Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 87
Перейти на страницу:

— Zamordował pan Śnieżnego Stocka, prawda?

— Właściwy termin to „egzekucja”. Mogę panu pokazać zeznanie, które wcześniej podpisał.

— Z własnej i nieprzymuszonej woli?

— Mniej więcej.

— To znaczy?

— Powiedzmy, że omówiłem z nim alternatywy złożenia podpisu. Uprzejmie zostawiłem panu notes. W końcu zależało mi, by podtrzymać wasze zainteresowanie. I niech pan tak nie patrzy, sir Samuelu. Potrzebuję pana.

— Skąd może pan wiedzieć, jak patrzę?

— Mogę się domyślić. Zresztą Gildia Skrytobójców i tak miała na niego kontrakt. A szczęśliwym przypadkiem jestem członkiem tej gildii.

— Pan?! — Vimes chciał, by w tym słowie zabrzmiała ironia, ale zaraz się zastanowił: a właściwie dlaczego nie? Dzieciaki jeżdżą tysiące mil, żeby tylko uczyć się w szkole Gildii Skrytobójców…

— O tak. Najlepsze lata mojego życia, jak to mówią. Byłem w Domu Żmii. Górą szkoła! Górą szkoła! Górą nasza szkoła! — Westchnął jak książę i splunął jak poganiacz wielbłądów. — Kiedy zamykam oczy, przypominam sobie smak budyniu, który nam podawali w poniedziałki. Bogowie, jakże żywe są wspomnienia… Pamiętam każdą wilgotną uliczkę. Czy pan Dibbler wciąż sprzedaje te swoje przerażające kiełbaski w bułce przy ulicy Kopalni Melasy?

— Tak.

— Wciąż ten sam stary Dibbler, co?

— Wciąż te same kiełbaski.

— Kto raz ich skosztował, nigdy nie zapomni.

— To prawda.

— Nie, proszę nie poruszać się zbyt gwałtownie, sir Samuelu. W przeciwnym razie obawiam się, że to ja panu będę gardło podrzynał. Pan mi nie ufa i ja nie ufam panu.

— Dlaczego pan mnie tu ściągnął?

— Ściągnął? Musiałem dokonać sabotażu na własnym statku, żeby pan mnie nie zgubił.

— Tak, ale… pan… wiedział, jak zareaguję. — Vimesowi zamarło serce. Przecież wszyscy wiedzieli, jak zareaguje…

— Tak. Może papierosa, sir Samuelu?

— Myślałem, że ssie pan goździki.

— W Ankh-Morpork, owszem. Gdziekolwiek trafisz, zachowuj się trochę cudzoziemsko, ponieważ wszyscy wiedzą, że cudzoziemcy są głupi. Poza tym te są całkiem niezłe.

— Świeżo z pustyni?

— Ha! Tak, wszyscy wiedzą również, że klatchiańskie papierosy są robione z wielbłądziego nawozu. — Zapłonęła zapałka, gdy Ahmed dla niego przypalał; Vimes przez chwilę widział haczykowaty nos. — To jedna z dziedzin, w której, co z żalem przyznaję, można znaleźć pewne argumenty na poparcie tych przesądów. Nie, te pochodzą aż z Sumtri. Wyspy, gdzie podobno kobiety nie mają dusz. Osobiście w to wątpię.

Vimes dostrzegł rękę trzymającą paczkę. Przez ułamek sekundy zastanawiał się, czy zdoła ją pochwycić i…

— Jak z pańskim szczęściem? — spytał Ahmed.

— Chyba się już wyczerpuje.

— Tak… należy znać zakres swego szczęścia. Powiedzieć panu, skąd wiedziałem, że jest pan dobrym człowiekiem, sir Samuelu?

W blasku księżyca Vimes dostrzegł, jak Ahmed wyjmuje cygarniczkę, wsuwa do niej papierosa i zapala niemal zachłannie.

— Niech pan mówi.

— Po zamachu na życie księcia podejrzewałem wszystkich. Ale pan podejrzewał tylko swoich rodaków. Nie potrafił się pan zmusić do myśli, że Klatchianie mogli to zrobić. Ponieważ to postawiłoby pana w jednym szeregu z sierżantem Colonem i całą resztą tej brygady pod wezwaniem „Klatchiańskie pety są robione z wielbłądziego gówna”.

— Czyim jest pan policjantem?

— Pobieram pensję, tak to określmy, jako wali księcia Cadrama.

— W takim razie ostatnio raczej nie jest z pana zadowolony. Miał pan przecież pilnować jego brata… — I ja też, myślał Vimes. Ale do demona z tym…

— Tak. I myśleliśmy w taki sam sposób, sir Samuelu. Pan uznał, że to pańscy rodacy, a ja — że moi. Różnica polega na tym, że ja miałem rację. Śmierć Khufuraha zaplanowano w Klatchu.

— Och, doprawdy? Tak właśnie miała myśleć straż…

— Nie, sir Samuelu. Ważne jest to, co ktoś chciał, żeby pan pomyślał…

— Naprawdę? I tutaj się pan pomylił. Cała ta zabawa ze szkłem i piaskiem na podłodze. Przejrzałem… to… od… razu… — Jego głos cichł z wolna.

Po chwili Ahmed odezwał się ze współczuciem:

— Tak, rzeczywiście.

— Niech to szlag!

— Och, w niektórych punktach miał pan rację. Ossiemu początkowo zapłacono w dolarach. Dopiero później ktoś się włamał, przypilnował, żeby prawie całe szkło wyrzucić na zewnątrz, i zamienił pieniądze. A także rozsypał piasek. Ja również uznałem, co muszę przyznać, że ten piasek to trochę za wiele. Nikt nie byłby aż taki głupi. Ale chcieli się upewnić, że będzie to wyglądało jak spartaczona robota.

— Kto to był? — zapytał z naciskiem Vimes.

— Drobny złodziejaszek, Hob-Hob Jojojo. Nie wiedział nawet, po co to robi. Tyle że ktoś chciał mu zapłacić. Muszę tu pochwalić pańskie miasto, komendancie. Za odpowiednią sumę zawsze znajdzie pan człowieka, który zrobi wszystko, czego pan chce.

— Ktoś musiał mu zapłacić…

— Człowiek spotkany w pubie.

Vimes ponuro skinął głową. Zadziwiające, jak wielu ludzi skłonnych było robić interesy z kimś spotkanym w pubie.

— W to mogę uwierzyć — przyznał.

— Widzi pan, jeśli sam niezłomny komendant Vimes, znany nawet niektórym politykom Klatchu jako człowiek absolutnie uczciwy i skrupulatny, choć może nie nazbyt inteligentny… jeśli nawet on twierdzi, że zamachu dokonali jego rodacy… No cóż, świat patrzy. Świat szybko się dowiaduje. Rozpocząć wojnę z powodu kawałka skały? Wie pan, takie rzeczy niepokoją inne kraje. Wszystkie mają jakieś skały przy brzegu. Ale rozpocząć wojnę, gdyż jakiś cudzoziemski pies zamordował człowieka wysłanego z misją pokojową… to, jak sądzę, świat łatwo zrozumie.

— Nie nazbyt inteligentny? — powtórzył Vimes.

— Niech pan się nie załamuje, komendancie. Ta sprawa z pożarem ambasady… to była czysta brawura.

— To była zgroza!

— Granica jest wąska. To jedyna rzecz, której nie przewidziałem.

W rozkołysanym, rozklekotanym stole bilardowym Vimesowego umysłu czarna kula wpadła do otworu.

— To znaczy, że pan się spodziewał pożaru?

— Budynek powinien być prawie pusty…

Vimes ruszył z miejsca. Ahmed został uniesiony w górę, uderzył plecami o kolumnę, a Vimes obie dłonie zacisnął mu na gardle.

— Ta kobieta była tam uwięziona!

— To… konieczność! — wycharczał Ahmed. — Musiałem… jakoś… odwrócić… uwagę! Jego… życie… było… zagrożone, musiałem go wydostać! Nie… wiedziałem o… kobiecie, póki nie… było za późno! Daję… słowo…

Przez czerwoną zasłonę wściekłości Vimes zdał sobie sprawę z lekkiego ukłucia w okolicach żołądka. Spojrzał w dół, na nóż, który magicznym sposobem pojawił się w dłoni przeciwnika.

— Niech pan słucha! — syknął Ahmed. — Książę Cadram rozkazał zamordować swojego brata… Czy jest lepszy sposób, by zademonstrować… perfidię zjadaczy kiełbasek? Zabicie wysłannika pokoju…

— Własnego brata? I ja mam w to uwierzyć?

— Rozkazy wysłano do… ambasady… szyfrowane…

— Do starego ambasadora? W to na pewno nie uwierzę!

Ahmed przez chwilę stał nieruchomo.

1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)