Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Okute brązem drzwi Dyrektoriatu ustąpiły z trzaskiem, którego nikt nie usłyszał. Ludzie tłoczyli się i tratowali, chcąc wedrzeć się do gmachu i schronić przed deszczem metalu. Cisnęli się setkami w wysokie marmurowe westybule; jedni kulili się w pierwszej dostrzeżonej kryjówce, inni parli dalej, szukając wyjścia z drugiej strony budynku, jeszcze inni zatrzymywali się, żeby — nim nadejdą żołnierze — zniszczyć, co się da. Kiedy zaś żołnierze nadeszli — w porządnych, czarnych płaszczach — i wstąpili na schody wśród martwych i dogorywających mężczyzn i kobiet — ich oczom ukazało się słowo wypisane zamaszyście krwią na wysokiej, szarej, wypolerowanej ścianie wielkiego holu: PRECZ.
Strzelili do trupa, który leżał najbliżej tego słowa; a kiedy już w Dyrektoriacie przywrócono porządek i zmyto to słowo szmatami, wodą i mydłem, ono nie całkiem znikło; mówiło się o nim; miało znaczenie.
Uzmysłowił sobie, że nie sposób iść dalej z rannym, który zaczyna słabnąć i potykać się. Nie było dokąd iść; byle dalej od placu Kapitolińskiego. Nie było się też gdzie zatrzymać. Tłum gromadził się dwukrotnie na Bulwarze Mesee, próbując stawić czoło policji, ale wówczas zza jej szeregów wyjeżdżały wojskowe wozy opancerzone i rozpraszały go, spychając w kierunku Starego Miasta.
Czarne płaszcze nie przy każdej szarży dawały ognia, z innych jednak ulic dolatywały raz po raz odgłosy strzałów. Helikoptery krążyły nad ulicami, nie można się było przed nimi schronić.
Towarzysz Szeveka spazmatycznie chwytał powietrze, starając się nie ustawać w marszu. Szevek niósł go na dobrą sprawę kilka przecznic i pozostali daleko w tyle za główną masą tłumu. Nie było sensu próbować go dogonić.
— Siądź tu — polecił mężczyźnie i pomógł mu usiąść na najwyższym stopniu zejścia do jakiegoś składu w suterenie, na którego zamkniętych okiennicach wypisane było kredą wielkimi literami słowo STRAJK. Zszedł do drzwi składu i pchnął je; były zamknięte. Wszystkie drzwi były zamknięte. Własność prywatna. Z kąta schodów podniósł kawał obluzowanego brukowca i rozbił wrzeciądz i kłódkę, nie czyniąc tego po kryjomu ani mściwie, ale z pewnością siebie kogoś, kto otwiera drzwi do własnego domu.
Zajrzał do środka. W suterenie było mnóstwo skrzyli i ani żywego ducha. Pomógł rannemu zejść po schodach, zamknął drzwi i powiedział:
— Usiądź albo połóż się, jeśli chcesz. Zobaczę, czy nie ma tu gdzieś wody.
Piwnica — najwidoczniej jakiś skład chemiczny z rzędami kadzi — wyposażona była w system wężów pożarniczych. Kiedy Szevek wrócił do swego towarzysza, znalazł go nieprzytomnym. Skorzystał z tego, by obmyć mu rękę cieknącym z węża strumykiem wody i obejrzeć ranę. Wyglądała gorzej, niż się spodziewał. Niejedna kula trafić musiała biedaka, miał urwane dwa palce, strzaskaną dłoń i nadgarstek. Drzazgi kości sterczały z rany podobne do wykałaczek. Mężczyzna ten stał obok niego i Maeddy, gdy helikoptery otworzyły ogień; trafiony, zatoczył się na Szeveka i wczepił się weń, żeby nie upaść. Szevek przez całą drogę, gdy uciekali przez Dyrektoriat, podtrzymywał go ramieniem; w początkowym szalonym ścisku we dwójkę było łatwiej niż w pojedynkę ustać na nogach.
Przy pomocy prowizorycznej manszety postarał się zatamować krwawienie, zabandażował — lub przynajmniej zakrył — zdruzgotaną dłoń, następnie skłonił mężczyznę, by wypił trochę wody. Nie znał jego imienia; biała opaska na ramieniu wskazywała, że należał do Socjalistycznego Związku Robotniczego; był na oko rówieśnikiem Szeveka, mógł mieć czterdzieści lub nieco więcej lat.
W fabrykach na Południowym Zachodzie Szevek widywał ludzi rannych w wypadkach znacznie ciężej i przekonał się, jak dużo potrafi znieść i przetrzymać człowiek, gdy przychodzi mu cierpieć groźną ranę i ból. Lecz tamci mieli opiekę. Chirurga, który mógł dokonać amputacji, plazmę dla zrekompensowania ubytku krwi, łóżko, na którym się mogli położyć.
Usiadł na podłodze obok rannego, półomdlałego z szoku, i przyglądał się stosom skrzyń, długim, ciemnym korytarzom między nimi, smugom białawego światła wsączającego się przez okratowane okienka od frontu, białym zaciekom saletry na suficie, śladom butów robotników i kółek wózków na zakurzonej cementowej podłodze. W jednej godzinie setki tysięcy wznoszą pieśń pod odkrytym niebem; w następnej dwoje ludzi kryje się w piwnicy.
— Jesteście godni pogardy — powiedział po prawieku do swego towarzysza. — Nie mniecie zostawiać otwartych drzwi. Nigdy nie będziecie wolni.
Dotknął ostrożnie czoła tamtego; było zimne i mokre od potu.
Rozluźnił na chwilę manszetę, następnie wstał, poszedł przez mroczną suterenę ku drzwiom i wyjrzał na ulicę. Kolumna wozów pancernych już przejechała. Spiesznie, z wtulonymi w ramiona głowami, przemykali przez to obce terytorium nieliczni zapóźnieni demonstranci. Szevek próbował dwóch zatrzymać; przystanął dopiero trzeci.
— Potrzebuję lekarza, mam tu rannego. Czy możesz tu przysłać lekarza?
— Lepiej zabierz go stąd.
— Pomóż mi go wynieść.
Mężczyzna pobiegł dalej.
— Oni idą tędy! — krzyknął przez ramię. — Lepiej stąd wiej!
Nikt więcej nie przechodził i Szevek dojrzał niebawem w głębi ulicy tyralierę czarnych płaszczy. Zszedł do sutereny, zamknął drzwi, wrócił do rannego i usiadł na zakurzonej podłodze.
— Do diabła — mruknął.
Po jakimś czasie wyjął z kieszeni koszuli notes i zaczął go przeglądać.
Kiedy po południu wyjrzał ostrożnie na ulicę, zobaczył stojący po jej drugiej stronie samochód pancerny i dalsze dwa, ustawione w poprzek skrzyżowania. Wyjaśniało to okrzyki, jakie go dolatywały: to żołnierze wydawali jeden drugiemu rozkazy.
Atro wyjaśnił mu kiedyś, jak to było urządzone: sierżanci mogli wydawać rozkazy szeregowcom, porucznicy szeregowcom i sierżantom, kapitanowie… i tak dalej, i tak dalej aż do generałów, którzy mogli wydawać rozkazy każdemu i niczyich nie musieli słuchać, wyjąwszy głównodowodzącego. Szevek słuchał tego z niedowierzaniem i wstrętem. — I ty nazywasz to organizacją? — spytał.
— Nazywasz to dyscypliną? Ależ to ani jedno, ani drugie, jedynie wyjątkowo nieskuteczny mechanizm przymusu — coś w rodzaju silnika parowego z siódmego tysiąclecia! Co takiego wartego zachodu można osiągnąć z tak sztywną i łamliwą strukturą?” Dało to Atro sposobność wystąpienia z pochwałą wojny jako karmicielki odwagi i męskości oraz tępicielki słabeuszy; sam jednak tok jego argumentacji zmusił go do przyznania pewnej skuteczności zorganizowanej od dołu, poddanej samodyscyplinie partyzantce. „Ale to, widzisz, funkcjonuje tylko wtedy, kiedy im się zdaje, że walczą za coś własnego, za swoje domy albo jakieś tam swoje poglądy” — tłumaczył starzec. Szevek nie wszczynał sporu. Podjął go teraz — w ciemniejącej piwnicy, wśród spiętrzonych skrzyń z nieznanymi chemikaliami. Odpowiedział Atro, że teraz już rozumie, dlaczego wojsko jest zorganizowane tak, jak jest. Było to w istocie niezbędne. Żadna bowiem racjonalna forma organizacji nie posłużyłaby wytyczonemu celowi. Po prostu nie rozumiał wcześniej, że celem tym było sprawienie, by uzbrojeni w karabiny maszynowe mężczyźni mogli łatwo i masowo, na rozkaz, zabijać nieuzbrojonych mężczyzn i bezbronne kobiety. Wciąż jednak nie dostrzegał, gdzie tutaj miejsce na odwagę i męskość.
Po zapadnięciu zmroku zagadywał też od czasu do czasu do swego towarzysza. Ranny leżał z otwartymi oczami i kilka razy jęknął, w sposób, który wstrząsnął Szevekiem — taki dziecięcy i pełen cierpliwości. Kiedy tłoczyli się do Dyrektoriatu, porwani pierwszą paniką tłumu, przedzierali się przez jego pomieszczenia, biegli, a potem wlekli się w stronę Starego Miasta, czynił dzielne wysiłki, żeby dotrzymywać Szevekowi kroku; zranioną rękę, przyciśniętą do boku, chował pod płaszczem i starał się ze wszystkich sił nie opóźniać marszu. Kiedy jęknął po raz drugi, Szevek ujął jego zdrową dłoń i szepnął: „Nie trzeba, nie trzeba; cicho, cicho, bracie”, tylko dlatego, że nie był w stanie — nie umiejąc mu pomóc — słuchać, jak tamten cierpi. Ranny pomyślał zapewne, że nakazuje mu ciszę, żeby ich nie zdradził policji; kiwnął słabo głową i zacisnął usta.