Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 95
Перейти на страницу:

Mówili obaj szeptem.

— Nie zauważyłem, jak pan wychodził. Rano powiem, że pan jeszcze nie wstał. Że jeszcze pan śpi. Zatrzymam ich trochę.

Szevek wziął go za ramiona, objął, uścisnął mu rękę.

— Dziękuję, Eforze!

— Życzę powodzenia — mruknął tamten zakłopotany.

Szeveka już jednak nie było.

Kosztowny dzień z Veą pozbawił go większości gotówki, przejażdżka taksówką do Nio uszczupliła jego zasób o dalsze dziesięć jednostek. Wysiadł przy jakiejś dużej stacji metra i — posługując się swoim planem — odszukał drogę kolejką podziemną do Starego Miasta, rejonu stolicy, w którym dotąd nie był. Zaułka Dowcip na mapie nie znalazł, wysiadł więc na głównym staromiejskim przystanku. Wyszedłszy z przestronnej marmurowej stacji na ulicę, przystanął jak wryty. W niczym nie przypominała Nio Esseii.

Mżyło, było już prawie ciemno, latarnie nie paliły się. Nie zapalono ich, a może były stłuczone. Przez szpary zamkniętych okiennic przeciskały się tu i ówdzie pasemka żółtego światła. Z otwartych drzwi w głębi ulicy, przy których skupiła się gromadka rozmawiających głośno mężczyzn, padała smuga światła. Na mokrym od deszczu chodniku walały się odpadki i strzępki papierów. Witryny sklepów, na ile mógł je dojrzeć, były niskie, opatrzone ciężkimi metalowymi lub drewnianymi okiennicami — prócz jednej, wypalone} przez ogień, która ziała czarną jamą, szczerząc tkwiące w futrynach potłuczonych okien szklane zęby. Przechodnie przypominali ciche, przemykające spiesznie cienie.

Jakaś stara kobieta wyszła za nim po schodach, obrócił się więc, by zapytać ją o drogę. W blasku żółtej kuli oznaczającej wejście do metra dojrzał wyraźnie jej twarz: była blada i pomarszczona, zmęczone oczy patrzyły martwo i nieprzyjaźnie. Z trudem pięła się po schodach, zgarbiona zmęczeniem, zapaleniem stawów albo jakąś wadą kręgosłupa. A przecież nie była stara, jak mu się w pierwszej chwili zdawało; nie miała nawet trzydziestu lat.

— Czy możesz mi powiedzieć, jak dojść na ulicę Dowcip? — zapytał zacinając się.

Obrzuciła go obojętnym spojrzeniem, osiągnąwszy zaś szczyt schodów, przyśpieszyła kroku i wyminęła go bez słowa.

Zapuścił się na chybił trafił w głąb ulicy. Podniecenie wywołane z nagła podjętą decyzją i ucieczką z Ieu Eun ustąpiło miejsca lękowi, uczuciu ściganego i tropionego zwierzęcia. Obszedł z daleka stojących przed bramą mężczyzn, instynkt ostrzegł go bowiem, że pojedynczemu obcemu lepiej się nie zbliżać do takich grupek.

Dostrzegłszy idącego przed nim samotnego mężczyznę, zrównał się z nim i spytał o drogę.

— Nie wiem — odburknął tamten i poszedł w swoją stronę.

Nie pozostawało nic innego, jak dążyć przed siebie. Doszedł do jakiejś lepiej oświetlonej przecznicy, która posępną, przyćmioną krzykliwością świetlnych szyldów i reklam rozmywała się w prawo i w lewo w mżystej plusze. Mieściły się przy niej liczne winiarnie i lombardy, niektóre były jeszcze otwarte. Panował spory ruch; ludzie potrącali się, wchodzili do winiarni, wytaczali się z nich. Jakiś człowiek — śpiący, chory, martwy? — leżał w rynsztoku na deszczu, paltem okrywszy głowę. Szevek przyglądał mu się, a potem przechodzącym obojętnie ludziom ze zgrozą.

Kiedy tak stał jak sparaliżowany, zatrzymał się obok niego i zajrzał mu w twarz jakiś niski, zarośnięty mężczyzna w wieku pięćdziesięciu, sześćdziesięciu lat o przekrzywionej szyi i zaczerwienionych oczach. Stał i śmiał się głupkowato bezzębnymi ustami z wielkiego, przerażonego mężczyzny, wytykając go trzęsącą się ręką.

— Skądżeś pan wytrzasnął takie kudły, he, he, he?! Skądżeś pan wytrzasnął takie kudły? — bełkotał.

— Czy… czy możesz mi powiedzieć, jak dojść na ulicę Dowcip?

— Jasne, dowcipkuję, dowcipkuję. Tylko nie dowcipkuję, że bankrutuję. Nie masz pan pieniążka na kieliszeczek w taką zimną noc? Na pewno znajdziesz pan jakiś malutki pieniążek.

Przysunął się bliżej. Szevek cofnął się; widział wyciągniętą rękę, lecz nie pojmował, co ona oznacza.

— Kup dowcip, łaskawy panie, za jeden maluśki pieniążek — mamrotał mężczyzna, bez tonu groźby czy błagania, uśmiechając się głupkowato rozdziawionymi ustami i wyciągając rękę.

Szevek zrozumiał. Pogrzebał w kieszeni, znalazł ostatnią monetę, wetknął ją w dłoń żebraka, po czym, przeniknięty chłodem ze strachu, strachu nie o siebie, przecisnął się obok zarośniętego mężczyzny, mamroczącego coś i próbującego uchwycić się jego płaszcza, i ruszył w stronę najbliższych otwartych drzwi. Zawieszony nad nimi szyld obwieszczał: Zastaw i Rzeczy Używane Najwyższej Jakości. Wszedł do środka i — stanąwszy wśród półek ze znoszonymi paltami, butami, szalikami, powgniatanymi instrumentami, stłuczonymi lampami, dziwacznymi naczyniami, puszkami, łyżkami, paciorkami, szczątkami i fragmentami, z których każdy oznaczony był ceną — spróbował się opanować.

— Szuka pan czegoś?

Po raz kolejny zadał pytanie o drogę.

Sklepikarz, ciemnowłosy mężczyzna wzrostu Szeveka, tyle że zgarbiony i chudy jak patyk, obrzucił go badawczym spojrzeniem.

— Po co się pan tam wybiera?

— Szukam pewnego człowieka, który tam mieszka.

— Skąd pan jest?

— Muszę się dostać na tę ulicę, na ulicę Dowcip. Czy to daleko?

— Skąd pan jest, jeśli wolno spytać?

— Jestem z Anarres, z Księżyca — odparł gniewnie Szevek. — Muszę się dostać na ulicę Dowcip, zaraz, niezwłocznie.

— To pan jest nim? Tym naukowcem? Co pan tu, u licha, robi?

— Uciekam przed policją! Doniesiesz im, że tu jestem, czy mi pomożesz?

— Cholera — mruknął tamten. — Jasna cholera! Słuchaj pan… — Zawahał się, zbierał się, żeby powiedzieć jedno, potem drugie, na koniec rzeki: — Niech pan stąd idzie — po czym, tym samym tchem, z całkiem jednak odmiennym najwyraźniej postanowieniem, zakończył: — Dobra. Zamykam. Zaprowadzę pana. Zaczekaj pan.

Cholerny świat!

Zakrzątnął się na tyłach sklepu, zgasił światło, po czym wyszedł z Szevekiem na ulicę opuścił i zamknął metalowe żaluzje, zamknął na kłódkę drzwi i ze słowami:

— Chodź pan! — ruszył ostrym krokiem.

Przebyli ze dwadzieścia lub trzydzieści kwartałów, zapuszczając się coraz głębiej w labirynt krętych uliczek i zaułków w sercu Starego Miasta. Mżawka padała miękko w rozświetlonej nieregularnie ciemności, przynosząc woń zgnilizny, zapach mokrego kamienia i metalu. Skręcili w nie oświetlony zaułek bez tabliczki z nazwą, wciśnięty między wysokie stare kamienice, których parter zajmowały przeważnie sklepy. Przewodnik Szeveka zatrzymał się i zastukał w okiennicę jednego z nich: V. Maedda, Towary Delikatesowe. Po dobrej chwili drzwi otwarły się. Lichwiarz poszeptał z osobą, która im otworzyła, wskazał na Szeveka, po czym obaj weszli do środka. Otworzyła im jakaś dziewczyna.

— Tuio jest na zapleczu, chodźcie — powiedziała, spoglądając badawczo na Szeveka w nikłym świetle padającym z sieni. — Więc to pan? — zapytała stłumionym, natarczywym głosem. Uśmiechnęła się dziwnie. — To naprawdę pan?

Tuio Maedda okazał się ciemnowłosym mężczyzną po czterdziestce o napiętej, myślącej twarzy. Gdy weszli, zamknął książkę, w której coś zapisywał, i podniósł się szybko. Przywitał się z lichwiarzem po imieniu, nie odrywając oczu od Szeveka.

— Przyszedł do mojego sklepu, Tuio, i pytał o drogę tutaj. Powiada, że jest tym… no wiesz, tym gościem z Anarres.

— To naprawdę pan? — zapytał wolno Maedda. — Szevek, co pan tu robi? — Wpatrywał się w przybysza zalęknionymi, błyszczącymi oczami.

1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)