Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 111
Перейти на страницу:

Sięgnął do kieszeni, skąd wydobył małą, kryształową ampułkę. Zacisnął ją w pięści i energicznie potrząsnął parę razy, aż wypełniający ją roztwór wymieszał się i zaczął emitować słaby blask. Dla jego oczu był on aż nadto wystarczający, mógł się swobodnie teraz rozejrzeć.

Pokój został urządzony bardzo surowo. Nieliczne meble wyglądały jednak na przedniej jakości i drogie. W rogu stało łóżko tak proste, że wyglądało wręcz jak polowe. Przyjrzał się swojemu przeciwnikowi. Potężny mężczyzna z gładko ogoloną głową musiał mieć zwyczaj spać w skórzanych spodniach i kamizelce. Grube, umięśnione ramiona miał szeroko rozrzucone, jedna ręka ułożona była pod nienaturalnym kątem pod ciałem. To mu już jednak nie przeszkadzało, był martwy. Wyglądał na żołnierza, weterana wielu walk, może zapaśnika. Gdyby wiedział na wstępie, z kim mu się przyjdzie potykać, nigdy by się na to nie zdecydował. Nie przy tak rażąco nierównych szansach. A mimo tego to właśnie jego przeciwnik leżał teraz martwy na podłodze. Otrząsnął z siebie niedowierzanie i wątpliwości, a potem skoncentrował swoją uwagę na drzwiach, za którymi powinien znajdować się główny śledczy cesarski rezydujący w Damarkandzie. Ostrożny śledczy cesarski, poprawił się w myślach, wspominając strażnika, o którym nie mówiły żadne plotki, żadne przecieki z pałacu. Nad wyraz ostrożny śledczy, pomyślał raz jeszcze, kiedy odnalazł mechanizm samowyzwalający, który miał za zadanie posłać strzałę w plecy każdemu, kto nieopatrznie otworzy drzwi. Zwolnił cięciwę, po czym powrócił do oględzin zamka. Był o wiele bardziej skomplikowany niż poprzednie. Zanim się do niego zabrał, przeszukał strażnika i znalazł przy nim klucz. No proszę. Poczuł, jak wraca mu wiara we własne siły. Jeżeli nie da się ponieść nerwom, nie będzie panikował, osiągnie cel. Musi być tylko przygotowany na kolejne niespodzianki, ale z pewnością mu się uda.

Bandarillo nie wzywał mnie przez kolejne dwa dni. Przypuszczałem, że przed częstszym korzystaniem z moich usług powstrzymywało go to, jak byłem uparty. Po drodze dowiedziałem się od Bavaja, że w tym czasie Bandarillo prowadził rozmowy ze wszystkimi płotkami, które znajdowały się na liście do likwidacji. Oferował im ochronę w zamian za oddanie się pod jego rozkazy. Zaczął od tych najdrobniejszych, co było bardzo sprytne, bo zanim dotarł do tych silniejszych, miał już za sobą sporą siłę, z którą każdy musiałby się liczyć. Byłem przekonany, że tak długo, jak długo będzie im oferować atrakcyjne warunki, powinno mu się udać. Przynajmniej na początku, jak się wszystko uspokoi, zawsze przecież może później dokręcić śrubę. Zakładałem, że Olven w tym samym czasie prowadził identyczną działalność. Przyjdzie taki moment, że ci dwaj na siebie wpadną. Nic to, zobaczymy, co z tego wyniknie.

Bavajo przyprowadził mnie do domu Bandarilla, ale tym razem nie zabrał do małego gabinetu, ale do wielkiej sali, która musiała powstać z połączenia dobrych czterech pomieszczeń. Bandarillo zasiadał w samym środku na podwyższeniu, niczym jakiś król górujący nad swymi poddanymi, na których składała się w tym przypadku pospolita hołota. Znów mi przypominał gnojarka, króla połaci łajna. Przyjrzałem się tej jego osobistej armii. Życie w ostatnich latach musiało w Damarkandzie upływać im dostatnio. Wszyscy byli dobrze odżywieni, ale kiepsko uzbrojeni. A przy tym wydawali się boleśnie świadomi faktu, że ktoś w mieście robi z nimi porządek.

Wszyscy za to mieli jedną wspólną cechę - nie podobałem się im. No i czemu nie? Było nie było, z wzajemnością.

- Cieszę się, że wreszcie dotarliście - powitał mnie Bandarillo.

Jeśli chciał być uszczypliwy, to marnował czas.

- Nie potrzebujemy ludzi, na których trzeba czekać - wtrącił się z boku gość, który kiedyś już miał do mnie jakieś zastrzeżenia. Popatrzyłem na niego, nie odwrócił wzroku. Jeśli zabiję go tu i teraz, nic się nie stanie. Pozostali będą wprawdzie wstrząśnięci, ale wymyślą sobie też powody, dla których nie będą się chcieli wmieszać. A gdybym się jednak mylił, to też nic wielkiego się nie wydarzy.

- Panowie, nie mamy czasu na głupoty. Chcę się przyjrzeć miejscu, w którym to się stało - powstrzymał nas Bandarillo. - Wy idziecie ze mną.

Czemu nie? Przynajmniej się wyjaśni, po co mnie wezwano.

Tym razem Bandarillo otoczył się niemałą świtą. Tuż przy nim szedłem ja i jego czterej goryle, z Mądralą włącznie, pozostali tworzyli dalej wysuniętą straż. Strzelec pewnie zdołałby go dostać i tak, ale musiałby wiedzieć, którędy będziemy szli i mieć czas się przygotować. Jak na mój gust, straż przyboczną trzymał zbyt blisko, a tę wysuniętą z kolei za daleko. Ktoś szybki zdołałby się do niego przedostać, a gdyby był naprawdę dobry, pewnie nawet miałby szansę na ucieczkę. Ja bym przez nich przeszedł jak przez masło, pozostawiając za sobą krwawą miazgę. Na tych wąskich i krętych uliczkach człowiek taki jak ja, którego ciężko powstrzymać, miałby wręcz przewagę.

Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Spodziewałem się, że znów wyjdziemy gdzieś na obrzeża miasta, gdzie zawiewa kurzem i ganiają się kojoty, jednak ku mojemu zaskoczeniu staliśmy przed willą z białego kamienia, która ginęła wręcz w zieleni ogrodu. W zieleni tak bujnej, że ogród musiał z pewnością być sztucznie nawadniany.

- Dopadli grubą rybę - mruknąłem.

Bandarillo usłyszał mnie i kiwnął głową.

- Bardzo grubą.

O ile mogłem sobie przypomnieć, na liście, którą Harbirger przedstawił Bandarillowi, znajdowały się tylko te pomniejsze i średnie. Sam Bandarillo w świetle ostatnich wydarzeń dopiero piął się w górę. W związku z czym to mógł być, paradoksalnie, jego szczęśliwy dzień. Potencjalnie. Weszliśmy do ogrodu, który wysunięte straże zaczęły na wszelki wypadek przeczesywać. Pośród bujnej trawy dostrzegłem marmurowe kanaliki nawadniające. Bez nich byłoby tu o wiele bardziej sucho i dużo ładniej.

- Nazywał się Antonio Gusepi i oprócz naszego towaru zajmował się również handlem korzeniami - wyjaśnił mi Bandarillo takim tonem, jakby się nie mógł nadziwić, że ktokolwiek mógłby handlować jeszcze czymś innym niż narkotykami.

Ktoś go o coś zaczął pytać, ale przestałem słuchać, bo oto stanęliśmy przed otwartymi drzwiami, za którymi czekało dwóch ludzi. Zachowywali się spokojnie, więc wywnioskowałem, że to nasi. Zostawiłem pozostałych za sobą, skinąłem tym dwóm i wszedłem do środka. Ledwo na mnie spojrzeli. Opierali się znudzeni o chłodny marmur, z rozchełstanych, kiedyś zapewne białych koszul wyzierały im brzuszyska. Każdy z nich miał przy pasie obuszek i niezwykle tu popularny kindżał. Te ich były tak zakrzywione, że nawet przebicie koszuli musiałoby im sprawić problemy. Generalnie byli równie niebezpieczni, co ślepy i kulawy staruch. W czasie snu.

1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)