Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dzieci Boga [Children of God - pl]
Dzieci Boga [Children of God - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dzieci Boga [Children of God - pl]

Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:

Debiutancka powieść Mary Dorii Russell „Wróbel” zdobyła dla autorki powszechne uznanie. Oto kontynuacja owej jednej z najwspanialszych powieści fantastycznych ostatnich lat. Zaledwie ojciec Emilio Sanchez, jedyny członek pierwszej wyprawy, który powrócił na Ziemię, zdołał odzyskać zdrowie i równowagę psychiczną po straszliwych przejściach na planecie Rakhat, Towarzystwo Jezusowe prosi go (a właściwie zmusza), by zechciał wziąć udział w kolejnej misji. Sancheza dręczą wspomnienia i lęki, ale nie może uciec od swojej przeszłości. Rozpoczyna się druga batalia o rozum i duszę tak ciężko doświadczonego przez los kapłana.
1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 137
Перейти на страницу:

— Będzie ci przykro odejść, Fia? — zapytał Supaari, przysiadając obok niej.

Słyszała poszeptywanie ojców, gaworzenie i chichotanie dzieci.

— Byli dla nas tacy uprzejmi… tacy dobrzy — odpowiedziała, już za nimi tęskniąc. Fala wdzięczności zmyła z niej całe rozdrażnienie. — Gdyby tylko był jakiś sposób, aby odwdzięczyć się za ich dobroć…

— Tak — zgodził się Supaari. — Ale myślę, że najlepiej będzie odejść stąd jak najszybciej. To nas szukają patrole, Sofio. Teraz jesteśmy dla Runów tylko zagrożeniem.

Początek podróży nie różnił się od setek innych wypraw zbierackich, w których Sofia brała udział. Dziwne było tylko to, że specjalnie uplecione kosze, które niosła, nie były puste, kiedy opuszczali osadę. Prócz Djalao towarzyszyli jej Kanchay, Tinbar i Sichu-Lan, aby pomagać nieść dzieci i prowiant. Runowie cieszyli się na spotkanie w Kashanie z przyjaciółmi i krewnymi, których nie widzieli od lat. Przez pewien czas do Sofii prawie nie docierały ich rozmowy; poddała się rytmowi ich stóp, zadowolona, że Izaak maszeruje u jej boku. Jego drobne, smukłe, mocne ciało było tak piękne… Będzie wysoki jak jego ojciec, pomyślała z dumą.

Trzeciego dnia wzgórza zaczęły się obniżać i w końcu doszli do miejsca, gdzie zrobiło się jaśniej, a puszcza była wysuszona, bo rzadko docierały tu deszcze, zatrzymywane przez góry na zachodzie. Nad głowami wciąż mieli baldachim liści, ale drzewa rozrastały się szerzej, natomiast za krawędzią lasu prześwitywała już sawanna, ciągnąca się aż do Kashanu.

— Poczekamy tutaj — powiedziała Djalao, więc złożyli kosze na ziemi, nakarmili Izaaka i Ha’analę, a potem sami coś zjedli.

Kiedy światło zaczęło się zmieniać i zbliżał się drugi zachód, słońca, Izaak upomniał się o wieczorne śpiewy. Trzej Runowie oddalili się, zakrywając uszy i kołysząc się niespokojnie. Djalao została w pobliżu, słuchając beznamiętnie śpiewu Supaariego; uszy postawiła wysoko, jakby poddawała się próbie wytrzymałości. Kiedy pieśni się skończyły, pogrzebała w jednym z koszów i wyjęła garnek silnie pachnącej maści, którą Runowie zaczęli sobie wcierać w lędźwie, pod pachami, w ręce i nogi.

— Cuchnie jak benhunjaran — warknął Supaari, krzywiąc się ze wstrętu, kiedy Djalao wcierała tłustą maść w jego futro. Patrząc, jak Sofia zanurza swoją drobną rękę w garnku, wyjaśnił: — Nawet jeśli jana’atański patrol zwęszy zapach w porze czerwonego światła, następnego ranka ruszy pod wiatr, żeby jak najszybciej oddalić się od tego odoru. — Przyglądał się przez chwilę Runom z uszami wysuniętymi do przodu. — Ktoś jest ciekaw, jak długo ta sztuczka utrzyma ich z dala od nas?

Kanchay zachichotał gardłowo i spojrzał na Sofię. Odwzajemniła uśmiech, żałując, że nie ma ogona i powiedziała:

— Djanada są jak duchy. Można ich oszukać.

Supaari chrząknął, nie dając się sprowokować.

Czekali w milczeniu, słysząc tylko mruczenie Ha’anali i monotonny głos Izaaka, aż Supaari oznajmił, że nic nie widzi, co oznaczało, że wszyscy inni Jana’atowie też już oślepli. Wówczas ruszyli w drogę. Jana’ata zataczał się i potykał, wyraźnie zakłopotany, ale dzielnie pozwolił się prowadzić ku skrajowi puszczy, zbierając informacje o terenie węchem i słuchem.

Było to częścią ich planu: mieli wędrować, niewidzialni, w porze czerwonego światła, maskując swoje prawdziwe zapachy cuchnącą maścią Djalao. Zapomnieli o łunie najmniejszego słońca Rakhatu. Kiedy mała grupka wyszła spod swojskiego, zielononiebieskiego baldachimu puszczy, Izaak Mendes Quinn nie ujrzał otwartych niebios, ale walące się na niego sklepienie czerwonego piekła.

Runęły na niego lśniące festony napastliwych szkarłatnych obłoków — cały krajobraz, krwawoczerwony i purpurowy, dygotał, gotów go zmiażdżyć — panorama rozległej równiny była tuż-tuż, poza jego rękami — małymi, niewspółmiernymi tarczami, którymi się osłonił, by złagodzić uderzenie. Krzyknął raz, potem drugi, a potem już tylko krzyczał i krzyczał, kiedy las eksplodował skrzydłami, ochrypłymi wrzaskami i trzaskiem gałęzi łamanych przez uciekającą zwierzynę. Szponiaste ramiona próbujące pożreć go żywcem! Zewsząd głosy — wycie Ha’anali, przenikliwe zawodzenie Supaariego, wołającego raz po raz: „Co się stało? Co jest?” I wszystko w czerwieni — ziemia, powietrze — choć zacisnął powieki i osłonił je dłońmi.

To głos matki odnalazł go pod tym potwornym niebem. W otaczającym go chaosie usłyszał niskie, ziarniste tony Sz’my: tak łagodne, tak delikatne, nie natarczywe, ale logiczne i konsekwentne. Nie bezsensowny potok słów, ale uporządkowany, przewidywalny, uświęcony azyl muzyki: kroczące ku niemu bezpieczeństwo, droga ucieczki z dzikiego pustkowia.

Przez długi czas nie mógł na nią trafić, ale kiedy już opadł z sił, nieustanny krzyk zamienił się w długie łkania i jękliwe westchnienia. W końcu, klęcząc na wilgotnej ziemi, z głową wtuloną w ręce, zaczął się kołysać w rytm głosu matki i odnalazł wreszcie drogę do muzyki: do wybawienia.

A później zapadł w sen, nie wiedząc, że dorośli długo nie zasną, a ich plany legną w gruzach.

— Posłuchaj — powiedziała cicho Sofia, gdy Supaari obudził się o świcie. — Teraz zostawimy tu dzieci. Ty, Sichu-Lan i Tinbar możecie z nimi zostać. Kanchay, Djalao i ja pójdziemy do promu. Sprawdzę poziom paliwa, a potem przylecę tutaj po ciebie, dzieci i towary. Możemy wnieść Izaaka do środka, kiedy będzie spał. Jak się obudzi, będzie już na pokładzie „Magellana”. Zrozumiałeś?

— Pójdę z tobą.

— Och, Boże, Supaari, kłóciliśmy się o to przez całą noc. Postanowiliśmy…

— Idę z tobą.

Runowie już się kołysali. Sofia spojrzała na Djalao, która była wyraźnie zmęczona, ale równie jak ona zdecydowana, by pozostawić mężczyzn z dziećmi.

— Sipaj, Supaari. Jesteś dla nas zagrożeniem — powiedziała stanowczo Sofia. — Będziesz opóźniał marsz…

— Pójdziemy w pełnym świetle dnia. Zaoszczędzimy połowę czasu i nie będziemy musieli smarować się benhunjaranem…

— Sipaj, Supaari, czyś oszalał? — Odwróciła się do Djalao, milcząco błagając ją o pomoc. — Jeśli patrol nas zobaczy…

— Jest nagroda za mnie i za każdego cudzoziemca — przypomniał jej po angielsku. Zwrócił się do Djalao. — Ktoś myśli, że ci Runowie przekazują władzom wyjętych spod prawa.

— A kiedy taki patrol znajdzie nas-i-ciebie-także? Zaaresztują nas — odpowiedziała Djalao. Jej nabiegłe krwią oczy były spokojne.

— Wtedy my-i-ty-także zabijemy ich podczas snu.

— Supaari! — krzyknęła Sofia zduszonym głosem.

— Niech tak będzie — powiedziała Djalao, nie czekając na opinię innych. — Będziemy odpoczywać do drugiego wschodu słońca. Potem pójdziemy.

Równina była pusta i przez dwa dni wydawało się, że ich obawy i środki ostrożności były nieuzasadnione. Nie napotkali nikogo, ani wroga, ani przyjaciela, i Supaari powinien poczuć otuchę, ale jej nie czuł. Coś dziwnego dzieje się z niebem, pomyślał, składając kosz na ziemi i siadając, podczas gdy Runowie paśli się w milczeniu. Światło było w dziwny sposób przyćmione. Może to wulkan?

— Supaari!

Odwrócił się i zobaczył Sofię żującą korzeń betrinu. Wyglądała tak brązowo! Coś się stało z jej oczami, czy zmieniła barwę?

Nie ufając już własnym zmysłom, Supaari wskazał na niebo.

— Czy to wydaje ci się normalne? — zapytał.

1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)