Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 111
Перейти на страницу:

Zszedłem z kupieckiego szlaku i dokładnie się rozejrzałem. Już wcześniej mi się wydawało, że ktoś z jakiegoś powodu przedzierał się równolegle w znacznie trudniejszym terenie. Teraz ślady wskazywały, że było to całkiem sporo ludzi. Znalazłem też na ziemi krew. Czemu się skrywali? Aby ich nikt nie wypytywał, kim są? Czy może byli ranni i uchodzili przed pogonią? A może mieli więźnia, może to nielegalni handlarze niewolników? Mogłem sobie wymyślać, co mi się tylko żywnie podobało.

Wróciłem z powrotem na szlak.

Nie chciałem, za wszelką cenę nie chciałem widzieć mojego jedynego dziecka martwym. Nie chciałem żyć dłużej niż ona. Może właśnie dlatego ryzykowałem coraz bardziej, jak sprawnie zauważył Łasiczka. Miał też rację co do tego, że powinien bardziej sam na siebie uważać, żebym go przypadkiem nie pociągnął za sobą. Było to jeszcze łatwiejsze przy tym całym naszym dość ryzykownym interesie.

Coś się poruszyło między kamieniami. Pustynny jeżyk, zakłócający pustynny bezruch. Gutawska to rzeczywiście nie była. Hmm.

Oprócz tego istniała jeszcze jedna rzecz, która gdzieś tam w głębi mnie przerażała i być może wpływała na mój osąd. Przez całe życie nienawidziłem magii i się jej bałem, bo to właśnie przez nią spalili mi ojca. Właśnie jego - zbrojmistrza i kowala - oskarżyli o czarostwo i spalili. Przez długi czas wierzyłem, iż było to oskarżenie niesłuszne, jednak okazało się, że żyłem w błędzie. Ojciec rzeczywiście miał w sobie zdolności dawnych oświeconych i korzystał z nich przy wyrobie broni lepszej niż normalna. Na mnie samym z kolei każde spotkanie z magią odciskało swe piętno, odmieniało. Stawałem się innym Baklym, twardszym, trudniejszym do zniszczenia, ale i coraz bardziej nieludzkim. Mam na ciele parę blizn spowodowanych atakami magicznymi. Magia mało mnie nie zabiła. Tych zabliźnionych miejsc nie da się zranić żadną bronią, a kiedy ich dotykam, czuję pod palcami chłód.

Wrzaski sępów rozbrzmiewały już całkiem głośno, znajdowałem się blisko celu, czymkolwiek był. Chwilę później poczułem też i smród rozkładającego się mięsa.

Na kamieniu przede mną dostrzegłem czerniejącą plamę zaschniętej krwi. Kawałek dalej ktoś się musiał zatoczyć, widać było miejsce, w którym czubkiem buta wyorał sporą bruzdę, a jego ostroga pozostawiła na kamieniu obok wyraźną rysę. Dalej nie szedłem już po śladach, ale zwyczajnie za odgłosem ucztujących ptaków. Jakieś trzysta metrów dalej natknąłem się na miejsce bitwy. Bandarillo obawiał się niepotrzebnie, to nie byli jego ludzie, tylko Łasiczki. Wszystkich trzynastu leżało tam, gdzie padli. Ostatnią linię obrony stanowił pierwszy wóz, gdzie zobaczyłem cztery ostatnie ciała. Obszedłem cały teren kawałek po kawałku. Dwóch pierwszych nawet nie wiedziało, co ich trafiło. Rany wskazywały na lekkie bełty z małych kusz, które można nosić ukryte. U jednego z tych czterech przy wozie znalazłem nawet sam bełt, który wciąż wystawał mu z uda. Jak na atak z ukrycia, wynik nie najlepszy.

Zrobiłem kolejny obchód i kawałek dalej znalazłem dwa krótkie łuki porzucone w krzakach. Kompozyt z drewna i rogu, świetna robota. Obok jednego z nich leżała niewystrzelona strzała, co tylko potwierdzało, że zasadzka im się nie do końca udała i musieli powtórzyć atak z dystansu, zanim doszło do walki wręcz. Dostrzegłem też leżące zakrzywione ostrza szabli. Sępy trochę ustąpiły, ale nie odleciały, starały się tylko trzymać ode mnie z daleka, równocześnie nie spuszczając z oka najdogodniejszych miejsc przy biesiadnym stole. Broń następnych czterech była porządnie zbroczona krwią, jednak nie znalazłem żadnych innych ciał, tylko tych trzynastu. Stanąłem pośrodku pobojowiska i rozejrzałem się. Jeden ze ścierwojadów został wypchnięty za daleko, poderwał się więc z wrzaskiem i teraz krążył niezadowolony nad resztą, wypatrując, kogóż to on mógłby przegonić i zająć dogodniejszą pozycję.

Wozy zostawili, jednak zabrali konie, plandeki i towar. Sęp zaczął przypuszczać, że skoro się nie ruszam, to może miałby szansę się na mnie pożywić. Kiedy zataczał nade mną drugi okrąg zacieśniającej się spirali, wyciągnąłem miecz i ciąłem na oślep. Wyszło nieźle, tak na oko połówki ptaka, które spadły na ziemię, były tej samej wielkości. To mi zdobyło respekt u pozostałych ptaszysk i mogłem kontynuować już nieniepokojony.

Próbowałem odgadnąć, co dalej zrobili napastnicy. Wprawdzie zyskali dodatkowe konie, ale z drugiej strony mieli teraz również ładunek opium i rannych. Przypuszczałem, że martwych nie ciągnęli ze sobą zbyt daleko, mieli wystarczająco dużo kłopotów. Dodatkowo bandyci Łasiczki nie sprzedali skóry tanio. Rozglądając się za grobami, zastanawiałem się, kim byli napastnicy, którzy zdecydowali się rzucić na tak silną i uzbrojoną po zęby karawanę. Liczyli na element zaskoczenia, ale coś poszło nie tak, czy po prostu z miejsca nie docenili przeciwnika?

Dostrzegłem miejsce na ziemi, które wydawało się ciemniejsze oraz mniej porośnięte. Z pomocą jednej ze znalezionych szabli zabrałem się do roboty i po kilku chwilach natrafiłem na ciało. Po kolejnej godzinie harówki wygrzebałem jeszcze pięć. Gdyby się walczyło na łopaty, miałbym o wiele łatwiejsze zadanie. Wrzucili ich w niewielkie zagłębienie, po czym najpierw przysypali większymi kamieniami, a potem tylko z wierzchu żwirem. Wyciągnąłem wszystkich na powierzchnię i dokładnie ich sobie obejrzałem. Byli to mężczyźni od dwudziestu pięciu do czterdziestu lat, wszyscy krótko ostrzyżeni, ubrani byle jak i tak też prezentowała się zawartość ich kieszeni. Zaskoczyło mnie tylko, że przy żadnym nie znalazłem ani miedziaka.

Odstąpiłem na chwilę i znów im się przyjrzałem. Za życia goście musieli być krzepcy, ale teraz zaczynali już mięknąć i się nadymać. Każdy kiedyś mięknie. Ktoś, najprawdopodobniej ich kompani, zadał sobie wiele trudu, aby usunąć wszelkie ślady, po których można by dojść, kim byli. Zupełnie jakby liczyli się z tym, że ktoś ich odkopie. Albo tacy byli pioruńsko przezorni.

Klęknąłem na ziemi i jeszcze raz dokładnie im się przyjrzałem, choć tym razem musiałem już stoczyć bój z sępami. Po wewnętrznej stronie płaszcza jednego z truposzy znalazłem przypięty maleńki, metalowy drobiazg, na którym coś było napisane. Bardziej mnie jednak zaciekawiło, jak to zostało przypięte, bardzo pieczołowicie, żeby delikwent za żadną cenę drobiazgu nie zgubił.

Dalej już sobie dałem z przeszukiwaniem spokój. Zazwyczaj pozwalam, aby podobnymi rzeczami zajął się ktoś inny, na przykład Łasiczka.

Wróciłem do miasta i skierowałem się prosto do jednej z gospód, które z Łasiczką wybraliśmy na umówione miejsca spotkań. Wypiłem piwo i poszedłem do następnej. Kolejność też żeśmy ustalili, dzięki temu było mu łatwiej mnie znaleźć. Sam nawet nie próbowałem go wypatrywać. Łasiczka, kiedy chciał, potrafił się stać praktycznie niewidzialny, za to miał nieziemski talent do dyskretnego podpytywania i nadstawiania ucha.

1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)