Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Nomadzi nie sprawiali większych kłopotów, przechadzając się po mieście i podziwiając ogromne budynki. W porównaniu z miastem Videssos albo z Rzymem, była to senna stolica prowincji, ale dla ludzi, którzy spędzili całe życie pod namiotem, był to widok przedziwny i egzotyczny niemal nie do uwierzenia. Yezda handlowali na rynku miejskim, kupując luksusowe — czasem tylko w ich mniemaniu — produkty cywilizacji. Marek widział, jak jeden z nich z dumą nosił na głowie emaliowany nocnik, w miejsce zwyczajowej futrzanej czapy nomadów. Powiedziałby mu, co właściwie ma na sobie, ale jego towarzysze patrzyli na niego z takim podziwem, że nie miał serca. Sporo miejscowych Videssańczyków także to widziało, przez co Yezda obdarzeni zostali nowym przezwiskiem, które kiedyś mogło narobić sporo kłopotów.
Było to jednak najmniejsze ze zmartwień trybuna związanych z tubylcami. W obliczu groźby najazdu z centralnej wyżyny, powinni byli według oczekiwań trybuna, przyjąć legionistów z otwartymi rękami. Co więcej — Skaurus tego potrzebował. Nawet przy wsparciu Pakhymera, wciąż brakowało mu ośmiu z dwudziestu tysięcy sztuk złota, których zażądał Yavlak za swoich jeńców. Wysłał depesze do stolicy, ale nie miał żadnej pewności czy przyniosą szybki rezultat, na którym tak mu zależało. Gdy Thorisin Gavras zajęty był na północy, w stolicy nie było nikogo, kto potrafiłby ponaglić videssańską biurokrację. Skaurus znał ją aż za dobrze, postanowił więc, że pożyczy brakującą sumę od mieszkańców Garsavry i spłaci ich, kiedy gryzipiórkom w końcu uda się wysłać złoto na zachód.
Z drugiej strony powinien był jednak sobie zdawać sprawę, że spodziewając się, iż jakakolwiek większa grupa Videssańczyków bez protestu zgodzi się na taki projekt, może się srogo zawieść. To prawda, że wielu garsavran popierało Thorisina albo mówiło tak, gdy jego żołnierze kontrolowali miasto. Ale niemal tyle samo wciąż oddanych było przegranej już sprawie Baanesa Onomagoulosa — zbuntowanego magnata, którego Drax zgniótł, zanim sam stał się rebeliantem, i który był niegdyś właścicielem ogromnych posiadłości niedaleko na południe od Garsavry. Gdy już zginął, a zwłaszcza dlatego, że zginął z rąk cudzoziemca, nikt nie pamiętał jego wad. Arogancki, złośliwy, zdradliwy człowiek jakimś cudownym sposobem zamienił się w męczennika.
Dla kontrastu, trzecia część mieszkańców z żalem obserwowała klęskę Namdalajczyków i przywrócenie władzy Imperatora. Antakinos ostrzegał Marka, że wyspiarze byli popularni w miastach, które zajmowali, i nie mijał się z prawdą. Drax miał pod swoimi rządami państwo mniejsze od Imperium i z tego względu nie nakładał na miasta tak wysokich podatków, jak Videssańczycy. Ta odmiana, jeśli nic innego, zyskała mu sporą liczbę popleczników.
Jak to bywa z poddanymi, niektórzy z garsavran do tego stopnia przejęli się rządami nowego władcy, że chodzili do świątyni, którą Drax przystosował do swojej wiary, tak by jego ludzie mieli gdzie się modlić. Pomysł ten rozwścieczył Styppesa, który wdał się we wrzaskliwą sprzeczkę z na-mdalajskim kapłanem, spotkanym przypadkiem na rynku miejskim.
Skaurus, który targował się właśnie o cenę nowego paska, podniósł zaniepokojony wzrok, słysząc wrzask:
— Kusicielu! Sługusie Skotosa! — Z twarzą purpurową od gniewu, pięściami zaciśniętymi w słusznej złości, kapłan przepychał się przez tłum w kierunku człowieka Księstwa, który trzymał pod pachami dwie tłuste kaczki.
— Na Wagera, zarozumiały Bufonie, twoja jest droga do piekła, nie moja! — odkrzyknął wyspiarz, stając naprzeciw niego. Błękit jego szat kapłańskich był nieco bardziej zbliżony do szarego niż u Styppesa, nie golił też głowy jak wszyscy videssańscy kapłani. Ale jego wiara była dla niego tak samo prawdziwa i równie silna, jak wiara Videssańczyków.
— Przepraszam — wyszeptał Marek do sprzedawcy. Truchtem, jakby spieszył do bitwy, pobiegł w kierunku dwóch kapłanów, którzy obrzucali się nawzajem przekleństwami, niczym sprzedawcy bydła. Gdyby tylko udało mu się odciągnąć Styppesa, zanim kłótnia doprowadzi do zamieszek… Za późno. Tłum już się zbierał.
— Debata! Debata! Chodźcie usłyszeć debatę! — krzyczeli mieszczanie. Była to rozrywka, którą bawili się już wcześniej, gdy miejscowi kapłani spierali się z Namdalajczykami. Teraz zbiegali się, by usłyszeć, co ma do powiedzenia ta dwójka.
Styppes rozglądał się dokoła, jakby nie wierząc własnym uszom. Skaurus był równie zaskoczony, ale i zadowolony. Może obejdzie się jednak bez rozlewu krwi. Trybun skrzywił się, gdy Styppes dramatycznym gestem przyłożył rękę do czoła i oznajmił:
— Herezję należy wykorzenić, a nie dyskutować z nią.
— He! Ale ja z tobą porozmawiam — powiedział Namdalajczyk. Miał około czterdziestki, twardą, kwadratową, zawziętą twarz, która pasowała bardziej do oficera piechoty niż duchownego. Niemal tak ciężki jak Styppes, wyglądał jednak o wiele lepiej od niego — raczej jak atleta, który zakończył karierę, niż jak zwykły grubas. Ukłonił się ironicznie.
— Gerungus z Tupper, do usług.
Styppes odkaszlnął i już miał wybuchnąć gniewem, ale tłum — ku głębokiej uldze Skaurusa — dalej domagał się dyskusji. Kapłan niechętnie przedstawił się Gerungusowi.
— Ponieważ jesteś heretykiem, ja zacznę — powiedział Videssańczyk. — Potem ty będziesz mógł bronić swoich fałszywych doktryn, najlepiej jak potrafisz.
Gerungus mruknął coś niemiłego pod nosem, ale wzruszył masywnymi ramionami i powiedział:
— Ktoś musi zacząć — mówił po videssańsku z lekkim tylko akcentem.
— W takim razie rozpocznę od podstawowej kwestii: dlaczego wypaczacie credo Phosa, dodając słowa „na to stawiamy nasze dusze”. Kto wam dał do tego prawo? Jaki synod to usankcjonował i kiedy? W takiej postaci, w jakiej zostało nam przekazane od naszych świętych i uczonych ojców, credo było doskonałe i nie powinno być uzupełniane żadnymi bezwartościowymi kodycylami.
Marek podniósł brwi. Tu, na swoim poletku, Styppes wykazał się większą elokwencją, niż podejrzewał go o to trybun. Pochwalne okrzyki podniosły się z tłumu.
Ale każdy z videssańskich kapłanów, którzy dyskutowali wcześniej z Gerungusem, używał tego argumentu. Jego odpowiedź była natychmiastowa:
— Wasi starożytni ojcowie żyli sobie jak w raju, kiedy Imperium rządziło ziemiami aż do Halo-ga i zło Skotosa wydawało się dalekie i nierealne. Ale wy, Videssańczycy, byliście grzesznikami i daliście Skotosowi okazję, by mógł wykazać się swoją siłą. Dlatego właśnie barbarzyńcy odebrali wam Khatrish, Thatagush, i jeszcze Kubrat. Bo to właśnie Skotos natchnął dzikich Khamorthów ze stepu i zepsuł was tak, że nie potrafiliście się obronić. I wtedy okazało się, że potęga Skotosa jest aż zbyt realna i zbyt wielka. Kto wie, czy to właśnie Phos zwycięży na końcu? Prawda może okazać się inna.
Styppes był teraz biały, nie czerwony.
— Bluźnisz! — wykrzyknął, a tłum zafalował groźnie. Dla Videssańczyków, khatrisherska wiara w równe szanse dobra i zła w ich odwiecznej walce była herezją gorszą od tej, którą wyznawali Namdalajczycy.
— Spokojnie, pozwól mi dokończyć — odparł Gerungus bez emocji. — Żaden z nas nie będzie tutaj, by móc przyglądać się ostatniej bitwie pomiędzy Phosem a Skotosem. Skąd więc możemy znać jej wynik? Ale musimy zachowywać się tak, jakby zwycięstwo dobra było czymś pewnym, albo na wieki zginąć w lodzie Skotosa. Ja z dumą podejmuję tę grę… „na to stawiam moją duszę”. — Rozejrzał się dokoła, jakby prowokując tłum. Marek także bacznie go obserwował, ale Videssa-ńczycy milczeli. Przemówienie Gerungusa nie było może tak kwieciste jak atak Styppesa, ale odniosło zamierzony efekt.