Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Słudzy uwijali się jak w ukropie, napełniając puchary ze srebrnych dzbanów z kavassem i podając jedzenie tym z gości, którzy byli poza zasięgiem kucharza. Oprócz pieczeni z królika, ulubionej Dizabula, serwowano mięso z ogromnego ptaka, którego Gorgidas nigdy dotąd nie widział.
— Ech? Aa, to żuraw — powiedział Arigh, odpowiadając na jego pytanie. — I bardzo dobrze, bo nie jadłem go już od lat.
Radził sobie z nim świetnie, jedząc jak wszyscy nomadzi odrywając mocnymi zębami kawałki mięsa bezpośrednio z kości. Grek wolał się jednak powstrzymać. Ptak był smakowity, ale łykowaty i twardy jak skóra.
O wiele lepsza była baranina i flaki, tak jak i sery, twarde i miękkie. Do niektórych dodano jakieś słodkie jagody. Oprócz kavassu można się było napić świeżego mleka krowiego, koziego i kobylego — jednak żadne z nich nie odpowiadało Gorgidasowi. Zapłaciłby teraz niezłą sumkę za kielich prawdziwego wina albo garść solonych oliwek.
Kiedy wypowiedział głośno swe myśli, Arigh potrząsnął głową z obrzydzeniem.
— Wino to dobra rzecz, ale przez cały czas, jaki spędziłem w Videssos, nie udało mi się przyzwyczaić do oliwek. Mają dziwny smak, a Videssańczycy dodają je do wszystkiego. A olej śmierdzi.
W lampkach używanych przez Arshaumanów palił się tłuszcz, który drażnił powonienie Greka przenikliwym, tłustym i nieprzyjemnym zapachem.
Rozmowy w namiocie przyjęć, zaczęły przycichać i to nie tylko z powodu bariery językowej. Arigh ostrzegł Videssańczyków, że obyczaj Arshaumów zakazywał rozmów o poważnych interesach podczas uczty. Pozwoliło to Gorgidasowi skupić się bardziej na jedzeniu, ale z drugiej strony nudził się, nie mając z kim i o czym rozmawiać.
Bogoraz, który miał niezwykłą zdolność do wywoływania kłopotów, na pozór wcale tego nie zamierzając, zbliżył się niebezpiecznie do krawędzi tego, na co pozwalał obyczaj. Nie wspominając ani słowem o przyczynie swojej wizyty na stepie, chełpił się potęgą Yezd i chwałą swojego pana, Wulghasha. Skylitzes tłumaczył wszystkie jego przechwałki i z każdą minutą rosła w nim zimna złość. Z satysfakcją i sardonicznym rozbawieniem w oczach, Bogoraz nie przestawał mówić, nigdy nie wypowiadając złego słowa przeciwko Videssos, ale umniejszając jego szanse każdym zdaniem.
Po chwili Skylitzes ściskał swój puchar z taką siłą, iż zbielały mu kłykcie. Starsi klanu zaczęli chichotać między sobą, widząc wściekłość, którą musiał w sobie zatrzymać.
— Powiem coś temu oślizłemu kłamcy! — warknął.
— Nie! — powiedzieli razem Arigh i Goudeles. Gryzipiórek kontynuował: — Nie widzisz, że to on będzie miał nad tobą przewagę, jeśli mu odpowiesz?
— Więc lepiej wysłuchiwać tych bredni i dać się ogryźć aż do końca? Dziwiąc się własnej śmiałości, Gorgidas powiedział:
— Znam pewną historyjkę, która osadzi go w miejscu. Skylitzes, Goudeles i Arigh spojrzeli zaskoczeni na Greka.
Dla Videssan był on niemal takim samym barbarzyńcą jak Arshaumi, którego nie należy brać na poważnie. Arigh tolerował go głównie dlatego, że był przyjacielem Viridoviksa.
— Nie sprzeciwisz się obyczajowi? — ostrzegł. Gorgidas pokręcił głową.
— Nie, to tylko historyjka.
Goudeles i Skylitzes popatrzyli na siebie, wzruszyli ramionami i kiwnęli głowami, nie mając w zanadrzu żadnego lepszego pomysłu.
Bogoraz, który na pewno mówił po videssańsku lepiej od Greka, przysłuchiwał się tej rozmowie z łagodną pogardą widząc, że towarzysze Gorgidasa nie pokładali w nim wielkich nadziei. Jego ciężkie powieki przysłoniły lekceważenie, z jakim przyglądał się Gorgidasowi, gdy ten schylił głowę przed Arghunem i posługując się tłumaczeniem Arigha przemówił:
— Wielki khaganie, ten człowiek z Yezd jest wspaniałym mówcą, nie ma co do tego wątpliwości. Jego słowa przypominają mi jedną z opowieści mojego ludu.
Poza zwykłymi uprzejmościami, wódz Arshaumów nie poświecił mu dotąd wiele uwagi. Teraz spojrzał na niego z zainteresowaniem — w społeczeństwie, które nie znało pisma, człowiek mający dar opowiadania był głęboko szanowany.
— Pozwól nam więc jej wysłuchać — powiedział, a starsi klanu uciszyli się i nadstawili uszu. Zadowolony, że Arghun połknął haczyk, Gorgidas zaczął swą opowieść:
— Dawno temu, w kraju nazywanym „Egipt”, żył wielki król imieniem Sesostris — widział, jak jego słuchacze poruszają bezgłośnie wargami, starając się zapamiętać dziwne imiona. — Ten Sesostris był potężnym władcą i wojownikiem, dokładnie takim jak Wulghash, o którym opowiadał nam nasz przyjaciel Bogoraz. — Uśmiech spełzł z twarzy Yezda; sarkastyczny ton, którego z takim zamiłowaniem używał, nie był przyjemny, gdy odbity, wracał do niego.
— Sesostris podbił wiele krain, a królowie i książęta stali się jego niewolnikami, gdyż chciał w ten sposób pokazać swoją potęgę. Założył im nawet uprząż i kazał ciągnąć swoją… ee? jurtę. — W wersji, którą słyszał Grek był to rydwan, ale tutaj musiał dokonać błyskawicznej zmiany, by dopasować się do swojej publiczności.
— Pewnego dnia zauważył, że jeden z książąt ogląda się ciągle przez ramię i patrzy na koła jurty. Zapytał go, dlaczego to robi. Książę odparł: przyglądam się jak te koła wciąż się obracają, i to co było przed chwilą na górze jest teraz przy ziemi, a to co było kiedyś na dole, jest teraz na samym szczycie. Potem odwrócił się i znowu zabrał do pracy. Ale Sesostris zrozumiał go i jak mówią, pomimo swojej wielkiej dumy, nic kazał już księciom ciągnąć jurty.
Dziwnie brzmiący pomruk rozmów w obcym języku wypełnił znowu namiot, gdy nomadzi zastanawiali się nad opowieścią i dyskutowali na jej temat między sobą. Jeden czy dwóch posłało Bogorazowi rozbawione spojrzenia, przypominając sobie jego przechwałki. Jak przystało wodzowi, Arghun zachował kamienną twarz. Powiedział kilka słów do swojego syna, który odwrócił się do Gorgidasa.
— Mój ojciec dziękuje ci za, ee… interesującą opowieść.
— Zrozumiałem go — pochylając jeszcze raz głowę przed khaganem, Grek próbował powiedzieć to w języku arshaum. Arghun uśmiechnął się i poprawił go.
Bogoraz także zachował niewzruszoną twarz dyplomaty, ale wzrok, jakim przeszywał Greka spod swoich ciężkich powiek, podobny był do spojrzenia węża hipnotyzującego ofiarę. Grek nie należał do ludzi, którzy mogliby się przestraszyć takich drobnostek, ale wiedział, że właśnie przysporzył sobie wroga.
IX
Kiedy już dotarł do Garsavry, wszystkie konflikty wewnątrz Videssos wydały się Markowi zupełnie nieistotne. Podczas marszu na zachód legioniści pojmali i odesłali do stolicy ponad tysiąc Na-mdalajczyków, uciekających od Yezda w małych niezorganizowanych bandach, na jakie rozpada się każda pokonana armia. Około setka wyspiarzy zajmowała wciąż fort za murami Garsavry, broniąc się zarówno przed Rzymianami, jak i Yezda. Trybun nie próbował nawet ich stamtąd wygonić. Byli bardziej pożyteczni, pilnując zapuszczających się tu nomadów, niż niebezpieczni dla jego ludzi.
Gdy legioniści przybyli do Garsavry, byli tam już pierwsi Yezda. Nie kontrolowali jednak miasta — właściwie nie było ono pod niczyją kontrolą, dopóki nie pojawili się żołnierze Skaurusa. Nikt jednak nie zabraniał Yezda wchodzić w jego obręb. Atakowanie ich byłoby rzeczą wysoce niepożądaną w czasie, gdy toczono pertraktacje z ich wodzem. Trybun udawał więc, że nie widzi problemu.