Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Pod kołami biegły prosto jak strzelił świecące szyny. Skłębione na zachodzie chmury kładły na równinę ogromne, drżące miraże — niczym cienie jezior, które wyschły przed dziesięcioma milionami lat.
— Jeden syndyk — znałem gościa kopę lat — tak właśnie zrobił na północ stąd, na sześćdziesiątym szóstym. Próbowali odczepić od jego pociągu wagon z ziarnem. Cofnął skład i ukatrupił kilku, zanim zdążyli zejść z toru; mówił potem, że kłębili się na nim jak robaki na gnijącej rybie. Ośmiuset ludzi czeka na ten wagon z ziarnem — powiada — ilu z nich umrze, jak go nie dostaną? Więcej niż tych paru, grubo więcej. Wychodzi więc na to, że miał rację. Ale, do diabła! ja takich słupków sumować nie umiem. Czy to w porządku dodawać ludzi jak cyfry? No, a co ty byś zrobił? Których byś zabił?
— W drugim roku pobytu w Łokciu — byłem tam dyspozytorem pracy — fabryczny syndykat obciął racje żywnościowe. Ci, którzy pracowali sześć godzin dziennie, dostawali pełne racje — ledwo starczały przy tej harówie. Ci, którzy pracowali pół czasu pracy, otrzymywali trzy czwarte przydziału. Kto był chory albo za słaby do pracy, dostawał połowę. Na połowie racji trudno się było poprawić. Nie można było wrócić do roboty. Można się było jedynie utrzymywać przy życiu. Moim zadaniem było przydzielanie tych połówek racji, przydzielanie ich ludziom już chorym. Sam pracowałem w pełnym wymiarze, osiem, czasem dziesięć godzin dziennie, papierkowa robota, więc przysługiwały mi pełne racje, zarabiałem sobie na nie. Zarabiałem na nie układaniem list tych, którzy mieli głodować. — Spojrzenie jasnych oczu mężczyzny wybiegło naprzód, w suchy, drżący blask ponad torami. — Jak powiedziałeś: miałem liczyć ludzi.
— Zrezygnowałeś?
— Tak, zrezygnowałem. Pojechałem do Wielkiej Doliny. Ale zaraz kto inny zajął się sporządzaniem list w fabryce w Łokciu.
Zawsze znajdą się chętni do sporządzania list.
— To nie w porządku — oświadczył maszynista, mrużąc oślepione światłem oczy. Miał opaloną łysą twarz i głowę, bez jednego włoska od policzków do potylicy, choć nie wyglądał na więcej niż czterdzieści pięć lat. Była to twarz surowa, sucha i niewinna. — To diablo nie w porządku. Powinni byli zamknąć te zakłady. Nie można żądać od człowieka, żeby coś takiego robił. Czy nie jesteśmy odonianami? Człowiek może nie wytrzymać, zgoda. To się właśnie przydarzyło tym ludziom, którzy plądrowali pociągi. Byli głodni, dzieciaki były głodne, tak długo już głodowali, a tu jedzie żarcie — ale nie dla nich, więc przestali nad sobą panować i cabas!
To samo się przydarzyło temu mojemu kumplowi: tłum zaczął mu grabić pociąg, za który był odpowiedzialny, więc stracił panowanie nad sobą i dał wsteczny. Nie liczył głów. Przynajmniej wtedy!
Może potem. Bo go zemdliło, jak zobaczył, co zrobił. Ale ta robota, co ją kazali ci robić — wyznaczanie: ten niech żyje, ten niech zdycha — to nie jest robota dla normalnego człowieka, czegoś takiego nie można od człowieka wymagać.
— To były trudne czasy, bracie — przypomniał łagodnie pasażer, wpatrując się w rozprażoną równinę, nad którą falowały i żeglowały z wiatrem cienie wód.
Wysłużony sterowiec towarowy wychynął zza gór i przycumował na lotnisku w Nerkowej Górze. Wysiedli z niego trzej pasażerowie. Kiedy ostatni z nich dotykał gruntu, ten wzdął się i wierzgnął.
— Trzęsienie ziemi — stwierdził mężczyzna; był tutejszy, wracał do domu. — Kurna, popatrzcie na te tumany kurzu! Lądujemy któregoś dnia, a tu ani jednej góry.
Dwaj pasażerowie zdecydowali się czekać, póki nie załadują ciężarówek, żeby się nimi zabrać. Szevek postanowił pójść pieszo, miejscowy powiedział mu bowiem, że do Chakar będzie tylko jakieś sześć kilometrów, i to z górki.
Droga opadała serpentyną długich zakrętów, z których każdy kończył się niewielkim wzniesieniem. Stoki po obu stronach — wznoszący się po lewej i opadający po prawej — zarośnięte były krzewami holum; rzędy wysokich drzew tego gatunku — tak rozmieszczonych, jakby sadziła je tu ludzka ręka — zbiegały po zboczach wzdłuż żył podskórnych wód. Z grzbietu wzniesienia roztoczył się przed Szevekiem widok na czystą, złotą łunę zachodu, rozlaną nad pasmami pociemniałych wzgórz. Nigdzie wokół — prócz opadającej w mrok drogi — nie dostrzegało się śladów ludzkiej działalności. Gdy zaczął schodzić, powietrzem wstrząsnął cichy grzmot. Doznał wówczas dziwnego uczucia: nie wstrząsu i nie drżenia, ale przemieszczenia; coś było nie tak, jak trzeba, wiedział to. Postawił nogę — i jego stopa napotkała grunt. Poszedł więc dalej; droga leżała na swoim miejscu. Nie groziło mu tu żadne niebezpieczeństwo, a jednak w żadnej z niebezpiecznych sytuacji, w których wcześniej bywał, nie czuł takiej jak teraz bliskości śmierci. Śmierć była w nim, pod nim, sama ziemia stała się niepewna. Trwałość i pewność to obietnice, jakie składa człowiekowi jego umysł. Poczuł w ustach i płucach zimne, czyste powietrze.
Nadstawił ucha. Nisko w dole szumiał w mroku górski potok.
Przyszedł do Chakar o późnym zmierzchu. Nad czarnymi grzbietami gór ciemniało fioletowe niebo. Latarnie płonęły jaskrawo i samotnie. Na tle ciemnej głuszy oświetlone sztucznym światłem fasady domów sprawiały widmowe wrażenie. Wokół było wiele pustych placów i pojedynczych domów, jak to w starych, szeroko rozrzuconych, zabitych deskami mieścinach. Jakaś przechodząca kobieta wskazała Szevekowi drogę do Ósmego Domicylu.
— Tędy, bracie, za szpitalem, na końcu ulicy.
Ulica zagłębiała się w mroczny cień góry i kończyła przed drzwiami niskiego budynku. Szevek wszedł do środka i znalazł się w przedpokoju typowego małomiasteczkowego domicylu; na jego widok wrócił wspomnieniami do dzieciństwa, które spędził z ojcem w Wolności, Bębnej Górze i Równinnem: przyćmione światło, łatane maty, kartka z informacją o miejscowej brygadzie szkoleniowej obsługi maszyn, zawiadomienie o zebraniach syndykatu, na tablicy ogłoszeń plakat sprzed trzech dekad zapowiadający przedstawienie jakiejś sztuki, oprawiony w ramkę amatorski obrazek przedstawiający Odo na kozetce w więziennej świetlicy, ręcznie wykonana harmonia, lista mieszkańców, przy drzwiach zawiadomienie podające, w jakich godzinach jest w miejskiej łaźni gorąca woda.
Szerut, Takver, pokój nr 3.
Zapukał, wpatrując się w odblask światła z przedpokoju na ciemnej powierzchni drzwi, niezbyt prosto osadzonych w futrynie.
Kobiecy głos zawołał:
— Proszę!
Otworzył drzwi.
Światło w pokoju, jaśniejsze niż w korytarzu, padało zza kobiecej postaci. Przez chwilę nie był pewien, czy to Takver. Stała twarzą do niego. Wyciągnęła ręce w niepewnym, nie dokończonym geście, jakby go chciała odepchnąć, a może objąć. Wziął ją za rękę — a potem padli sobie w ramiona i stali, przytuleni, na niepewnej ziemi.
— Wejdź! — zawołała — och, wejdźże, wejdź.
Otworzył oczy. W głębi pokoju, który nadal wydawał mu się bardzo jasny, zobaczył poważną, czujną twarzyczkę małego dziecka.
— To jest Szevek, Sadik.
Dziewczynka podeszła do matki, objęła jej nogę i wybuchnęła płaczem.
— Nie płacz, maleńka. Dlaczego płaczesz?
— A ty dlaczego? — szepnęło dziecko.
— To ze szczęścia! Tylko ze szczęścia. Chodź na kolana. Ach Szevek, Szevek! List od ciebie przyszedł ledwie wczoraj, miałam właśnie odprowadzić Sadik na noc i iść do telefonu. Napisałeś, że zadzwonisz dziś wieczór, a nie, że przyjedziesz! No nie płacz, Sadik, popatrz, ja już nie płaczę, prawda?