Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 95
Перейти на страницу:

— On też płakał.

— Oczywiście, że płakałem.

Sadik przyglądała mu się z nieufną ciekawością. Miała cztery lata, okrągłą główkę i pełną twarzyczkę, była krąglutka, ciemna, puszysta i miękka.

Całe umeblowanie pokoju stanowiły dwa tapczany. Takver z dzieckiem na kolanach usiadła na jednym z nich, Szevek usiadł na drugim i wyprostował nogi. Grzbietami dłoni wytarł oczy i podsunął Sadik kostki dłoni do obejrzenia.

— Widzisz — powiedział — mokre. I z nosa mi cieknie. Masz może chusteczkę?

— Tak. A ty nie masz?

— Miałem, ale zginęła mi w pralni.

— Mogę podzielić się z tobą chusteczką, której ja używam — zgodziła się po chwili dziewczynka.

— On nie wie, gdzie ona jest — uświadomiła jej Takver.

Sadik zsunęła się z jej kolan i z szuflady w szafie przyniosła chusteczkę. Podała ją matce, a ta Szevekowi.

— Jest czysta — powiedziała Takver, uśmiechając się swoim szerokim uśmiechem. Sadik przypatrywała się uważnie, jak Szevek wyciera nos.

— Czy nie mieliście tu niedawno trzęsienia ziemi? — zapytał Szevek.

— Przez cały czas są trzęsienia, człowiek przestaje już zwracać uwagę — odrzekła Takver, a Sadik, zadowolona, że też może służyć informacją, dorzuciła cienkim, ochrypłym głosikiem:

— Tak, mieliśmy bardzo duże trzęsienie ziemi przed obiadem.

Kiedy ziemia się trzęsie, okna dzwonią, dzwonią i faluje podłoga, i trzeba stanąć w drzwiach albo wyjść na dwór.

Szevek popatrzył na Takver; odpowiedziała mu spojrzeniem.

Postarzała się bardziej niż o te cztery lata. Nigdy nie miała zbyt zdrowych zębów, a od tamtej pory jeszcze dwa straciła, obie górne czwórki, więc było widać szczerby, gdy się śmiała. Jej skóra nie odznaczała się już tą młodzieńczą aksamitnością i jędrnością, włosy zaś — zaczesane gładko do tyłu — zmatowiały.

Takver utraciła swój młodzieńczy wdzięk — dostrzegał to wyraźnie — i wyglądała na przeciętną, zapracowaną kobietę na progu wieku średniego. Dostrzegał to z pewnością wyraźniej niż inni. Widział Takver taką, jakiej nikt inny widzieć nie mógł, gdyż patrzył na nią przez pryzmat lat zażyłości i tęsknoty. Widział ją taką, jaką naprawdę była.

Ich oczy spotkały się.

— Jak… jak wam się tutaj powodzi? — zapytał, czerwieniąc się nagle; odezwał się najwyraźniej po to tylko, żeby coś powiedzieć.

Poczuła, jak uderza w nią dotykalna prawie fala jego pożądania.

Zarumieniła się lekko i uśmiechnęła. Potem powiedziała swym ochrypłym głosem:

— Och, od naszej rozmowy telefonicznej nic się takiego nie zdarzyło.

— Ależ to było sześć dekad temu!

— Życie biegnie tu utartym torem.

— Bardzo tu pięknie… te wzgórza. — Ujrzał w jej oczach mrok górskich dolin. Gwałtowność jego pożądania raptownie się wzmogła, zakręciło mu się w głowie, zdołał jednak przetrwać jakoś ten kryzys, spróbował opanować erekcję. — Czy chciałabyś tu zostać? — zapytał.

— To mi obojętne — odrzekła swym niezwykłym, ciepłym ochrypłym głosem.

— Wciąż ci kapie z nosa — zauważyła obiektywnie Sadik.

— Ciesz się, że tylko tyle — powiedział.

— Cicho bądź, Sadik, nie egoizuj! — skarciła ją Takver.

Oboje dorośli roześmiali się, zaś Sadik nie przestała przyglądać się Szevekowi z uwagą.

— Lubię to miasto, Szev. Ludzie tu są mili — ciekawi. Za to praca nie najlepsza. Szpitalne laboratorium, sam rozumiesz. Brak techników przestanie być wkrótce problemem, więc mogłabym wyjechać, nie stawiając ich w trudnym położeniu. Chciałabym wrócić do Abbenay, jeżeli to miałeś na myśli. Dostałeś przeniesienie?

— Nie prosiłem o nie i nie sprawdzałem. Od dekady jestem w drodze.

— Co robiłeś na tej drodze?

— Jechałem nią, Sadik.

— Przebył pół świata, z południa, przez pustynie, żeby się do nas dostać — wyjaśniła córce Takver. Dziewczynka uśmiechnęła się, usadowiła wygodniej na jej kolanach i ziewnęła.

— Czy już coś jadłeś, Szev? Nie jesteś zmęczony? Muszę położyć małą do łóżka, właśnie miałyśmy wychodzić, kiedy zapukałeś.

— To ona już sypia w noclegowni?

— Od początku tego kwartału.

— Miałam już cztery latka — pochwaliła się Sadik.

— Mówi się: mam już cztery latka — poprawiła ją Takver, zsadzając ją delikatnie z kolan, żeby wyjąć jej płaszczyk z szafy. Sadik stała bokiem do Szeveka; skupiała na nim całą uwagę, do niego kierowała swe słowa.

— Ale ja już miałam cztery latka, teraz mam więcej niż cztery — Temporalistka, jak ojciec!

— Nie można mieć jednocześnie czterech latek i więcej niż cztery, prawda? — zapytała dziewczynka, wyczuwając aprobatę i zwracając się teraz wprost do Szeveka.

— Ależ tak, z łatwością. Możesz mieć też jednocześnie cztery lata i prawie pięć. — Siedząc na niskim tapczanie, miał głowę na równej wysokości z główką dziewczynki, nie musiała więc patrzeć na niego do góry. — Ale widzisz, ja zapomniałem, że ty masz już prawie pięć lat. Kiedy cię widziałem po raz ostatni, miałaś ich niewiele więcej niż zero.

— Naprawdę? — w jej głosie odezwała się wyraźna kokieteria.

— Tak. Byłaś mniej więcej taka długa — na nieznaczną odległość rozstawił dłonie.

— Czy umiałam już mówić?

— Mówiłaś baa i parę innych słów.

— Czy budziłam wszystkich w bloku jak dziecko Cheben? — dopytywała się z szerokim, radosnym uśmiechem.

— Rozumie się.

— A kiedy się dobrze nauczyłam mówić?

— Kiedy miałaś około półtora roczku — odpowiedziała jej Takver — i od tamtej pory nie zamyka ci się buzia. Gdzie jest kapelusz, Sadikiki?

— W szkole. Nie znoszę tego kapelusza — poinformowała Sadik Szeveka.

Zaprowadzili dziewczynkę przez ulice, po których hulał wiatr, do noclegowni ośrodka kształceniowego i weszli z nią do przedpokoju. Było to ciasne, obskurne pomieszczenie, ożywione jednak dziecięcymi malowankami, kilkoma zgrabnymi modelami lokomotyw z brązu, mnóstwem domków dla lalek i malowanymi ludzikami z drewna. Sadik pocałowała na dobranoc matkę, po czym odwróciła się do Szeveka i wyciągnęła rączki. Nachylił się do niej.

Pocałowała go sucho, ale mocno.

— Dobranoc! — powiedziała.

Ziewając odeszła za nocną opiekunką. Doleciał ich jej głos i łagodne uciszanie opiekunki.

— Ona jest piękna, Takver. Piękna, inteligentna i silna.

— Boję się, że jest rozpuszczona.

— Ależ skąd. Doskonale sobie poradziłaś, znakomicie — w takich czasach…

— Tu nie było aż tak źle jak na południu — powiedziała, spoglądając na niego, gdy wychodzili z noclegowni. — Tutaj dzieci były odżywiane. Nie za dobrze, ale zawsze. Miejscowa wspólnota jest w stanie produkować żywność. Kiedy już nie ma nic innego, można zbierać nasiona dzikiego holum i ucierać do jedzenia. Tu nikt nie głodował. Ale ja ją zepsułam. Karmiłam ją, oczywiście, piersią do trzeciego roku życia, bo i czemu nie, skoro i tak nic innego nie było do jedzenia! Ale to się nie podobało w tej placówce badawczej w Rolnym. Chcieli, żebym ją oddała na cały czas do żłobka.

Twierdzili, że przyjęłam wobec dziecka postawę posiadaczki i nie przykładam się należycie do solidarnego wysiłku w godzinie próby. W gruncie rzeczy mieli rację. Ale tacy byli tej swojej racji pewni! Żadne z nich nie rozumiało, co to znaczy samotność. To nie były osoby, ale sami komuniści. Głównie kobiety wierciły mi dziurę w brzuchu, że karmię piersią. Prawdziwe spekulantki ciałem. Wytrwałam tam, bo jedzenie było dobre — próbowałam, czy nie da się jeść glonów, dostawało się ich czasem grubo ponad zwykłe racje, ale smakowały jak guma — póki nie znaleźli sobie kogoś odpowiedniejszego na moje miejsce. Potem na około dziesięć dekad wyjechałam do Nowego Zarania. To było zimą, dwa lata temu, w czasie tego długiego okresu, gdy nie kursowała poczta i tak ciężko było tam, gdzie byłeś. W Nowym Zaraniu zobaczyłam to skierowanie w wykazie i przyjechałam tutaj. Sadik aż do tej jesieni mieszkała ze mną w domicylu. Nadal mi jej brakuje. Pokój zrobił się bez niej taki cichy.

1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)