Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
- No i co z tego? - Wzruszyłem ramionami.
Pan Łasiczka pokręcił tylko głową.
Wyglądał nie najlepiej. Musiał być skrajnie wyczerpany, choć trudno zgadnąć, z jakiego powodu.
- Kiepsko z wami, oj, kiepsko. Przecież ona jest całkiem ładna. - Uszczypliwy pozostał jednak w dalszym ciągu tak samo.
Tym razem już się nie oglądałem, a jedynie przywołałem wizerunek kobiety w myślach. Ciemne włosy zaplecione w długi, gruby warkocz, przykryte koronką, która mogła, ale nie musiała być czepcem. Owalna, regularna twarz, zaskakująco jak na wieśniaczkę elegancka suknia z gorsetem ciasno opinająca sylwetkę, pełne, ciężkie piersi. Nie, nie miała na sobie gorsetu, po prostu przy jej pełnym biuście i krągłych biodrach taką miała sylwetkę. To prawda, była ładna, ale nie rozumiałem, dlaczego Łasiczka przywiązywał do tego taką wagę. Poza leżącym na ladzie nożem nie dostrzegłem żadnej innej broni.
- Nie jest niebezpieczna - uspokoiłem go.
Łasiczka z jakiegoś niejasnego powodu w głos się roześmiał. Był to zupełnie inny śmiech niż ten, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić.
- Stało się coś? - spytałem.
- Owszem, ale to długa historia - odpowiedział.
- Kupimy piwa i pójdziemy do mnie w takim razie - zaproponowałem.
Nie zaprotestował. On kupił piwo, ja jedzenie. Raporty polne w sprawie apetytu Łasiczki okazały się, mówiąc najłagodniej, niesatysfakcjonujące. Przez chwilę zastanawiałem się nad sformułowaniem „raporty polne”. Już od dłuższego czasu nie byłem gościem przy stole sztabu generalnego K., a mimo wszystko coś z tego specyficznego języka, jakim tam operowano, we mnie zostało.
- Ta sprawa jest o wiele większa, bardziej złożona i niebezpieczna, niż żeśmy zakładali - rzucił mi przez ramię, kiedy kupował piwo. Nie skąpił. Zamówił dziesięciolitrowy dębowy antałek ze szpuntem. W cenę wliczony był też drugi szpunt, z miękkiego drewna, w którym osadzona była mosiężna pipa. Ja niosłem jedzenie. Dwie wielkie szynki, stos placków kukurydzianych, trzy woreczki korzeni do doprawienia posiłku i ćwierćkilogramowy pasztet. Podobno ze słowiczych języków z dodatkiem koniny w stosunku jeden do jednego. Odgadywałem, iż musiał to być zatem jeden słowiczy języczek przypadający na jednego konia.
Weszliśmy do zajazdu. Właściciel łypnął na mnie spode łba, po czym udawał, że mnie nie widzi. Weszliśmy na stopnie.
- Miałem już wcześniej zapytać… Mieszkacie na samej górze? - zdziwił się Łasiczka.
- Owszem. A co? - Sięgnąłem po klucz.
- Wydawałoby się, że przy waszej wadze nie będziecie rozważać drogi ucieczki wiodącej po dachach.
- Ja przed niczym nie uciekam - odparłem.
- Ano tak. - Potarł twarz ręką. - Racja, zapomniałem.
Wcisnąłem mu jedną z szynek, po czym wydobyłem wreszcie klucz i otworzyłem drzwi gwałtownym pchnięciem. Nie uderzyły o ścianę, ale uderzyły w coś dużo wcześniej. Dokładnie tak, jak oczekiwałem. To, o co uderzyły, kwiczało teraz przeraźliwie jak zarzynany prosiak. Zaświszczała stal, szynka w moim ręku zadrżała. Kopnąłem drzwi raz jeszcze i kwiczenie ustało. Przede mną wystraszony człowieczek z metalową kuszą cofał się ku oknu. Przydzwoniłem mu mięsiwem raz z lewej, raz z prawej, po czym kopniakiem pomogłem mu dać drapaka przez okno. Lot miał bez zarzutu, ale lądowanie nie wyszło. Leżał teraz na ziemi i boleściwie jęczał. Wyglądało na to, że połamał sobie nogi, fajtłapa jeden.
Pan Łasiczka ze sztyletami w obu dłoniach krył mi plecy. Pod tym względem zawsze mogłem na niego liczyć. Zresztą pod każdym względem mogłem na niego liczyć. Tym razem jednak za wiele się nie napracował.
Zamknąłem drzwi, a przynajmniej spróbowałem zamknąć tych parę luźno zwisających desek, w które drzwi się zmieniły. Człowiek, który za nimi stał, miał rozbitą twarz, złamaną rękę, a do tego solidnie poharatał się kindżałem, którym zamierzał mnie dziabnąć. Nawet mordercy już nie są tacy jak dawniej.
- Dla kogo pracujesz? - spytałem go wprost.
Patrzyłem na niego, on na mnie, czas płynął, pan Łasiczka też czekał cierpliwie. Byłem głodny i chciało mi się pić.
- Nie będę ci niczym groził - powiedziałem spokojnie. - Ani tym, że ci połamię zdrową rękę, ani nawet tym, że ci wydłubię oczy.
Aż nim zatrzęsło.
- Zapytam cię raz jeszcze i jeśli mi nie odpowiesz, po prostu cię zabiję.
Nie umiałem odgadnąć, czy mi wierzył, ale z drugiej strony, było mi wszystko jedno.
- Dla kogo pracujesz?
Milczał. Z trupami zawsze jest problem, ale co tu robić… Sięgnąłem po niego.
- Dla Hodesza.
No i proszę, załatwione. Nie musiałem się wysilać, nie musiałem się wozić z krwią i z gównem, które w takich sytuacjach zazwyczaj sprawiały kłopoty.
- Dobrze więc. Powiedz panu Hodeszowi, że to jest całkiem zbyteczne. - Wskazałem pokrwawiony kindżał. - A jak będziesz wychodził, zabierz swojego kolegę. Marudzi, jakby mu się krzywda jakaś stała.
Wyskoczył znacznie szybciej, niżbym przypuszczał, że był w stanie, i chwilę później przyglądaliśmy się z Łasiczką przez okno, jak zbiera swojego kompana z ulicy.
- Nie oczekiwałbym po was takiej wielkoduszności.
Spojrzałem na pana Łasiczkę zaskoczony.
- To znaczy tak znakomitego strategicznego planowania. - Zdecydował się zmienić punkt widzenia.
- Wszyscy się zmieniają, niektórzy z nas na lepsze - odparłem. - Przyszło i na to, że złagodniałem. Pojedzmy.
Podczas kiedy pakowaliśmy w siebie kawały mięsa, a w przypadku pana Łasiczki również drobne kawałki chleba, poznałem całą relację z jego wyprawy po opium.
- Wszystko jest niezwykle dobrze zorganizowane. Aż się wierzyć nie chce, jak dobrze. Cesarska straż przyboczna nie jest tak zdyscyplinowana, jak ci ludzie. Ci, którzy tym zawiadują, trzymają rękę na pulsie wydarzeń, o których my nie mamy nawet pojęcia.
Brzmiało to wszystko złowieszczo, jednak ja sam jakoś nigdy nie miałem głowy do skomplikowanych planów. Opium uprawia się i sprzedaje, bo są z tego pieniądze, do tego się wszystko sprowadzało i tyle mi wystarczyło.
- Mhm - mruknąłem niezobowiązująco.
- Musimy dokładnie całą sytuację obserwować. Kiedy już się zorientujemy, kto za tym wszystkim stoi i o co mu chodzi, dopiero wtedy będziemy mogli zacząć działać.
Znów przytaknąłem, unikając konkretnej odpowiedzi. Łasiczka może i kupił piwo w drogiej beczułce, ale w smaku wydawało mi się jakieś takie mdłe. Dziwne.
- Odwiedzimy Hodesza i utniemy sobie pogawędkę. To w niczym nie powinno przeszkadzać - zaproponowałem. - Koniec końców, to nikt więcej niż zwykły bandyta, który się mną zainteresował.
- A skoro puściliście wolno jego zabójców, powinno nam pójść łatwiej. To był bardzo dobry pomysł.
Tak prawdę powiedziawszy, nasłał na nas amatorów, a nie zabójców, przynajmniej nie w takich kategoriach, jakimi operowałem ja albo pan Łasiczka. Po prostu starał się być grzeczny.
Dokończyliśmy posiłek i zanim podwieczorny żar zdążył jeszcze osłabnąć, wyruszyliśmy złożyć wizytę.
- Mało brakowało, a by mnie zabili. - Łasiczka wrócił do relacji ze swojej wyprawy. - Prewencyjnie, tak na wszelki wypadek.
Wstrząsnęło nim to bardziej, niż był skłonny przyznać.
- To nawet nie było jak gra w pokera o życie. To było jak blefowanie z mizerną parą bez znajomości reguł.
Jakoś nigdy nie zainteresowałem się grami hazardowymi. Te z mieczem w ręku w zupełności mi wystarczały, a poza tym jakoś nigdy nie miałem złota w nadmiarze.
- Kwichowa - oznajmiłem, skręcając w prawo. - Główna siedziba Hodesza - wyjaśniłem po kolejnych dwudziestu krokach. Już wcześniej sprawdziłem, jak wyglądał jego dom.