Bakly. Widząc go, Łasiczka tylko pokręcił głową. W poszarganym płaszczu z grubej krowiej skóry, z rzednącymi włosami ostrzyżonymi na jeża i ze skórą na karku układającą się w grube fałdy Bakly wyglądał jak tłuścioch, który z ledwością potrafi udźwignąć kilogramy własnego sadła. Wystarczyło jednak spojrzeć mu w twarz, aby człowiek natychmiast zrozumiał swój błąd w ocenie. Może powinien nosić kapelusz z szerokim rondem, pomyślał Łasiczka. Tyle że Bakly do maskowania się nie miał przekonania, choćby diabli wiedzą jak wiele od tego zależało. Jeśli chcieli liczyć na sukces, Łasiczka musiał to brać pod uwagę. Dopił swoją, cudem jakimś ochłodzoną, jednak stanowczo zbyt słodką herbatę i opuścił stragan. Z drugiej strony, Bakly też przecież nie oczekiwał po nim ciężkozbrojnych szarży. I właśnie dzięki temu, że tak dobrze znali nawzajem swoje słabe strony, póki co jakoś im się udawało. Póki co. Ta ostatnia myśl przywołała na usta Łasiczki słaby uśmiech.
Ruszył za Baklym ciekaw, kiedy go wspólnik zauważy.
- Jestem tuż za waszymi plecami - oświadczył, nie kryjąc triumfu w głosie.
- Nie stanowicie zagrożenia.
- Dla was nie.
- Dokładnie to miałem na myśli.
Przez chwilę stali wedle siebie, spoglądając w różnych kierunkach, niczym dwóch cudzoziemców, którzy wpadli na siebie przez przypadek.
- Przed chwilą we własnym imieniu wysłałem na północ karawanę z opium - odezwał się Łasiczka. - Ceclass="underline" kraje po drugiej stronie Gutawskiej.
Bakly nie skomentował.
- Towar zdobyłem od ludzi, którzy skontaktowali się ze mną w wyniku mojej wycieczki w góry. Cena okazała się korzystniejsza, niż oczekiwałem. Prawie bez różnicy, jak gdybym brał bezpośrednio od farmerów. Tak jak obiecywali.
- Dobry interes - ocenił Bakly.
- Niby tak, ale przetransportowanie towaru tutaj kosztuje, tymczasem pośrednicy praktycznie nic sobie nie zaśpiewali.
- Że niby przepełnieni miłością bliźniego? - zdziwił się Bakly, nawet na chwilę nie odwracając wzroku. - Rozprowadzają narkotyki dla powszechnej szczęśliwości społeczeństwa?