Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Jakiej nikczemno ści?
— Jakiej? Niesprawiedliwości tego świata, oto z jakiego powodu!
— O… No to powinniśmy się wszyscy utopić.
— O to chodzi, że nie wszyscy! Zaraz panu przeczytam… tłumaczenie, rzecz jasna, nie najlepsze, ale nie będę pana męczył oryginałem… Dwa poematy, jeden nosi tytuł Wezwanie duszy, a drugi to strzał w dziesiątkę… Właśnie to, co nas teraz interesuje, interesowało i jego. Poemat ma tytuł Pytania do nieba. Proszę posłuchać: „Od najmłodszych lat chciałem być bezinteresowny i kroczyłem słuszną drogą. Najwyżej ceniłem cnotę, ale rozpustny świat był jej wrogi. Książę nie potrafił mnie wypróbować i prześladowały mnie niepowodzenia we wszystkim; oto dlaczego boleję teraz i płaczę…”
Prześladowały mnie niepowodzenia we wszystkim, pomyślał Malanów. Tak, to nasz człowiek. Dwadzieścia trzy wieki temu… Zwariować można. Jakby objawił się w tej chwili. Co prawda w naszych czasach nikt nie ma odwagi, prócz jakichś Anpiłowów-Żyrinowskich, mówić: od najmłodszych lat chciałem być bezinteresowny i kroczyłem słuszną drogą. Na zasadzie: sam siebie nie pochwalisz, będziesz trzy lata chodził jak opluty… Oto dlaczego nie mogę uznać religii, za bardzo ojcowie siebie chwalą. Póki mówią o wiecznym — czuje się oddech wieczności, ale gdy przechodzą do spraw ludzkich — wyłazi z nich wszystko, co ludzkie. My jesteśmy najznakomitsi, my możemy nawet grzeszyć, ponieważ naszą skruchę Pan usłyszy w pierwszej kolejności, i w ogóle: bez cerkwi i jej bezinteresownej pokornej nomenklatury wy, bydlaki, pyle obozowy… to znaczy, pardon, ziemski… z Bogiem się nie połączy…
— Poznaje pan symptomy? Ale żadnymi naukami, ani astrofizyką, ani orientalistyką Tsui Yuan się nie zajmował, zapewniam pana! Wyróżniono go z ogólnej masy wyłącznie według cechy etycznej i zgnieciono właśnie za to: za chęć czczenia cnoty i bycia bezinteresownym. Rozumie pan? Dlaczego? Dlaczego Wszechświatowi nie podobają się ludzie cnotliwi?
Głuchów gorączkował się, po starczemu pryskał śliną i czytał, czytał… Malanów uczciwie wsłuchiwał się, ale wkrótce od tych wszystkich San-weiów, Zhu-lunów, Si-he i Siang-pu zaczęło mu się kręcić w głowie. Golnął.
— „Z czego zrodziło się światło w mroku bez dna i brzegów? Jak dwa początki yin i yang stworzyły substancję? Dlaczego jest jasno w słońcu? Dlaczego bez słońca jest ciemno? Gdzie się ono skromnie chowa przy późnych gwiazdach, przed świtem? Dążył wielki Gung, ale nie zdołał wstrzymać strumieni! Dlaczego przeszkodzono mu jednak w powtórzeniu wielkiego doświadczenia? Przecież olbrzymi żółw i sowy wiedźmią grą niszczyli pracę Gunga! Za co władca uśmiercił bohatera?” Czuje pan podejście, Dmitriju? To jest nasze podejście! Freud mawiał: poeci zawsze wszystko wiedzieli! To prawda! Zainteresowanie budową Wszechświata jako takiego dzieli się na zainteresowanie jego budową fizyczną i zainteresowanie jego budową etyczną. Dla Tsui Yuana są to kategorie jednego rodzaju. Niesprawiedliwość zachodzącą w świecie ludzi już wtedy postawił w jednym szeregu z innymi, nie wyjaśnionymi na tym poziomie wiedzy zjawiskami przyrody. Ale my już dzisiaj wiemy, dlaczego w słońcu jest jasno i gdzie się ono chowa nocą! Może potrafimy również zrozumieć, dlaczego władca uśmiercił bohatera?
Zamilkł. Zmęczył się.
Strony otwartej książki trzepotały w jego ręku — ręce mu drżały.
— Milczy pan — powiedział Głuchów martwym głosem i odłożył książkę na stolik. — Cóż, ma pan prawo… Ale niedawno przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl. Więc wypowiem ją. — Zaczerpnął tchu. — Kraj — powiedział. — Nasz kraj. Nie ma pan takiego wrażenia, że ktoś go umyślnie nie puszcza do przodu? Krok w lewo, krok w prawo, przewroty w miejscu, byle nie do przodu…
— A co to znaczy: do przodu? — zapytał Malanów.
— Nie wiem… W tym rzecz, że tego na razie też nie wiem. Ale gdybyśmy wiedzieli, dlaczego nie puszczają, automatycznie pojawiłaby się odpowiedź, dokąd nie puszczają. Na razie mogę tylko powiedzieć: nie puszczają. To fakt. Fakt historyczny. Zawsze kiedy powstaje realna szansa… Albo zwariuje Iwan IV, albo przy sensownym Godunowie rok w rok nieurodzaj, albo wystrzelą z armaty humanistycznego i ekonomicznego Griszkę Otriepjewa, albo nagle Piotr Wielki wyskoczy ze swoim mussolinistycznym „Nic prócz państwa, nic poza państwem, nic bez państwa”, albo Wyzwoliciela rozpirzą bombą, albo bolszewicy zafundują krajowi, akurat zaczynającemu rozwijać ekonomikę na wzór europejski, wschodnio-feudalną tyranię… albo zupełnie niespodziewanie, wybrańcy całego narodu zaczynają wypełzać z każdej dziury z krzykami: dla mnie też! Dla mnie też kęs!” Nie przyszło to panu do głowy? Malanów milczał. Patrząc w bok, powoli powiedział:
— Przyszło mi to do głowy. Głuchów poderwał się.
— No i co?
— No i nic — uśmiechnął się Malanów. — Wie pan co, Władlen? Przyniosę może drugą puszkę, mam ją w kieszeni. Grzech marnować taką okazję. Jeśli już zaczęliśmy, nachlejmy się dzisiaj jak wieprze. Ma pan coś przeciwko temu?
Głuchów poklepał się po kieszeniach swetra, wymacał coś; wyjął, żeby sprawdzić. Jakieś lekarstwo. Walidol, nitrogliceryna… w sumie, jak dojrzał Malanów, coś nasercowego. Trzymając opakowanie w wyciągniętej ręce jak daleko widz, Głuchów dla pewności przeczytał nazwę i położył lekarstwo na stoliku obok swojego łokcia.
— Proszę przynieść — powiedział. — Nie mam nic prze…!
6
…ale nie jak wieprze. Pewne hamulce zadziałały. Przede wszystkim nie chciał martwić Irki.
Wylawszy resztki wódki do zlewu, żeby Głuchowa nie skusiło w nocy albo rano, przekonawszy się, że gospodarz zasypia na stojąco i starannie posłuchawszy, czy zamknął od wewnątrz drzwi, Malanów ruszył chwiejnie do domu. Na ciemnych, nieoświetlonych schodach, pląsających pod nogami jak batut, zwalił się i grzmotnął kością ogonową o stopień; z oczu bryznęły iskry.
Komunikacja ledwo działała, ale wbrew zwyczajowi tym razem się powiodło — wyciągnął z tego wniosek, że dzisiejsza bezładna rozmowa z Głuchowem nie została mu zaliczona do zbioru win. Milczał — był niewinny. Do diabła z tym wszystkim! Miał dość milczenia.
Dwie trzecie drogi do domu udało się przejechać w telepiącym się do zajezdni tramwaju. Ostatnią część przemierzył na piechotę. Drugą połowę tego odcinka już jako tako pamiętał; poprzednie fragmenty podróży zostawiły w pamięci tylko ból w stłuczonym tyłku i uczucie czyjegoś uważnego spojrzenia na tyle głowy. Jakkolwiek by Malanów kręcił się na siedzeniu — to znaczy, że było jakieś siedzenie, siedział w tym czymś, w czym jechał, a to znaczy, że jechał — obce spojrzenie punktowało tył jego głowy i kropka. Paranoja.
Deszcz ustał, a wiatr zawiewał coraz mocniej, coraz bardziej zły. Zrobiło się zimno. Pod nogami chlupotały i rozbryzgiwały się niewidzialne w ciemnościach kałuże. Na całej ulicy nie paliły się latarnie — nie wiadomo, czy to wiatr zerwał przewody, czy miasto oszczędzało energię elektryczną. Obywatele, przestrzegajcie zaciemnienia… Nie ma sprawy, będziemy przestrzegać, skoro światła nie ma. Nie ma świata lepszego od tego.
Wiatr jakoś porozdzierał chmury, w postrzępionych fruwających dziurach widniały ledwie żywe punkciki mrugających gwiazd. Tam, wśród tych gwiazd, rozbrzmiewał i trwał odgłos nowonarodzonego krzyku świata, wiał nie kończący się podmuch pozostawiony przez jego pierwsze westchnienie — promieniowanie szczątkowe. Odkryli je właśnie tu, w Pułkowie, ale spętam planami i socjalistycznymi zobowiązaniami z okazji czegoś tam, uznali je za odgłosy obrzydliwie nieusuwalnych zakłóceń, machnęli ręką, zabrali się do czegoś innego i dwadzieścia lat później Nobla za to odkrycie dostali Amerykanie Penzias i Wilson. A tam, pośród gwiazd, mieli to w nosie. Tam, wiek po wieku, milenium po milenium, kosmiczny wodór promieniował na fali o długości dwudziestu jeden centymetrów. Tam znajdowała się stała grawitacyjna. Tam znajdowała się stała Hubble’a. Stałe, jak tylko może być coś stałego w tym nie przez nas wymyślonym Wszechświecie. Zupełnie nie zależały od obliczanych w baksach stawek za arkusze i od państwowego finansowania instytucji budżetowych, od tego, gdzie zostanie otwarty dewizowy kanał, od tego, jak się ubierze na kolejne posiedzenie Maryczew, od tego, jak się odbiją na pulchności policzków Ziuganowa głosy staruszków i co jeszcze palnie Jelcyn, od tego, w jakiej tym razem wsi pokojowi czeczeńscy zabójcy wyprują flaki z chłopców-ciemięzców zupełnie już nie rozumiejących, dlaczego ich tu zarzynają… od tego, czy będzie mi jutro trzeszczała głowa i czy Irka wypali jutro paczkę, czy jednak mniej.