Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
- Mam nadzieję, że załatwimy sprawę szybko i bez problemów - zwrócił się do mnie. - I bez tego mamy mnóstwo do roboty. Ten cały narkotykowy interes sięga głębiej, niż żeśmy przypuszczali.
- I wyżej - dodałem. - We wszystko zamieszany jest śledczy cesarski, który likwiduje pośledniejszych handlarzy opium.
Jakoś wcześniej nie miałem czasu Łasiczce tego wyjawić.
- Fiu, fiu! - zagwizdał przez zęby. - To oznacza, że w sprawę wplątany jest również Falaghir, gubernator Damarkandy. Gdyby nie przymknął oczu na to, co się dzieje, nawet śledczy cesarski nie mógłby prowadzić tak zaangażowanej działalności.
Zastanowiłem się chwilę nad tym i wyglądało na to, że musiał mieć rację. Na Łasiczce można było w takich sytuacjach polegać. Potrafił sobie to wszystko przemyśleć i dojść do wniosków, które okazywały się stuprocentowo trafione. Jeśli o mnie chodziło, potrafiłem jedynie zorientować się, że sprawa sięgała wyżej. Łasiczka z kolei umiał wydedukować, jak wysoko.
Pchnąłem drzwi. Zadźwięczał dzwonek, owionęła mnie woń niezliczonych ziół i przypraw. Skąd ta tendencja u handlarzy narkotykami, żeby kamuflować swoje sklepy właśnie w ten sposób? To taka tradycja może? Czy boją się, że te świństwa, którymi handlują, będzie czuć na odległość? A może to po prostu przypadek? Było nie było, jak do tej pory w Damarkandzie poznałem tylko dwóch. Póki co.
- Idziemy do pana Hodesza, mamy umówione spotkanie.
W małym pomieszczeniu, wypełnionym workami, woreczkami, słoikami i buteleczkami napełnionymi Bóg wie czym, siedziało trzech ponurych typów, którzy teraz przyglądali mi się podejrzliwie. Bardzo podejrzliwie. Widać moi posłańcy zdążyli już powrócić.
- Wasza broń. - Podszedł do mnie przerośnięty bydlak o karku tak grubym, że gdybym chciał go skręcić, najpierw musiałbym mu nadmuchać głowę, inaczej wyśliznąłby mi się jak piskorz.
- Jasne. - Nie oponowałem, po czym podałem mój przerobiony miecz i nóż. Mimo to przeszukał mnie jeszcze, dzięki czemu znalazł dwa kolejne noże - jeden w pochwie przy pasku, drugi w cholewce buta. Z jakiegoś powodu niezmiernie go to ucieszyło. No i czemu nie? Lubię czasem bliźniemu zrobić jakąś małą przyjemność.
Łasiczkę przeszukali o wiele dokładniej i zabrali mu nawet jego brązową igłę, którą od pewnego czasu z sobie znanego powodu stale przy sobie nosił.
Przywołali jakiegoś pokurcza o podejrzliwym spojrzeniu, który poprowadził nas korytarzem, przy okazji kontrolując po drodze wszystkie łuczywa w naściennych uchwytach. Tamci trzej zamykali pochód tak ciasno, że czuliśmy ich oddechy na karkach. Korytarz kluczył i załamywał się wielokrotnie. Wyglądało na to, że budowanie labiryntów wewnątrz domostw było kwestią tutejszej mody.
Nasz przewodnik otworzył nagle bez pukania drzwi, których nawet nie zauważyłem. Żółte światło wmieszało się w szarość korytarza.
- Chcą się z wami widzieć, panie - pokurcz krzyknął w otwarte drzwi.
Wkroczyłem do środka, zanim jeszcze zabrzmiała odpowiedź. Trzej strażnicy obskoczyli mnie jak psy, jednak póki co nie dobyli jeszcze broni.
Pomieszczenie nie miało okien i przez to przypominało kryptę. Za mahoniowym stołem, którego blat wypolerowany został do tego stopnia, że odbijały się w nim światła lamp, zasiadał mężczyzna średniego wzrostu o długich siwych włosach zaplecionych w kok. Dość niewyględny kok, jeśli mam być szczery, wyglądał raczej jak mała termitiera. Z pochwy zawieszonej na zdobnym, wyszywanym srebrem pasie wystawała jeszcze bardziej bogato inkrustowana rękojeść kindżału.
- Spoko - zwróciłem się do eskorty. - Ja jestem tylko posłańcem. - Hodesz? - rzuciłem do siwego koka.
- Owszem - odparł, ale nic więcej nie zdołał już uczynić, ponieważ jednym ruchem wyciągnąłem spod podszewki kożucha mój nowy sztylet wykonany z ostrza miecza i wbiłem Hodeszowi w szyję. Zanim padł w tył, już dzierżyłem w dłoni jego broń i bez oglądania się dźgnąłem pierwszego z mięśniaków, który już się na mnie uwiesił i próbował skręcić mi kark. To ostudziło jego zapał. Drugiego, który na mnie skoczył, równocześnie próbując dobyć broni, złapałem za ramię, pociągnąłem i cisnąłem o ścianę. Walnął, aż zadudniło. Na tego trzeciego nie byłem już dość szybki. Byłby mi wbił nóż w plecy, gdyby Łasiczka nie zdołał go w biegu podciąć. Sprzedałem mu kopniaka w żebra, kości trzasnęły jak wiązka chrustu, dla pewności poprawiłem raz jeszcze.
- Nie ruszaj się i siedź cicho, jeśli ci życie miłe - poradziłem pokurczowi, który wyraźnie nie mógł się zdecydować, czy ma uciekać, czy wołać o pomoc.
- Co to ma wszystko znaczyć? - Łasiczka patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami. Był tak wściekły, że krew zupełnie odpłynęła mu z twarzy.
- Wygląda na to, że właśnie staliśmy się właścicielami rejonu. - Wzruszyłem ramionami.
- I wy to nazywacie planowaniem?! A gdzie przygotowania? - rzucał się dalej Łasiczka. - Gdyby cokolwiek poszło nie tak, nawet w najdrobniejszym szczególe, obaj byśmy leżeli tutaj martwi. Takie ryzyko! Takie idiotyczne ryzyko!
Pozwoliłem mu się wygadać. Może i miał trochę racji, tylko że ja się nigdy nad żadnym ryzykiem nie zastanawiałem. Wiele się więc jego skargami nie przejmowałem, ale przynajmniej wyglądało na to, że jak tak sobie krzyczał, to mu trochę ulżyło.
Typek z nożem między żebrami siedział na ziemi i z fascynacją przyglądał się rękojeści wystającej mu z ciała. Ten, który prasnął o ścianę, z wolna podnosił się na nogi, potrząsając przy tym głową. Ten trzeci, kopnięty, leżał dalej na ziemi nieprzytomny.
- Jesteśmy twoimi nowymi szefami - oznajmiłem pokurczowi. - Kto był jego zastępcą? Prawą ręką?
- Ja - wymamrotał po krótkim wahaniu.
- Dobra. Zostawiamy wam to miejsce, ale pracujecie dla nas. - Wskazałem siebie i pana Łasiczkę. - Nic ponadto się nie zmienia. Niedługo powiadomimy was o procencie, jaki nam będziecie odpalać. To wszystko.
Widać było, jak się nad tym wszystkim zastanawiał.
- Moglibyście naszemu przyjacielowi złożyć jakąś lukratywną propozycję? - odezwałem się do Łasiczki. - Nie z tych, co to się nie odmawia, po prostu wprowadźcie go w szczegóły.
- Jesteście skończonym debilem i jeszcze sobie o tym porozmawiamy - rzucił mi Łasiczka wściekle prosto w twarz, po czym zaczął pracować nad pokurczem. Najpierw jeszcze raz wyjaśnił mu sytuację, o wiele łagodniej, niż ja sam bym kiedykolwiek zdołał, po czym zasypał pokurcza gradem pytań, które następowały po sobie tak szybko, że tamten nie miał szans nadążyć z wymyślaniem ewentualnych kłamstw. Przestałem się temu przysłuchiwać.
Typek, który z tego wszystkiego wyszedł z najmniejszym uszczerbkiem, zrozumiał wreszcie, co się stało, i strzeliło mu do łba, że może w dalszym ciągu ma jeszcze szansę zapracować na to, co mu płacą. Stanął niepewnie na nogach i sięgnął po broń. Trzydziestocentymetrowe, lekko pofalowane ostrze z niesymetrycznym czubkiem. Widać taka była miejscowa moda.
- Zabiję cię - oznajmił mi.
- Jest nas więcej, niż myślisz - jego koleżka na podłodze, który się wreszcie ocknął, pospieszył ze słownym wsparciem.
Zanim najwaleczniejszy z żołnierzy Hodesza zdołał postąpić choć jeden krok, złapałem za stół, uniosłem, po czym naparłem na mięśniaka, waląc blatem w brzuch niczym taranem. Złamał się wpół, nie czekając, złapałem gościa za głowę i trzy razy grzmotnąłem nią o blat. Mahoń nie był już tak błyszczący, pokrywała go krew i pożółkłe zęby. To wystarczyło, żeby twardziela zmienić w mokrą szmatę. Ten kopnięty znów zemdlał. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że mu niechcący stanąłem na łokieć, pewnie dlatego zrobiło mu się niewyraźnie.