Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
— I niech wszyscy oprócz walczących skierują się do centrum miasta. Proszę skoordynować ich pracę wraz z Departamentem Bezpieczeństwa Publicznego. Kompania Bravo…
— Zaminuje most Chatham… — powiedział kapitan Avery, dowódca kompanii Bravo, patrząc na mapę na ścianie.
— I jeszcze most kolejowy i Jeff Davis, ale most na międzystanowej 95 nie, bo jest za daleko — dodał dowódca.
— Rozejrzę się wśród cywilów. Jeśli będą wiedzieli, co trzeba robić, uzbroję ich.
— Zgadzam się, mamy mało żołnierzy.
Wielu wojskowych postanowiło zostać w domu zamiast stawić się na wezwanie.
— Niektórzy maruderzy na pewno się pojawią — stwierdził Avery — bo i tak nie ma gdzie uciekać.
— Ani gdzie się ukryć — dodał ponuro Brown, dowódca kompanii Charlie, myśląc o żonie i dwóch synach, przebywających teraz w mieście.
— Panowie — powiedział pułkownik, który miał szczęście, że jego dzieci były już dorosłe i mieszkały daleko stąd. — Wielu z was ma żony i dzieci w mieście. Nie pora, żeby biec im na pomoc, chociaż osobiście bardzo chciałbym wam na to pozwolić. Ale za chwilę wylądują Posleeni i znajdziemy się wewnątrz pierścienia oblężenia. Jak już mówiłem porucznikowi Youngowi — skinął na dowódcę saperów dywizji — musimy powstrzymać marsz wroga, zadając mu jak najwięcej strat, aby śmierć naszych bliskich była szybka i względnie bezbolesna. Powinniśmy też zastanowić się, jak zniszczyć możliwie najwięcej magazynów żywności, zanim dopadną nas Posleeni. Głowa do góry, prowadźcie żołnierzy i wykonujcie dobrze waszą misję. Możemy stawić czoła wrogowi tylko na polu walki, z uniesioną głową i bronią w ręku — zakończył. — A teraz wynoście się i do roboty.
Kiedy dwaj dowódcy kompanii opuszczali pomieszczenie wraz ze sztabem, porucznik Young zatrzymał na chwilę dowódcę batalionu.
— O co chodzi, poruczniku? W ogóle się pan nie odzywał.
— Myślałem o tym, co pan powiedział na pierwszej odprawie na temat śmierci nas wszystkich i naszych bliskich.
— I tak będzie — warknął pułkownik. Potem jego głos złagodniał.
— Do czego pan zmierza?
— Właśnie do tego, sir. Czy tak musi być?
— Nie ma gdzie uciec, synu, a wojska przebywające na zewnątrz pierścienia oblężenia nie przyjdą nam z pomocą.
— Ale za dwa, trzy tygodnie, może trochę dłużej, zajmiemy — my, czyli Stany Zjednoczone — z powrotem te tereny. Mamy dość ładunków wybuchowych, żeby zniszczyć każdy most w Wirginii.
— Nie wytrzymamy dwóch, trzech tygodni oblężenia przez cztery miliony Posleenów, mając tylko mały batalion saperów bez ciężkiego sprzętu.
— Sir, ja rozumiem, że nasza śmierć jest nieunikniona, pogodziłem się z tym, ale co z naszymi rodzinami? — zapytał zamyślony dowódca saperów dywizji. Zaczął szybko mrugać oczami, ukrytymi za grubymi szkłami okularów.
— Poruczniku…
— Mam! — Młodszy oficer strzelił palcami.
— Co?
— Zastanawiałem się nad… Niech pan posłucha, sir… Cholera, ale to skomplikowane.
— Chwileczkę, synu, o czym ty mówisz?
Dowódca saperów dywizji myślał jeszcze przez chwilę, po czym ożywił się, jakby znalazł ostatni brakujący kawałek układanki. — Dobra, sir, już wiem. W przeciwieństwie do większości pańskich oficerów, pochodzę stąd. W szkole średniej interesowałem się historią Fredericksburga. Dowiedziałem się między innymi, że pod miastem biegną całkowicie zapomniane tunele, które łączą się z suterenami bloków. Jeśli ukryjemy w tych tunelach kobiety i dzieci, Posleeni i tak ich znajdą, zgadza się?
— Chwileczkę, kto jeszcze wie o tych tunelach? Nigdy o nich nie słyszałem! Gdzie one są i czy są wystarczająco duże? — zapytał zaskoczony dowódca batalionu.
— Nie wiem dokładnie, ale na pewno ktoś to wie — odpowiedział porucznik. — Używano ich w dziewiętnastym wieku, podobno do przenoszenia towarów z łodzi. Nawet miejscowi o nich nie wiedzą, ale jestem pewien, że ktoś z zakładu wodociągów albo miejskiej inżynierii będzie wiedział, gdzie one są. Muszą to wiedzieć.
— To nie problem — powiedział pułkownik. — Ale Posleeni i tak ich tam wywęszą.
— Dlatego musimy im wmówić, że we Fredericksburgu nic dla nich już nie zostało.
— Ale jak to zrobić?
— Olbrzymią eksplozją — odpowiedział zaaferowany młodszy oficer. — Byłoby świetnie, gdybyśmy mieli do tego broń jądrową.
— Ale nie mamy.
— Zaraz za miastem jest destylarnia ropy naftowej Quarles, sir.
Wypełnimy kilka budynków gazem ziemnym i wysadzimy je w powietrze. Co pan powie na bombę paliwowo-powietrzna?
Pułkownik wyciągnął fajkę i zaczął w zamyśleniu pykać. Bomba paliwowo-powietrzna była niewiele gorszą bronią od głowicy nuklearnej. Podczas Pustynnej Burzy siły powietrzne Stanów Zjednoczonych zrzuciły przetłumaczone na arabski ulotki, w których zawiadamiano, że określonego dnia Amerykanie zrzucą taką bombę na tereny kontrolowane przez Iracką Gwardię Republikańską.
Broń miała zniszczyć wszelkie życie na obszarze dwóch kilometrów kwadratowych i wywołać poważne straty w promieniu trzech.
Zalecano więc całkowitą ewakuację wszystkich żołnierzy, żeby uniknąć niepotrzebnych strat w ludziach.
Oczywiście Saddam Hussein nie uwierzył, że taka broń w ogóle istnieje. W wyniku wybuchu bomby półtora batalionu żołnierzy, czyli ponad osiemset istnień ludzkich, zniknęło z powierzchni ziemi w ułamku sekundy. Rzecznik sił powietrznych natychmiast zorganizował konferencję prasową, żeby obalić zarzuty Saddama, jakoby Ameryka pierwsza użyła broni masowego rażenia.
Następnego dnia siły powietrzne Stanów Zjednoczonych ponownie zrzuciły ulotki zawiadamiające o planowanym wybuchu bomby paliwowo-powietrznej. Ta bomba nie spowodowała już żadnych ofiar, tylko pozostawiła szeroki na trzy mile pas gołej ziemi, który bez trudu można było zająć. Mówiono jednak o przynajmniej trzech irackich oficerach, którzy stracili życie, próbując powstrzymać swoich żołnierzy przed ucieczką z obszaru działania broni.
— Co powiem na bombę paliwowo-powietrzna? — powtórzył zamyślony pułkownik.
— Właśnie, sir.
— Powiem: zastanówmy się nad tym. Więc ukrylibyśmy w tunelach kobiety i dzieci, a potem detonowali ładunek paliwowo-powietrzny?
— Tak jest, sir — odpowiedział podekscytowany porucznik.
— A potem co?
— Bomba zabije wielu Posleenów, a ponadto będą myśleli, że wszystko w mieście zostało zniszczone, więc odejdą.
— A kobiety i dzieci wygrzebią się wtedy spod zburzonych budynków? Wie pan może przypadkiem, w jaki sposób zbudowano te tunele?
— Niestety nie, sir — odpowiedział porucznik.
To było dobre pytanie. Jeżeli tunele mają słabą konstrukcję, mogą się zawalić po przejściu fali uderzeniowej i zasypać tych ludzi, których miały uratować.
— A jaka jest spójność struktury ścian i ich wytrzymałość?
— Tego także nie wiem, sir — powiedział zupełnie zbity z tropu cywilny inżynier.
— Cóż, ja też nie — zamyślił się dowódca. — Najwyraźniej nie znamy odpowiedzi na wszystkie pytania. Ale wydaje mi się, że nasi posleeńscy przyjaciele nigdy nie czytali Sun Tzu.
Młody saper kiwnął głową.
— „Zepchnij wrogów na pozycje, skąd nie ma ucieczki, a zginą, nawet nie zarządziwszy odwrotu”.
— „W niebezpiecznym polu wynajduj fortele, lecz w śmiertelnym polu walcz” — dodał dowódca batalionu.
Do pokoju konferencyjnego zajrzał starszy sierżant sztabowy.
— Sir, przyszła komendant straży pożarnej z grupą gliniarzy i strażaków i pyta, czy mogą jakoś nam pomóc.