Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
W dwunastym roku panowania Hlavina Kitheriego Dziedzictwo Inbrokaru było już największą polityczną potęgą w dziejach Rakhatu — bogatszą od Mała Njeru, równie zaludnioną jak Palkirn — a Hlavin Kitheri był niekwestionowanym władcą środkowego królestwa Potrójnego Przymierza. Miał już bliskich sprzymierzeńców w rodach Chirot i Vaadai w Mała Njerze. Teraz, kiedy już rozpoczął rewolucję, dla której wciąż nie znajdował nazwy, za rok czy dwa lata miał wreszcie poślubić swoją narzeczoną z Palkirnu, ustanawiając nową, prawowitą linię dziedzictwa.
— Kiedy po raz pierwszy zdaliście sobie sprawę z tego, co dzieje się na południu? — zapytał Daniel Żelazny Koń wiele lat po śmierci Kitheriego.
— Były pewne oznaki od samego początku — odpowiedziała Suukmel. — Nie minęła nawet jedna pora roku od sukcesji Hlavina, kiedy pod murami Inbrokaru pojawili się pierwsi uchodźcy. — Oszołomieni i przerażeni, jak wszyscy uchodźcy, opowiadali o pożarach, zdradach i o śmierci w środku nocy, o Runach ratujących życie tym niewielu Jana’atom, którzy zasłużyli sobie na ich wierność i miłość. — Mój pan Kitheri potrafił dostrzec ironię losu. Sam kiedyś powiedział: „W samym akcie poczęcia nowego świata zawarłem już jego zniszczenie”.
— Nie ma takiej osoby, której wizja rzeczywistości nie podlegałaby ograniczeniom — zauważył Danny. Milczeli przez pewien czas, przysłuchując się południowym śpiewom, przenoszącym się od jednego domostwa do drugiego. — Wydaje mi się, pani, że gdyby sprawy potoczyły się choć trochę inaczej… Może gdyby Supaari VaGyjur został pierwszym i najważniejszym zwolennikiem Kitheriego…
— Może — zgodziła się Suukmal po dłuższej chwili. — W końcu to, co najbardziej czyniło go godnym pogardy w starym reżimie, stawało się najbardziej pożądane i podziwiane za panowania mojego pana Kitheriego. — Znowu umilkła, nad czymś się zastanawiając. — Ten kupiec mógłby, na przykład, zostać idealnym kanclerzem. Mógłby też stanąć na czele Ministerstwa Spraw Runów…
Spojrzała ze smutkiem na Danny’ego, który dorównywał jej w wielu sprawach, nie tylko wzrostem.
— Być może — powiedziała beznamiętnym tonem — było to do uniknięcia, ale wtedy… Wtedy wydawało się, że nie ma innej drogi…
22. PROWINCJA POŁUDNIOWA, INBROKAR: 2047 czasu ziemskiego
Ktoś zgromadził towary, które wybrałaś. Są ukryte w pobliżu promu — poinformowała Sofię i Supaariego Djalao VaKashan, kiedy wreszcie pokazała się w Trucha Sai. — Wszędzie pełno patroli djanada.
— Rzeźnicy? — zapytał ostrożnie Supaari. — A może zespoły inspekcyjne spisujące ludność dla nowego Najdonioślejszego?
— Ktoś myśli, że ani jedni, ani drudzy — odpowiedziała Djalao, ignorując innych Runów, którzy tłoczyli się wokół niej, kołysząc się już lękliwie. — W Kirabai mówią, że to djanada z północy, z miasta Inbrokaru. Są z nimi obcy Runowie… ktoś sądzi, że z Mała Njeru. W Kirabai starsi musieli wezwać tłumaczy o bardzo starym rodowodzie, żeby ich zrozumieć.
Djalao nie okazywała przerażenia, ale widać było, że jest zatroskana. Wszystkie rady wiejskie rozprawiały, co to oznacza, co się zmienia.
— Patrole rozpytują o Supaariego — powiedziała spokojnie. — Pytają też o cudzoziemców.
Czy to bezpieczne ruszać teraz w drogę? — zapytała Sofia, czując ucisk w żołądku. — Może my-ale-nie-wy poczekamy, aż się uspokoi.
— Ktoś myśli: my-i-wy-też możemy podróżować, ale tylko w porze czerwonego światła. I chyba najlepiej wyruszyć natychmiast. — Djalao spojrzała na Supaariego i przeszła na k’san. — Panie, czy zezwolisz, by ktoś was poprowadził?
Nastało znaczące milczenie i Sofia zrobiła półobrót, aby spojrzeć na Supaariego. Stał, wyprostowany, wpatrując się w Djalao.
— Czy jestem panem — zapytał w końcu — który może zezwalać lub zakazywać? — A potem opuścił uszy i uniósł podbródek, patrząc teraz gdzieś w przestrzeń. — Przeprosiny. Ktoś będzie wdzięczny za przewodnictwo.
Runowie byli wyraźnie zakłopotani; rozległo się szuranie stopami. Sofia zrozumiała, ile to musiało kosztować Supaariego; Djalao upokorzyła go w sposób, w jaki nie zrobił tego żaden Runao. Subtelności już do niej nie docierały, podobnie jak szczegóły nie kończącej się dyskusji, która potem rozgorzała, a dotyczącej politycznych i geograficznych aspektów wyprawy do promu „Magellana”. Podczas sześciu miesięcy przygotowań do powrotu zrobiła wszystko, co mogła. Teraz nie było już wyboru, trzeba było zawierzyć, że Supaari i Djalao podejmą właściwe decyzje.
Zmęczona upałem i złudną nadzieją, że jest coraz bliżej Ziemi, Sofia oparła się o pal szałasu, podciągając do piersi jedno kolano, drugą nogę wystawiając poza platformę, i pozwoliła myślom błądzić. Przed szałasem ruńskie dzieci bawiły się z Ha’analą, która właśnie zaczynała chodzić i chwytać, nieświadoma różnic między nią a jej jedynymi towarzyszami. Izaak, którego ostatnio wolała wciąż mieć przy sobie, nieustannie wyrzucał z siebie monotonny strumień zdań ruńskich i angielskich, zawsze z bezbłędną wymową. Większość z tego była czystym naśladownictwem, ale od czasu do czasu zdobywał się na prawdziwą mowę, najczęściej po odśpiewaniu z nią Sz’my albo po wieczornym śpiewie z Supaarim. Zawsze chronili się w puszczy, z dala od ustawicznej paplaniny Runów, w których śpiew budził strach, bo był narzędziem panowania djanada. Może to czasowe milczenie pozwoliło Izaakowi wyjść poza powtarzanie cudzych zdań, myślała Sofia. Kiedyś powiedział jej: „Izaak cię słyszy”. A innym razem zauważył: „Ha’anala upadła”.
Miało to jednak swoją cenę. Aby mówić, Izaak musiał przebić jakiś wewnętrzny mur, a przez ów maleńki wyłom do jego świata wcisnął się chaos rzeczywistości. Cienie, które zachwycały go od niemowlęctwa, nagle jakby ożyły: stały się nieprzewidywalne i groźne. Kolor czerwony, który dotąd nie budził w nim żadnych wrażeń, teraz go przerażał, co okazywał przygnębiającym wszystkich wrzaskiem. Normalny hałas towarzyszący zabawom ruriskich dzieci czasami doprowadzał go do wybuchu, w którym krzyczał i obracał się w kółko jak szalony.
Poczuje się lepiej na pokładzie statku, myślała Sofia, ledwo słysząc jego monolog i podniecone głosy Runów. Z początku będzie mu trudno, ale szybko się przystosuje do codziennej rutyny. Bez żadnych niespodzianek — wszystko tak, jak będzie chciał. Nic czerwonego. Czerwone wskaźniki można czymś przykryć. I przez cały dzień będzie muzyka. Tylko to powinno wystarczyć, by poczuł się lepiej. A to warte jest ryzyka, jakie podejmują.
Uspokojona, opadła na poduszkę i pozwoliła, by ją uśpiły codzienne odgłosy wioski. Parę godzin później obudził ją dotyk Supaariego i spokój oznaczający osiągnięcie zgody, kiedy rozważono już wszystko, co trzeba było rozważyć, i kiedy w końcu podjęto decyzję.
— Jutro, o drugim wschodzie — powiedział jej Supaari, streszczając wynik wielogodzinnej dyskusji. — Będziemy jak najdłużej trzymać się lasu… to trochę dłuższa droga, ale bezpieczniejsza niż ta krótsza, przez sawannę. Przez otwarty teren będziemy wędrować nocą.
Sofia usiadła, rozglądając się po wiosce. Przygotowywano ostatni posiłek. Wszyscy sadowili się na platformach w oczekiwaniu na nadejście wieczoru.