Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
— To nie masz współlokatorki?
— Mam, Szerut, bardzo miła dziewczyna, pracuje na nocną zmianę w szpitalu. Był już najwyższy czas, żeby Sadik wyszła z domu, przebywanie z innymi dziećmi dobrze na nią wpływa.
Stawała się nieśmiała. Przyjęła tę zmianę bardzo dzielnie, z całkowitym stoicyzmem. Małe dzieci są urodzonymi stoikami. Płaczą z powodu guza, ale poważne wydarzenia przyjmują ze spokojem, nie mazgają się jak tylu dorosłych.
Szli ramię przy ramieniu. Jesienne gwiazdy wyroiły się mrowiem o niebywałej jaskrawości, migocąc i mrugając we wzbitym trzęsieniem ziemi i wichurą kurzu, aż całe niebo zdawało się drżeć, potrząsać diamentowymi okruchami, pobłyskiwać jak słoneczny blask na czarnym morzu. Pod tym roziskrzonym przepychem wzgórza stały mroczne i solidne, ostro rysowały się linie dachów, miękko świeciły latarnie.
— Cztery lata temu — odezwał się Szevek. — To właśnie cztery lata temu wróciłem do Abbenay z tego odludzia w Południowyżu.
Jakże się to miejsce nazywało? Czerwone Źródła. Była taka noc jak ta, wiatr, gwiazdy. Całą drogę z ulicy Równinnej do domicylu biegłem. A ciebie tam nie było, wyjechałaś. Cztery lata!
— Na drugi dzień po wyjeździe z Abbenay zrozumiałam, jaka byłam głupia, że to zrobiłam. Głód nie głód. Powinnam była odmówić i nie przyjąć tego skierowania.
— Nie na wiele by się to zdało. Sabul już czekał, żeby mi oznajmić, że usuwają mnie z Instytutu.
— Gdybym została, nie pojechałbyś do Kurzawy.
— Może i nie; ale mogliśmy przecież nie dostawać razem skierowań. Przez jakiś czas wyglądało na to, że nic nie ostoi się razem, prawda? W miastach na Południowym Zachodzie nie zostało ani jedno dziecko. Nadal ich tam nie ma. Wysłano je na północ, w rejony, gdzie istniała lokalna produkcja żywności, lub choćby była na nią szansa. A dorośli zostali na miejscu, żeby utrzymywać w ruchu kopalnie i fabryki. To cud, żeśmy to wszyscy przetrwali, prawda?… Ale, do diabła, teraz przez jakiś czas mam zamiar zajmować się tylko własną pracą!
Wzięła go pod rękę. Przystanął jak wryty, jakby jej dotyk śmiertelnie go poraził. Potrząsnęła nim z uśmiechem.
— Ty jeszcze nic nie jadłeś, prawda?
— Prawda. Och, Takver, jak ja ciebie pragnąłem, jak ja ciebie pragnąłem!
Przytulili się do siebie mocno, na ciemnej ulicy, daleko od latarni, pod kopułą gwiazd. Równie nagle oderwali się od siebie i Szevek oparł się o pobliską ścianę.
— Lepiej coś zjem — powiedział, a Takver przyznała:
— Słusznie, bo jeszcze mi tu padniesz! Chodź.
Przeszli jedną przecznicę do jadłodajni, największego budynku w Chakar. Było już po godzinach kolacji, ale posilali się jeszcze kucharze; dali przyjezdnemu miskę duszonego mięsa z warzywami i chleba do woli. Siedzieli wszyscy przy stole blisko kuchni.
Pozostałe stoły były już sprzątnięte i zastawione do śniadania. Sufit stołówki, przepaścistej jak pieczara, ginął wysoko w mroku, daleki jej koniec tonął w ciemności, rozłamywanej jedynie połyskami światła na miskach i kubkach stojących na niewidocznych stołach. Kucharze i obsługa, zmęczeni po całym dniu pracy, stanowili milczące towarzystwo; jedli szybko i odzywali się niewiele, nie zwracając uwagi na Takver i nieznajomego. Jeden po drugim wstawali od stołu i odnosili naczynia do zmywarek w kuchni. Jakaś starsza kobieta powiedziała wstając:
— Nie musicie się śpieszyć, ammari, czeka ich jeszcze godzina zmywania.
Miała chmurną, ponurą twarz, bez śladu macierzyńskości czy dobrotliwości; przemówiła jednak ze współczuciem i serdecznością ludzi doświadczających jednakiego losu. Nie mogła uczynić dla nich nic więcej, jak tylko poradzić: „Nie musicie się śpieszyć” i objąć ich krótkim spojrzeniem braterskiej miłości.
Oni zaśnie więcej uczynić mogli dla niej — i niewiele też dla samych siebie.
Wrócili do Ósmego Domicylu, do pokoju nr 3, i zaspokoili trawiące ich długo pożądanie. Nie zapalili nawet lampy; zawsze lubili kochać się w ciemności. Za pierwszym razem szczytowali oboje, ledwie wsunął prącie; za drugim razem kochali się opętańczo i krzyczeli z radości, przedłużając rozkosz, jak gdyby odwlekali chwilę śmierci; za trzecim razem kochali się na wpół śpiąc i kołowali wokół sedna bezgranicznej ekstazy, wokół swych istnień, niczym planety, które wirują na oślep, bezgłośnie, w potokach słonecznego światła, wokół wspólnego centrum grawitacji, wirujące, kołujące bez końca.
Takver obudziła się o świcie. Podparta na łokciu, patrzyła na Szereka szary kwadrat okna, a potem spojrzała na niego. Leżał na plecach, oddychając tak cicho, że jego pierś nie unosiła się prawie, twarz, daleka i surowa w bladym świetle brzasku, odchylona była nieco w tył. Wróciliśmy do siebie z wielkiej oddali — pomyślała Takver. Zawsze tak robiliśmy. Wracaliśmy do siebie z wielkiej oddali — przestrzeni, lat, otchłani przypadku. On przybywa z tak daleka, że już nic nie zdoła nas rozdzielić. Nic, żadne odległości, lata nie mogą być większe od tej odległości, która nas już rozdzieliła, od różnicy naszych płci, odmienności naszych istnień, naszych umysłów; tej rozpadliny, otchłani, którą spinamy jednym spojrzeniem, dotknięciem, słowem, rzeczami najprostszymi w świecie. Spójrz, jak jest daleko, kiedy śpi. Spójrz, jak daleko — i zawsze tak daleko. Lecz wraca, wraca, wraca…
Takver zapowiedziała, że ma zamiar odejść ze szpitala w Chakar, została jednak, póki nie znaleziono na jej miejsce w laboratorium zastępstwa. Pracowała po osiem godzin dziennie — w trzecim kwartale roku 168 wiele osób pracowało nadal na w przedłużonych zmianach okresu klęski, bo choć susza skończyła się zimą 167, gospodarce daleko było do stanu normalności. Hasło: „Dużo pracuj, mało jedz” nadal pozostawało wytyczną wykwalifikowanych pracowników; racje żywnościowe rekompensowały już wszakże dzienny wydatek energii, co jeszcze rok, dwa lata temu nie było bynajmniej regułą.
Szevek przez pewien czas nie zajmował się na dobrą sprawę niczym. Nie uważał się za chorego; po czterech latach głodu tak wszyscy przywykli do skutków trudów i niedożywienia, że uznawali je za coś normalnego. Cierpiał na „kaszel pyliczy” (przypadłość endemiczną wśród wspólnot południowych pustyń), chroniczne zapalenie oskrzeli (podobne do pylicy krzemowej), a także na inne górnicze choroby, ale i one były czymś, co w tamtych regionach uważano za rzeczy zwyczajne. Cieszył się po prostu tym, że gdy nie chce mu się nic robić, niczego robić nie musi.
Przez parę dni dzielił pokój z Szerut — oboje spali do późnego popołudnia — potem ta cicha czterdziestoletnia kobieta przeprowadziła się do innej pracownicy na nocną zmianę i przez następne cztery dekady, jakie spędzili w Chakar, on i Takver mieli pokój wyłącznie dla siebie. Gdy ona była w pracy, on spał, wałęsał się po polach lub po suchych, nagich wzgórzach za miastem. Późnym popołudniem przechodził w powrotnej drodze koło ośrodka kształceniowego i przyglądał się Sadik i jej towarzyszom na placu zabaw, bądź też angażował się (co dorośli nieraz czynili) w któreś z dziecięcych zajęć — dołączał do grupy zwariowanych siedmioletnich stolarzy lub do dwójki poważnych dwunastoletnich geometrów, którzy napotkali na trudności w triangulacji. Potem wracali z Sadik do pokoju; później wychodzili na spotkanie wracającej z pracy Takver i szli razem do łaźni, a następnie do jadłodajni. W godzinę lub dwie po kolacji odprowadzali dziewczynkę do noclegowni i wracali do siebie. Dni upływały w niezmąconym spokoju, opromienione jesiennym słońcem, spowite w cisze wzgórz.