Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
— Szukam pomocy.
— Kto pana do mnie przysłał?
— Pierwszy człowiek, którego spytałem. Nie wiem, kim jesteś.
Zapytałem go, do kogo mógłbym się zwrócić, powiedział, żebym przyszedł do ciebie.
— Czy ktoś jeszcze wie, że pan tu jest?
— Oni jeszcze nie wiedzą, że uciekłem. Dowiedzą się jutro.
— Sprowadź Remeiviego — polecił Maedda dziewczynie. — Niech pan siada, panie Szevek. Proszę mi opowiedzieć, o co chodzi.
5zevek usiadł na zydlu, nie rozpinając jednak płaszcza. Trząsł się ze zmęczenia.
— Uciekłem — powiedział. — Z uniwersytetu, z więzienia. Nie wiem, dokąd pójść. Może tu wszystko jest więzieniem. Przyszedłem tutaj, bo tamci mówili coś o warstwach niższych, o klasie pracującej, i pomyślałem sobie, że to mi przypomina mój naród. Ludzi, którzy sobie wzajemnie pomagają.
— Jakiej pomocy pan szuka?
Szevek spróbował wziąć się w garść. Rozejrzał się po ciasnym, zagraconym kantorze i zatrzymał wzrok na Maeddzie.
— Mam coś, na czym im zależy — powiedział. — Ideę. Teorię naukową. Przybyłem tu z Anarres, gdyż sądziłem, że tutaj będę mógł nad nią pracować i ogłosić ją. Nie zdawałem sobie sprawy, że u was idee są własnością państwa. Ja nie pracuję dla państwa. Nie mogę przyjmować pieniędzy i rzeczy, które mi dają. Chcę się stamtąd wyrwać. A nie mogę wrócić do domu. Przyszedłem więc tutaj.
Ty nie potrzebujesz mojej wiedzy i może również nie lubisz swego rządu.
Maedda uśmiechnął się.
— Nie. Nie lubię. Ale i nasz rząd zbytnio za mną nie przepada.
Pod nie najbezpieczniejszy zgłosił się pan adres, tak dla pana, jak i dla nas… Ale proszę się nie obawiać. Jakoś to będzie; zastanowimy się, co zrobić.
Szevek wyjął kartkę, którą znalazł w kieszeni palta, i podał ją Maeddzie.
— To mnie sprowadziło. Czy to od kogoś, kogo znasz?
— ”Przyłącz się do nas, swych braci…” Nie wiem. Możliwe.
— Czy jesteście odonianami?
— Częściowo. Syndykalistami, liberałami. Współpracujemy z Thuwiańczykami, z Socjalistycznym Związkiem Robotniczym, choć jesteśmy przeciwnikami centralizmu. Widzi pan, zjawia się pan u nas w dosyć gorącym momencie.
— Wojna?
Maedda skinął głową.
— Na trzeci dzień od dzisiaj zapowiedziano demonstrację. Przeciwko poborowi, podatkom wojennym, wzrostowi cen żywności.
W Nio Esseii jest czterysta tysięcy bezrobotnych, a oni podnoszą podatki i ceny. — Przez cały czas rozmowy nie spuszczał z Szeveka oczu; teraz, jakby badanie zostało zakończone, odwrócił wzrok — i odchylił się na oparcie krzesła. — Miasto gotowe jest już prawie na wszystko. To, czego nam trzeba, to strajk, strajk powszechny i masowe demonstracje. Jak kierowany przez Odo Strajk Dziewiątego Miesiąca — dodał z cierpkim, wymuszonym uśmiechem. — Przydałaby się nam teraz nowa Odo. Tylko że oni nie mają już Księżyca, aby nas przekupić. Zaprowadzimy sprawiedliwość tu albo nigdzie… — Popatrzył na Szeveka, po czym dodał łagodniejszym już głosem: — Czy pan zdaje sobie sprawę, czym było dla nas wasze społeczeństwo przez ostatnie sto pięćdziesiąt lat? Czy pan wie, w jakich słowach życzą tu sobie ludzie szczęścia? „Obyś się po raz drugi urodził na Anarres!” Wiedzieć, że ono istnieje — że istnieje społeczeństwo bez rządu, policji, ekonomicznego wyzysku i że nie będą już nam mogli wmawiać, że to tylko miraż, marzenie idealistów! Ciekaw jestem, czy pan zdaje sobie dobrze sprawę, dlaczego oni tak skrzętnie ukrywali pana w Ieu Eun, doktorze Szevek? Dlaczego nie pozwolili się panu nigdy zjawić na publicznym zgromadzeniu? Dlaczego rzucą się za panem w pościg jak psy za królikiem, ledwie odkryją pana zniknięcie? Nie dlatego, że mają chrapkę na tę pańską ideę. Przede wszystkim dlatego, że pan sam jest ideą. Ideą groźną. Wcieloną ideą anarchizmu. Chodzącą między nami.
— Masz więc swoją Odo — stwierdziła cichym, natrętnym głosem dziewczyna; wróciła w trakcie monologu Maeddy. — Ostatecznie, Odo to tylko idea. A doktor Szevek — namacalny dowód.
Maedda milczał chwilę.
— Dowód nie do przedstawienia — orzekł.
— Czemuż to?
— Jeśli o tym, że on tu jest, dowiedzą się ludzie, dowie się i policja.
— Niech więc przyjdą i spróbują go zabrać — powiedziała dziewczyna i uśmiechnęła się.
— Demonstracja ma zostać przeprowadzona bez uciekania się do przemocy — z gwałtowną porywczością w głosie przypomniał Maedda. — Zgodził się na to nawet SZR!
— Ale ja się na to nie zgodziłam. Nie pozwolę, żeby czarne płaszcze zmasakrowały mi twarz albo rozwaliły głowę. Jeśli mnie zaatakują, będę się broniła.
— Przyłącz się do nich, skoro pochwalasz ich metody. Sprawiedliwości nie osiąga się siłą!
— A władzy nie osiąga się biernością.
— My nie chcemy władzy. My chcemy skończyć z władzą! Co pan na to? — zwrócił się Maedda do Szeveka. — „Środki są celem” — Odo głosiła to przez całe swoje życie. Pokój osiąga się tylko pokojowymi środkami, sprawiedliwości dochodzi się tylko sprawiedliwymi czynami! Nie możemy się w przededniu akcji różnić w tym punkcie!
Szevek przeniósł wzrok z niego na dziewczynę, a potem na właściciela lombardu, który stał w drzwiach i w napięciu przysłuchiwał się rozmowie. Po czym odezwał się zmęczonym, przyciszonym głosem:
— Jeśli mogę się wam na coś przydać, wykorzystajcie mnie.
Może mógłbym ogłosić oświadczenie na ten temat w jednej z waszych gazet. Nie przybyłem na Urras po to, żeby się ukrywać. Jeśli wszyscy dowiedzą się, że tu jestem, może rząd nie ośmieli się zaaresztować mnie publicznie? Nie wiem.
— Słusznie! — zawołał Maedda. — Oczywiście. — W jego czarnych oczach płonęło podniecenie. — Gdzież, u licha, podziewa się ten Remeivi? Siro, leć do jego siostry, powiedz jej, żeby go odszukała i przysłała tutaj. Niech pan napisze, po co pan tutaj przyjechał — zwrócił się do Szeveka — niech pan napisze o Anarres, niech pan napisze, dlaczego nie zaprzeda się pan rządowi, niech pan napisze, co pan chce — my to wydrukujemy. Siro! Zawołaj też Meisthe.
Ukryjemy pana, ale, na Boga, dopilnujemy, żeby wszyscy w A-Io dowiedzieli się, że pan jest tutaj, że pan jest z nami! — Słowa potokiem wypływały mu z ust, wymachiwał rękami, chodząc nerwowo w tę i z powrotem po izbie. — A potem, po demonstracji, po strajku, zobaczymy. Może wszystko się do tego czasu zmieni! Może nie będzie się pan już musiał ukrywać!
— Może otworzą się drzwi wszystkich więzień — dopowiedział Szevek. — Dobrze, dajcie mi kawałek papieru, będę pisał.
Podeszła do niego Siro. Zatrzymała się z uśmiechem, jak gdyby mu się kłaniała, z lekka spłoszona, uroczysta, i pocałowała go w policzek; po czym wyszła. Dotkniecie jej warg było chłodne, długo je czuł na policzku.
Jeden dzień przesiedział na strychu jakiejś kamieniczki przy zaułku Dowcip, dwie noce i dzień spędził w piwnicy pod sklepem z używanymi meblami — w dziwnym, mrocznym pomieszczeniu zagraconym ramami luster i połamanymi łóżkami. Pisał. Po kilku godzinach przyniesiono mu to, co napisał, już wydrukowane: najpierw w gazecie Współczesność, potem — kiedy Współczesność zamknięto, a jej redaktorów aresztowano — na ulotkach odbijanych na podziemnej prasie, razem z planami i wezwaniami do demonstracji i strajku powszechnego. Nie czytał tego, co napisał. Jednym uchem słuchał Maeddy i jego towarzyszy, opisujących entuzjazm, z jakim przyjęto jego słowa, rosnące poparcie dla planów strajku, przewidujących wrażenie, jakie jego obecność na manifestacji uczyni w świecie. Gdy zostawał sam, wyjmował czasem z kieszeni koszuli swój mały notes i wpatrywał się w zaszyfrowane zapiski i równania ogólnej teorii czasu. Wpatrywał się w nie i nie potrafił ich odczytać. Nie rozumiał ich. Odkładał notes, siedział i ściskał rękami głowę.