Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
— On też płakał.
— Oczywiście, że płakałem.
Sadik przyglądała mu się z nieufną ciekawością. Miała cztery lata, okrągłą główkę i pełną twarzyczkę, była krąglutka, ciemna, puszysta i miękka.
Całe umeblowanie pokoju stanowiły dwa tapczany. Takver z dzieckiem na kolanach usiadła na jednym z nich, Szevek usiadł na drugim i wyprostował nogi. Grzbietami dłoni wytarł oczy i podsunął Sadik kostki dłoni do obejrzenia.
— Widzisz — powiedział — mokre. I z nosa mi cieknie. Masz może chusteczkę?
— Tak. A ty nie masz?
— Miałem, ale zginęła mi w pralni.
— Mogę podzielić się z tobą chusteczką, której ja używam — zgodziła się po chwili dziewczynka.
— On nie wie, gdzie ona jest — uświadomiła jej Takver.
Sadik zsunęła się z jej kolan i z szuflady w szafie przyniosła chusteczkę. Podała ją matce, a ta Szevekowi.
— Jest czysta — powiedziała Takver, uśmiechając się swoim szerokim uśmiechem. Sadik przypatrywała się uważnie, jak Szevek wyciera nos.
— Czy nie mieliście tu niedawno trzęsienia ziemi? — zapytał Szevek.
— Przez cały czas są trzęsienia, człowiek przestaje już zwracać uwagę — odrzekła Takver, a Sadik, zadowolona, że też może służyć informacją, dorzuciła cienkim, ochrypłym głosikiem:
— Tak, mieliśmy bardzo duże trzęsienie ziemi przed obiadem.
Kiedy ziemia się trzęsie, okna dzwonią, dzwonią i faluje podłoga, i trzeba stanąć w drzwiach albo wyjść na dwór.
Szevek popatrzył na Takver; odpowiedziała mu spojrzeniem.
Postarzała się bardziej niż o te cztery lata. Nigdy nie miała zbyt zdrowych zębów, a od tamtej pory jeszcze dwa straciła, obie górne czwórki, więc było widać szczerby, gdy się śmiała. Jej skóra nie odznaczała się już tą młodzieńczą aksamitnością i jędrnością, włosy zaś — zaczesane gładko do tyłu — zmatowiały.
Takver utraciła swój młodzieńczy wdzięk — dostrzegał to wyraźnie — i wyglądała na przeciętną, zapracowaną kobietę na progu wieku średniego. Dostrzegał to z pewnością wyraźniej niż inni. Widział Takver taką, jakiej nikt inny widzieć nie mógł, gdyż patrzył na nią przez pryzmat lat zażyłości i tęsknoty. Widział ją taką, jaką naprawdę była.
Ich oczy spotkały się.
— Jak… jak wam się tutaj powodzi? — zapytał, czerwieniąc się nagle; odezwał się najwyraźniej po to tylko, żeby coś powiedzieć.
Poczuła, jak uderza w nią dotykalna prawie fala jego pożądania.
Zarumieniła się lekko i uśmiechnęła. Potem powiedziała swym ochrypłym głosem:
— Och, od naszej rozmowy telefonicznej nic się takiego nie zdarzyło.
— Ależ to było sześć dekad temu!
— Życie biegnie tu utartym torem.
— Bardzo tu pięknie… te wzgórza. — Ujrzał w jej oczach mrok górskich dolin. Gwałtowność jego pożądania raptownie się wzmogła, zakręciło mu się w głowie, zdołał jednak przetrwać jakoś ten kryzys, spróbował opanować erekcję. — Czy chciałabyś tu zostać? — zapytał.
— To mi obojętne — odrzekła swym niezwykłym, ciepłym ochrypłym głosem.
— Wciąż ci kapie z nosa — zauważyła obiektywnie Sadik.
— Ciesz się, że tylko tyle — powiedział.
— Cicho bądź, Sadik, nie egoizuj! — skarciła ją Takver.
Oboje dorośli roześmiali się, zaś Sadik nie przestała przyglądać się Szevekowi z uwagą.
— Lubię to miasto, Szev. Ludzie tu są mili — ciekawi. Za to praca nie najlepsza. Szpitalne laboratorium, sam rozumiesz. Brak techników przestanie być wkrótce problemem, więc mogłabym wyjechać, nie stawiając ich w trudnym położeniu. Chciałabym wrócić do Abbenay, jeżeli to miałeś na myśli. Dostałeś przeniesienie?
— Nie prosiłem o nie i nie sprawdzałem. Od dekady jestem w drodze.
— Co robiłeś na tej drodze?
— Jechałem nią, Sadik.
— Przebył pół świata, z południa, przez pustynie, żeby się do nas dostać — wyjaśniła córce Takver. Dziewczynka uśmiechnęła się, usadowiła wygodniej na jej kolanach i ziewnęła.
— Czy już coś jadłeś, Szev? Nie jesteś zmęczony? Muszę położyć małą do łóżka, właśnie miałyśmy wychodzić, kiedy zapukałeś.
— To ona już sypia w noclegowni?
— Od początku tego kwartału.
— Miałam już cztery latka — pochwaliła się Sadik.
— Mówi się: mam już cztery latka — poprawiła ją Takver, zsadzając ją delikatnie z kolan, żeby wyjąć jej płaszczyk z szafy. Sadik stała bokiem do Szeveka; skupiała na nim całą uwagę, do niego kierowała swe słowa.
— Ale ja już miałam cztery latka, teraz mam więcej niż cztery — Temporalistka, jak ojciec!
— Nie można mieć jednocześnie czterech latek i więcej niż cztery, prawda? — zapytała dziewczynka, wyczuwając aprobatę i zwracając się teraz wprost do Szeveka.
— Ależ tak, z łatwością. Możesz mieć też jednocześnie cztery lata i prawie pięć. — Siedząc na niskim tapczanie, miał głowę na równej wysokości z główką dziewczynki, nie musiała więc patrzeć na niego do góry. — Ale widzisz, ja zapomniałem, że ty masz już prawie pięć lat. Kiedy cię widziałem po raz ostatni, miałaś ich niewiele więcej niż zero.
— Naprawdę? — w jej głosie odezwała się wyraźna kokieteria.
— Tak. Byłaś mniej więcej taka długa — na nieznaczną odległość rozstawił dłonie.
— Czy umiałam już mówić?
— Mówiłaś baa i parę innych słów.
— Czy budziłam wszystkich w bloku jak dziecko Cheben? — dopytywała się z szerokim, radosnym uśmiechem.
— Rozumie się.
— A kiedy się dobrze nauczyłam mówić?
— Kiedy miałaś około półtora roczku — odpowiedziała jej Takver — i od tamtej pory nie zamyka ci się buzia. Gdzie jest kapelusz, Sadikiki?
— W szkole. Nie znoszę tego kapelusza — poinformowała Sadik Szeveka.
Zaprowadzili dziewczynkę przez ulice, po których hulał wiatr, do noclegowni ośrodka kształceniowego i weszli z nią do przedpokoju. Było to ciasne, obskurne pomieszczenie, ożywione jednak dziecięcymi malowankami, kilkoma zgrabnymi modelami lokomotyw z brązu, mnóstwem domków dla lalek i malowanymi ludzikami z drewna. Sadik pocałowała na dobranoc matkę, po czym odwróciła się do Szeveka i wyciągnęła rączki. Nachylił się do niej.
Pocałowała go sucho, ale mocno.
— Dobranoc! — powiedziała.
Ziewając odeszła za nocną opiekunką. Doleciał ich jej głos i łagodne uciszanie opiekunki.
— Ona jest piękna, Takver. Piękna, inteligentna i silna.
— Boję się, że jest rozpuszczona.
— Ależ skąd. Doskonale sobie poradziłaś, znakomicie — w takich czasach…
— Tu nie było aż tak źle jak na południu — powiedziała, spoglądając na niego, gdy wychodzili z noclegowni. — Tutaj dzieci były odżywiane. Nie za dobrze, ale zawsze. Miejscowa wspólnota jest w stanie produkować żywność. Kiedy już nie ma nic innego, można zbierać nasiona dzikiego holum i ucierać do jedzenia. Tu nikt nie głodował. Ale ja ją zepsułam. Karmiłam ją, oczywiście, piersią do trzeciego roku życia, bo i czemu nie, skoro i tak nic innego nie było do jedzenia! Ale to się nie podobało w tej placówce badawczej w Rolnym. Chcieli, żebym ją oddała na cały czas do żłobka.
Twierdzili, że przyjęłam wobec dziecka postawę posiadaczki i nie przykładam się należycie do solidarnego wysiłku w godzinie próby. W gruncie rzeczy mieli rację. Ale tacy byli tej swojej racji pewni! Żadne z nich nie rozumiało, co to znaczy samotność. To nie były osoby, ale sami komuniści. Głównie kobiety wierciły mi dziurę w brzuchu, że karmię piersią. Prawdziwe spekulantki ciałem. Wytrwałam tam, bo jedzenie było dobre — próbowałam, czy nie da się jeść glonów, dostawało się ich czasem grubo ponad zwykłe racje, ale smakowały jak guma — póki nie znaleźli sobie kogoś odpowiedniejszego na moje miejsce. Potem na około dziesięć dekad wyjechałam do Nowego Zarania. To było zimą, dwa lata temu, w czasie tego długiego okresu, gdy nie kursowała poczta i tak ciężko było tam, gdzie byłeś. W Nowym Zaraniu zobaczyłam to skierowanie w wykazie i przyjechałam tutaj. Sadik aż do tej jesieni mieszkała ze mną w domicylu. Nadal mi jej brakuje. Pokój zrobił się bez niej taki cichy.