Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Anarres nie miała flagi, którą by można powiewać; wśród plakatów ogłaszających strajk powszechny, pośród niebieskich i białych szturmówek syndykalistów i Socjalistycznego Związku Robotniczego, pojawiło się także niemało domowego wyrobu transparentów z zielonym Kołem Życia — starym, dwieście lat liczącym symbolem Ruchu Odonian. Wszystkie te flagi i transparenty jaśniały buńczucznie „w słońcu.
Po okresie ukrywania się w pomieszczeniach z zamkniętymi drzwiami dobrze było znaleźć się znowu na dworze. Maszerować, kołysać ramionami, oddychać czystym powietrzem wiosennego poranka. Obecność wśród tylu ludzi, tak ogromnego tłumu, kroczących razem tysiącznych rzesz — wypełniających nie tylko szeroką arterię, którą maszerowali, ale i wszystkie boczne ulice — napawała go lękiem, ale i radością. Gdy zaś zagrzmiał śpiew — zarówno lęk, jak i radość zmieniły się w ślepe uniesienie; w oczach stanęły mu łzy. To zlanie się tysięcy głosów w jedną pieśń, bijącą z gardzieli ulic, rozlewającą się w otwartej przestrzeni, rozbrzmiewającą w oddali zatartym echem, wzruszało go do głębi. Odległość, jaką musiał pokonać dźwięk, rozłamywał śpiew na ten dochodzący od czoła pochodu — daleko w przodzie — i na ten wznoszony przez nieprzebrane, kroczące z tyłu tłumy, tak że pieśń zdawała się wciąż opóźniać i nawiązywać do siebie, niczym polifoniczny kanon, i wszystkie jej zwrotki śpiewane były jednocześnie, choć każdy ze śpiewających odśpiewywał ją po kolei, od początku do końca.
Szevek nie znał miejscowych pieśni, więc tylko słuchał i pozwalał się unosić melodii — aż raptem od czoła pochodu po wielkiej, poruszającej się wolno rzece tłumu popłynęły fala za falą słowa pieśni znanej mu. Wyprostował wtedy głowę i razem ze wszystkimi — w ojczystym języku, tak jak się go nauczył — zaśpiewał hymn Powstania. Śpiewali go na tych ulicach, na tej samej ulicycyklem: dwieście lat temu ci sami ludzie, jego naród.
Ludzie maszerujący obok Szeveka umilkli, aby go słyszeć, a on śpiewał głośno, z uśmiechem na ustach, krocząc razem z nimi przed siebie.
Na placu Kapitolińskim zgromadziło się może sto, a może dwa razy tyle tysięcy ludzi. Jednostek, podobnie jak cząsteczek fizyki atomowej, nie sposób zliczyć, ustalić ich położenia ani przewidzieć zachowania. A jednak jako masa olbrzymia ta rzesza zachowywała się dokładnie tak, jak to zakładali organizatorzy strajku: zebrała się, maszerowała w porządku, śpiewała, wypełniła plac Kapitoliński oraz przyległe doń ulice i w blasku południa stała nieprzebranym mrowiem, wzburzona, a jednak cierpliwa, słuchając mówców, których pojedyncze głosy, nierównomiernie wzmocnione, odbijały się klaszczącym echem od rozsłonecznionych fasad Senatu i Dyrektoriatu, dźwięcząc nad nie milknącym, miękkim, rozległym szmerem tłumu.
Na tym placu zebrało się więcej ludzi, niż ich mieszka w całym Abbenay — stwierdził Szevek, usiłując jedynie objąć miarą to, co widział. Stał z Maeddą i jego towarzyszami na stopniach Dyrektoriatu, pod kolumnami, przed wysokimi drzwiami z brązu, patrzył na rozedrgane, pełne powagi łany twarzy i razem ze wszystkimi słuchał mówców; słuchał ich jednak i rozumiał nie tak, jak postrzega i rozumie racjonalny umysł, ale raczej tak, jak człowiek przygląda się i przysłuchuje własnym myślom, lub tak jak się postrzega i rozumie własną jaźń. Kiedy sam zaczął przemawiać, mówienie niewiele się różniło od słuchania. Nie powodowała nim jego własna wola, utracił poczucie samego siebie. Rozpraszało go tylko nieco — sprawiając, że chwilami wahał się i mówił bardzo powoli — zwielokrotnione echo jego głosu z dalekich głośników, odbite od kamiennych frontonów masywnych gmachów. Ale nie potrzebował dobierać słów. Wyrażał myśli zgromadzonych rzesz, ich byt w ich języku, choć nie stwierdzał niczego ponad to, co wyraził już dawno temu, a co wypływało z jego samotności, z samego jądra jego istoty.
— Tym, co nas jednoczy, jest cierpienie. Nie miłość. Miłość nie słucha rozumu, przymuszana zmienia się w nienawiść. Więź, która nas łączy, nie pochodzi z wyboru. Jesteśmy braćmi. Jesteśmy braćmi w tym, co dzielimy — w bólu, który każdy cierpi w samotności, w głodzie, w biedzie, w nadziei doświadczamy naszego braterstwa. Znamy to wszystko, bo byliśmy zmuszeni się tego nauczyć.
Wiemy, że nie pomoże nam nikt, jeśli nie pomożemy sobie sami, nie wyciągnie się do nas żadna pomocna dłoń, jeśli my sami jej nie wyciągniemy. Ta zaś dłoń, którą wy wyciągacie, jest pusta, podobnie jak moja. Nie macie nic. Nie posiadacie nic. Nie posiadacie niczego na własność. Jesteście wolni. Macie jedynie samych siebie oraz to, co dajecie innym.
Jestem tu, bo dostrzegacie we mnie obietnicę, obietnicę, którą złożyliśmy dwieście lat temu w tym mieście — obietnicę spełnioną.
Myśmy jej dotrzymali na Anarres. Nie mamy nic prócz naszej wolności. Nie mamy wam nic do ofiarowania — prócz waszej wolności. Nie mamy praw — poza zasadą świadczenia sobie wzajem pomocy. Nie mamy rządu — prócz zasady wolnych stowarzyszeń. Nie ma u nas państw, narodów, prezydentów, premierów, naczelników, generałów, kierowników, bankierów, ziemian, płac, dobroczynności, policji, żołnierzy i wojen. Tego, co mamy, też nie jest za wiele.
Dzielimy się, nie jesteśmy posiadaczami. Nie powodzi nam się zbyt dobrze. Żaden z nas nie jest bogaty. Żaden nie jest potężny.
Jeśli to Anarres jest celem waszych pragnień, przyszłością, ku której zmierzacie, mówię wam: przyjść do niej musicie z pustymi rękami. Przyjść do niej musicie samotni i nadzy, tak jak dziecko przychodzi na świat, tak jak ono wkroczyć we własne jutro bez żadnej przeszłości, żadnej własności, zdani całkowicie na innych.
Nie możecie brać tego, czegoście nie dali, ale dać musicie siebie.
Rewolucji nie można kupić. Rewolucji nie można wywołać. Rewolucją można się tylko stać. Jest w waszych duszach — albo nie ma jej wcale.
Ostatnie słowa jego wystąpienia zagłuszył terkotliwy łoskot nadlatujących helikopterów policyjnych.
Cofnął się od mikrofonów i — mrużąc oślepione słońcem oczy — spojrzał w niebo. Ponieważ to samo uczyniło jednocześnie wielu z tłumu, ruch ich głów i dłoni upodobnił zgromadzenie do przeczesanego powiewem wiatru, skąpanego w słońcu łanu zboża.
Warkot wirujących łopat w olbrzymim kamiennym pudle placu Kapitolińskiego był nie do zniesienia; hurkot i wizg tych machin przywodził na myśl głos jakiegoś potwornego robota. Zagłuszyło to terkot strzelających z helikopterów karabinów maszynowych.
Nawet gdy z tłumu wzbił się wielki krzyk, przebił się przezeń ten hurkot — tępe ujadanie oręża, puste słowo.
Ogień z helikopterów skoncetrował się na osobach skupionych na stopniach Dyrektoriatu i w ich sąsiedztwie. Wsparty na kolumnach portyk gmachu posłużył za pierwsze schronienie tym, którzy stali na schodach, i napełnił się w jednej chwili zbitym tłumem.
Zerwał się jak ryk porywistego wiatru krzyk ludzkich rzesz, wtłaczających się w panice w wyloty ośmiu wybiegających z placu ulic. Helikoptery krążyły nisko nad głowami tłumu, nie sposób było jednak stwierdzić, czy przerwały ogień czy nie, zabici i ranni zakleszczeni w ścisku nie padali bowiem na ziemię.