Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Urwała, widząc jego wzrok.
— Nie znaliśmy innego sposobu życia — powiedziała i odetchnęła głęboko, jakby nagle ogarnęło ją zmęczenie. — Dani, zrozum! Nie tylko Runom samo urodzenie wyznaczało los. Wszyscy podlegaliśmy temu prawu! Kolejność narodzin, ranga rodu… to określało każdy szczegół życia… nawet jeśli się miało szczęście być potomkiem męskiego rodzaju! Od tego zależało wszystko… długość pazurów, drzwi, przez które można było przejść. Kogo można było poślubić, czym można się było zajmować. Liczbę kolczyków, które można było nosić, rodzaj perfum, które można było kupić! I… tak, skąd ma pochodzić mięso, jakim można się było żywić. Dani, Hlavin zamierzał to wszystko zmienić!
— Ale każda zmiana wymaga czasu — powiedział Danny. — Jeszcze jedno przysłowie.
Suukmel uniosła lekko ogon i pozwoliła mu opaść: jak sam mówisz.
— Myślę, że czasu wymaga nie tyle sama zmiana, ile opór, jaki napotyka.
Ale z pewnością Najdonioślejszy nie utrzymywał tych starszych Runów w nagrodę za ich usługi wyłącznie z dobroci serca — zauważył Danny, teraz, kiedy już ją lepiej poznał, pozwalając sobie na większą agresywność. — Ze skumulowanej wiedzy, napływającej od Runów z całego Inbrokaru, korzystała jego izba skarbowa, tajna policja, sam Kitheri.
— Tak! Oczywiście! Przecież nie zbuduje się muru z jednego kamienia. Sprawdzianem słuszności decyzji jest wielość jej uzasadnień. Jeśli służy więcej niż jednemu celowi, wzrasta prawdopodobieństwo, że jest słuszna…
Ku jej zaskoczeniu Danny zaczął coś mówić, ale nagle zamilkł i odwrócił się od niej. Zrozumiała, że uraziło go to, co przed chwilą powiedziała, więc postanowiła mu to lepiej wytłumaczyć.
— Dani, kiedy coś zmieniamy, jesteśmy jak bogowie: działamy, a z każdego naszego czynu wypływają całe kaskady konsekwencji; niektórych się spodziewamy i pragniemy, inne nas zaskakują i budzą wstręt. Ale nie jesteśmy jak wasz Bóg, który wie wszystko! Nie znamy przyszłości, potrafimy ją tylko przewidywać, a potem po skutkach oceniać, czy postąpiliśmy słusznie. — Siedział sztywno, odwrócony do niej plecami, oddychał dziwnie. Jeszcze nigdy nie zachowywał się w ten sposób. — Dani, czy cię obraziłam? — zapytała, zdumiona.
Odwrócił się do niej. Na jego twarzy malowało się przerażenie.
— O pani, ależ nie! — Wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze. — Jesteś narzędziem mojego sumienia. — Próbował się uśmiechnąć, ale nie wypadło to zbyt przekonująco, nawet dla Suukmel, która wciąż miała trudności z interpretacją wyrazu twarzy cudzoziemców. — Pani, ja też kiedyś wierzyłem, że wielość powodów sprzyja słuszności decyzji. W ten sposób próbuje się usprawiedliwić coś, co nie daje się usprawiedliwić. Dawno temu podjąłem pewną decyzję, bo udało mi się znaleźć wiele powodów, które ją usprawiedliwiały. Ta decyzja przy wiodła mnie tutaj, ale nie dowiem się, czy była słuszna, dopóki nie osądzi mnie mój Bóg.
Przyglądała mu się długo, żeby zrozumieć jego twarz w takich chwilach, zapamiętać zapach, nauczyć się tonu jego głosu. Potem odwróciła się ku dolinie N’Jarr, gdzie niskie kamienne mury lśniły jak złoto w ukośnym świetle poranka.
— Spójrz — powiedziała, zataczając ręką wdzięczny łuk, od zachodu do wschodu. — I słuchaj. — Śpiewały wszystkie dzieci: dzieci Runów i dzieci Jana’atów. — Jak możesz w to wątpić?
Nie odpowiedział, tylko spojrzał na nią swoimi małymi, czarnymi, szeroko otwartymi oczami. Tego dnia wracali do domu w milczeniu i nigdy już o tym nie rozmawiali.
— To, co mi opowiedziałaś, wyjaśnia osiągnięcie władzy politycznej — powiedział jej Danny któregoś dnia — ale nie wyjaśnia wszystkiego. Udało mu się pozyskać dla swych planów Jana’atów i Runów, ale przecież nie poszli za nim za jeden kwiat traja ‘anronu, za wisiorek czy rymowany trój wiersz. I myślę, że nie za bogactwo, władzę czy nawet prawo do rozrodu.
— Poszli za nim z miłości, z wierności — odpowiedziała pogodnie Suukmel. — W Hlavinie Kitherim zaczęli dostrzegać ucieleśnienie swojej własnej wielkości. Kochali go za to, czym stał się on i czym sami się stali. Zrobiliby dla niego wszystko.
— Więc kiedy Najdonioślejszy dał im do zrozumienia, że pragnie ich mocniej związać ze sobą, zapomnieli… albo raczej wybaczyli mu jego… — Urwał, nie chcąc jej obrazić.
— Jego skłonność do seksualnej… wymyślności, tak? — podpowiedziała, rozbawionajego delikatnością. — Tak. Chętnie oddawali swoje trzecie siostry i córki do jego haremu.
— Wiedząc, że dzieci z nich zrodzone nie zajmą określonego miejsca w hierarchii?
— Tak, wiedząc, że życie narodzonych w domu Kitheriego nie będzie zależało od kolejności urodzenia i nie będzie nim władała śmierć. A więc niech tak będzie, mówili. Niech przyszłość sama rzeźbi swój bieg, jak wezbrana rzeka. Nie zwątpili nawet wówczas, gdy Hlavin uchylił zakaz rozrodu wobec niektórych kupców-trzeciaków. Czy rozumiesz, jakie to było „rewolucyjne”? — zapytała, używając angielskiego słowa. — Zawsze byliśmy zaprzysiężonymi strażnikami własnego dziedzictwa. Uważaliśmy za sprawę honoru, by przekazać potomkowi dokładnie to, co sami otrzymaliśmy. Przekazać więcej było hańbą: sugerowało kradzież. Przekazać mniej było hańbą: sugerowało rozrzutność. A Hlavin pokazał nam wszystkim, że można coś stworzyć z niczego! Poezja, bogactwo, muzyka, idee, taniec: coś z niczego! Można było pomnożyć dziedzictwo, nie będąc złodziejem! Wszyscy zaczęli to dostrzegać i wszyscy się dziwili… nawet ja… czego się tak obawialiśmy przez te wszystkie lata?
Jak pradawny łowca rzucający mięso u stóp swojej żony, Hlavin Kitheri złożył wszystko, czego dokonał, u stóp pani Suukmel Chirot u Vaadai. To dla niej zdecydował się na ostatni krok, na otworzenie ostatnich drzwi, uwalniając Chaos i Mądrość.
Z całego Inbrokaru przybywały jego młode małżonki, zawoalowane, strzeżone i nieświadome. Dla dobra Suukmel, a może też przez pamięć żałosnego losu swojej siostry Jholai, Hlavin Kitheri sprowadził do swego seraju cuda i dziwy ziemi, mórz i powietrza, zapełnił swój pałac ruńskimi nauczycielami i mówiącymi księgami, jana’atańskimi politykami i uczonymi, bardami i inżynierami. Z początku jego dziewczęta były odgrodzone od mężczyzn drewnianymi parawanami, później tylko ciężkimi kotarami. Jeszcze później zaczęto uznawać za normalne i nie budzące sprzeciwu, że panie przysłuchiwały się debatom, najpierw dorzucając tylko swoje uwagi, z czasem biorąc w nich pełny udział, a oddzielała je od mężczyzn tylko symboliczna, muślinowa zasłona, przezroczysta i zwiewna — dalekie wspomnienie dawnych ograniczeń.
Te dziewczęta rodziły Kitheriemu dzieci. Pierwszym był syn, którego nazwał Rukuei; został wytrzebiony jako niemowlę i oddany Suukmel na wychowanie w ambasadzie Mała Njeru. Później rodziło się coraz więcej dzieci, ajednym z nich była córka, która nie wiedziała, że kobietom nie wolno śpiewać. Kiedy Hlavin Kitheri usłyszał ten wysoki, czysty głos, z zachwytu zamarło w nim serce.
Poza udziałem w wieczornych, rytualnych śpiewach sam Hlavin nie śpiewał już od lat. Teraz, z ulgą głębszą od tej, która towarzyszy zaspokojeniu jakiejkolwiek żądzy fizycznej, odnalazł na nowo poezję i muzykę. Sprowadził muzyków i chórzystów i pozwolił śpiewać kobietom i dzieciom, ufając, że rozmigotane piękno ich głosów uśmierzy sprzeciw społeczeństwa wobec tak rewolucyjnej zmiany. I znowu zaczął tworzyć kantaty, chorały i antyfony, tym razem dla swoich małżonek i dzieci.