Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 111
Перейти на страницу:

- Mam wrażenie, żeśmy się dogadali. Z panem Ontegą uścisnęliśmy sobie dłonie.

Ontega przyglądał mi się, jakbym wypełzł z jego najmroczniejszych koszmarów. Zresztą kto wie, może rzeczywiście bał się postawnych mężczyzn? Tego się przecież nie dało wykluczyć.

- To co z tymi tutaj? - spytałem go. - Przydadzą się wam do czego?

- Ja będę dla was pracował - wyszeptał ten z nożem w piersi. - Gdy się tylko doprowadzę do porządku.

Mądry wybór. W końcu ten nóż między żebra to nie było z mojej strony nic osobistego.

- A ci? - Wskazałem pozostałych.

Ontega pokręcił głową.

- Hodesz przyprowadził ich ze sobą ze wsi, skąd sam przyszedł.

- Trzeba im było zostać na wsi. - Wzruszyłem ramionami. - Na tyle się jeszcze nadawali.

Wyciągnąłem z Hodesza mój sztylet i skończyłem z nimi oboma.

- Jest tutaj ktoś jeszcze, kto przyszedł z Hodeszem ze wsi?

- Tylko dwóch. Stuscon i Brevi - odpowiedział pokurcz.

Popatrzyłem na niego i na pana Łasiczkę. Ten tylko parsknął i się odwrócił. Widocznie wciąż się jeszcze gniewał.

- W takim razie poślecie po nich, a wasz główny przyboczny - kiwnąłem brodą na przebitego - już to z nimi załatwi.

Łasiczka westchnął rozdrażniony. Do tej chwili nie przypuszczał nawet, że gotów byłem grać aż tak ostro. Pokurcz zrozumiał, że aby udowodnić swą lojalność, będzie musiał zabić własnych ludzi.

- Ja to załatwię - odezwał się wreszcie mięśniak, korzystając z wahania Ontegi. To wreszcie złamało Łasiczkę.

Stało się. Byliśmy już tylko my i oni. I gotowe.

Wspinaczka po tej fasadzie okazała się o wiele łatwiejsza, niż przypuszczał. Było już późno, w wielu oknach pałacu paliły się światła. Na szczęście dzięki wcześniejszym wyprawom znał już bardzo dobrze rozkład komnat, wiedział doskonale, gdzie sypia właściciel pałacu - główny śledczy cesarski Harbirger. Zamek okna opierał się nieprzyjemnie długo, jednak na szczęście parapet okazał się wystarczająco szeroki, a zawroty głowy spowodowane wysokością też już jakiś czas temu ustąpiły. Pomyślał, że w ciągu ostatnich kilku dni, a raczej nocy, więcej się nawspinał, niż nachodził.

Zamek szczęknął; usunął się na bok, żeby otworzyć okno, po czym wśliznął się do środka i zamknął je za sobą. Znajdował się w kancelarii, jakich w pałacu było zresztą wiele. W pustym o tej porze pomieszczeniu, dzięki czemu nie musiał nikogo uciszać ani zabijać. Gdyby jednak taka potrzeba się pojawiła, nie byłoby drogi odwrotu.

Przez chwilę nasłuchiwał pod drzwiami. Między palcem wskazującym a środkowym zaciśniętej pięści trzymał cienkie i ostre jak brzytwa ostrze noża do rzucania. Spokój, dokładnie tak, jak oczekiwał. W tym skrzydle pracowali za dnia urzędnicy, którzy o tej porze znajdowali się już dawno w domach, na spoczynku. Pomimo iż cesarskie rozporządzenie nakazywało, aby wszystkie pomieszczenia, w których pracowali imperialni urzędnicy, były na noc zamykane, zamek nie stanowił problemu. Rozporządzenia rozporządzeniami, ale oszczędzało się wszędzie i na wszystkim. Otwarcie pisarskiego zamka, jak je powszechnie nazywano, zajęło mu mniej niż cztery oddechy. Chłopak, który go tego nauczył, i tak twierdził, że był przy tym zaskakująco powolny.

Korytarz tonął w półmroku. Zarządzenia w sprawie regulaminowej liczby czynnych lamp najwyraźniej zupełnie już nie przestrzegano. Jak nigdzie zresztą. Było to absolutnie na porządku dziennym, że każdy urzędnik dowolnego szczebla starał się zaoszczędzić, na czym tylko mógł, aby tym więcej dodatkowego grosza mogło skapnąć do jego własnej kieszeni. Sam o tym doskonale wiedział.

Ruszył w głąb korytarza. Stopy w butach na podeszwie ze specjalnie przygotowanej skóry stawiał ciszej, niż brzmiał jego oddech. Za to zapłacił czymś zgoła innym niż pieniędzmi. Kawałek przed nim niespodziewanie szczęknął zamek, otworzyły się drzwi. Cofnął się parę kroków, skrył w najbliższej wnęce. Na korytarz dosłownie wytoczyli się mężczyzna i kobieta, ciasno objęci. Wiele odzienia na nich nie zostało i było oczywiste, czym są zajęci. Mniej oczywiste było jednak to, czemu zdecydowali się przerwać.

- Tam. - Mężczyzna wskazał ręką. - Tam znajdziemy coś dobrego.

Zagadka się wyjaśniła.

Poszli dalej we wskazanym kierunku, jednak w pewnym momencie wyglądało na to, że zdecydują się kontynuować uciechy tam, gdzie stali, na podłodze. Kobieta zaprotestowała jednak. Zadecydował brak dywanu.

Ruszył dalej. Plan pałacu znał doskonale, wiedział, gdzie może się zatrzymać, ukryć, odsapnąć. Jedyne, co mogłoby mu przeszkodzić, to jakieś niezaplanowane, przypadkowe zdarzenia, dokładnie jak to przed chwilą.

Pół godziny później widział już trzech strażników w pełnych zbrojach strzegących wstępu do prywatnej części pałacu. Trzy to niedobra liczba. Oczekiwał dwóch, a i tych nie zamierzał nawet próbować zabić, chciał się tylko obok nich niezauważony prześliznąć.

Zamek znów nie opierał się długo, jednak tym razem nie znalazł się w normalnej kancelarii, ale w pracowni kogoś znacznie wyżej postawionego. Poznał to po przedpokoju z szatnią i biurkiem dla sekretarza oraz po balkonie. Kilka metrów trawersowania po fasadzie, kolejna kancelaria i zostawił strażników za sobą. Parę minut później przechadzał się już po puchatych kobiercach prywatnego skrzydła pałacu najwyższego urzędnika cesarskiego w Damarkandzie. Tutaj nie oszczędzano na niczym. Każdy odcinek korytarza, klatki schodowej czy przechodnich pomieszczeń, które wydawały się nie mieć żadnej konkretnej roli, krzyczał wręcz, że ten, kto tu włada, nurza się w bezwstydnym bogactwie. Jak również nie życzy sobie, aby mu przeszkadzano. To mu akurat pasowało doskonale. Odnalezienie drzwi do pokoju Harbirgera było już tylko dziecinną igraszką.

Wystarczyło dotknięcie, aby zorientować się, że miał do czynienia z o wiele lepszym zamkiem. Z takim się jeszcze nie spotkał. Nie była to jednak pierwsza przeszkoda na jego drodze. Nie zraził się ani na moment, mocniej się tylko skoncentrował. Zamek poddał się po dziesięciu minutach ostrożnych manipulacji.

Kadzidło, alkohol i smród przepoconego ciała. Dziwna kombinacja. Spodziewał się raczej drogich perfum i zapachu współżycia. Zamknął za sobą drzwi i ruszył dalej.

Przeszedł krótkim korytarzem, po dotyku rozpoznał drzwi szaf wbudowanych w ściany. Garderoba albo podręczna kartoteka. Potem normalne ściany. Domyślił się, że korytarz musi kończyć się kolejnymi zamkniętymi drzwiami, inaczej musiałoby do niego wpadać jakieś światło, tymczasem wokół panowały absolutne ciemności, których nawet jego wspomagany substancjami wzrok nie potrafił przebić.

Nagle i bez ostrzeżenia - poruszenie powietrza. Zwinął się instynktownie, ostra klinga drasnęła go w ciemię. Bez chwili zawahania pchnął przed siebie nożem. Trafił, jednak równocześnie coś uderzyło go w rękę, wytrąciło z dłoni nóż. Oszacował na ślepo, sięgnął i namacał rękę trzymającą niewidoczną broń. Odtrącił ją przedramieniem, spróbował pewniej chwycić palcami. W jednej chwili atak z dystansu zamienił się w pojedynek zapaśniczy. Uścisk przeciwnika był niewyobrażalny. Jeszcze nigdy nie zetknął się z kimś tak silnym. Z całych sił próbował stawiać opór, ale nie dawał rady. Musiał spróbować jakoś inaczej. Czołem zdołał uderzyć w nos, dźwięk sugerował, że go złamał, jednak przeciwnik tylko się wzdrygnął i dalej trzymał go jak w imadle. Był silniejszy i twardszy niż on sam, musiał spróbować jeszcze inaczej. Na mgnienie oka rozluźnił się, tamten nieznacznie się zachwiał. Ugiął natychmiast kolana, skłaniając się bardziej w jedną stronę, po czym pociągnął do siebie przeciwnika i podstawiając mu nogę, zdołał go nieco obrócić i przerzucić przez biodro. Nie puścił przy tym ręki z bronią, kiedy tamten padał, podciągnął ją w górę, założył dźwignię i nie bez trudu wyłamał w łokciu. Czemu nie krzyczy? - zastanowiło go. Słyszał jedynie bicie własnego serca, za to po chwili zaczął wyczuwać nową woń - krew. Trącił leżące ciało czubkiem buta. Nie poruszyło się. Zaczął powoli macać wzdłuż złamanej ręki, do tułowia, i po chwili zrozumiał, co się stało. Mężczyzna, padając na ziemię, przypadkowo nadział się na własny nóż, ten trzymany w wyłamanej ręce. Łut szczęścia. W ciemności kucnął na podłodze i czując, jak palce lepią mu się od krwi, zastanawiał się, czy ma iść dalej. Mimo wszystkich przygotowań, majątku wydanego na informacje, nie miał pojęcia, czy nie czeka na niego kolejny strażnik. Z drugiej jednak strony, cały pojedynek trwał tak krótko, że trudno tak naprawdę mówić o zwłoce. Jedyne, co mogłoby go zatrzymać, to gdyby zmienił zdanie, ale to mu przecież nie groziło. Nie zamierzał jednak iść dalej po ciemku.

1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)