Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Przypomniał sobie, jak jesienią siedemdziesiątego ósmego roku dumny i pełen lęku pchał tą ulicą wózek z nowo narodzonym Bobka, a na ramieniu dyndał mu tranzystor, i zupełnie młodziutka Ałła Borysowna śpiewała czule: „Ten świat wymyśliliśmy nie my, ten świat wymyśliłam nie ja…”
Jak to powiedział Głuchów? Poeci zawsze wszystko wiedzieli.
„Z czego zrodziło się światło w mroku bez dna i brzegów?”
Miał ochotę uklęknąć przed tymi stałymi, przylgnąć do ich kolan i wyryczeć się. Nie kalać swego bólu słowami; słowa wszak służą nam teraz tylko do polityki, plotek i dowcipów. Na trzeźwo w każdym razie. A my jesteśmy twardzi, mężni, dumni. Nie stali, ale dumni. Im mniej stali, tym bardziej dumni… Po prostu ryczeć na głos.
I żeby po prostu te stałe, pogłaskawszy nas po głowie, powiedziały: „Jakoś to będzie. Będziecie z nami”.
Pod łukiem bramy jakby wierzgał uwięziony po szyję w trzęsawisku jakiś odyniec Y; ryczał, kłapał zębami, zgrzytał. Grzmocił kopytami. Wściekle jaskrawe światło reflektorów ukosem waliło na ulicę, wewnętrzna ściana łuku bramy jarzyła się martwym ogniem. To kolejny ciężki kraz, obciążony niewidoczną przyczepą, próbował, zająwszy całą szerokość przejścia, wykręcić na ulicę z podwórka i nijak mu się to nie udawało. Nie wystarczało miejsca. Jakim sposobem znalazł się na podwórku? Zapewne wzniosła go anielska dłoń. Czy diabelska? Ciężarówka cofała się, szamotała, ruszała do przodu, beznadziejnie i tępo ryczała, wystrzeliwując widoczne nawet w niepewnym, odbitym od ściany świetle własnych reflektorów gęste i ciężkie jak ciekłe błoto grudki czarnych dieslowskich spalin — ale przyczepa nie mieściła się w bramie. Malanów wycofał się, zatrzymał na ulicy nieopodal. Oparł się plecami o ścianę domu, żeby nie stracić równowagi — w pijanym łbie kołowało, szczególnie gdy go podniósł, a jeszcze bardziej, gdy odrzucił do góry, ale patrzył w niebo dziesięć minut, piętnaście, dwadzieścia — póki w końcu ciężarówka…
Rozdział 3
7
…z ciężką głową. Nie można otworzyć oczu. W ogóle nie chce się żyć. Po co odżywać. Druga strona tapczanu był pusta i zimna — czyli Irka wstała i to dawno. Jakiś czas Malanów wiercił się z boku na bok, usiłując znaleźć przytulną pozycję, żeby jeszcze podrzemać. Z doświadczenia wiedział, że jeśli obudzi się po jedenastej, to praktycznie w zwojach nie pozostaną żadne ślady wczorajszego zatrucia. A jeśli przed dziewiątą, to cały dzień zmarnowany. Co z tego — ani nie udało się zdrzemnąć, ani nawet nie chciało się leżeć. Wstawać się nie chce i leżeć się nie chce. Jak w całym naszym mętnym życiu: i żyć się nie chce, i umierać szkoda… Otworzył oczy.
Od razu zobaczył wiszącą na ścianie naprzeciwko wezgłowia taniutką i już nieźle spłowiała, ale mimo to przepiękną, delikatną jak klawesynowa sonata Madonnę. Malanów kupił tę reprodukcję dla Irki na ósmego marca za chyba pięć rubli, może nawet za trzy, w dziale reprodukcji sklepu na Sadowej Linii. Dawno temu. Zupełnie zgrzybiałem, pomyślał Malanów. To, co było dawno temu, pamiętam w najmniejszych szczegółach…
Jak podczas zimowych ferii piątego roku, zupełnie zwariowani, jeździliśmy na nartach w Jagodnym i strasznie się popisywaliśmy, demonstrując swoje mizerne sportowe umiejętności — czarowaliśmy się wzajemnie, chociaż całe otoczenie wiedziało już, że oczarowaliśmy się do oporu, taka biła z nas łuna… Były mrozy, a ja męczyłem się ze swoją kamerą Kwarc, ponieważ taśma na mrozie stawała się krucha i łamliwa, trzeba było na śniegu zdejmować rękawiczki, włazić zgrabiałymi paluchami do lodowatych trzewi, wyrywać połamane kawałki i ponownie wpychać taśmę do kasety wciągającej, a Walka mówił: „Jesteś podobny do szpiega, który, gadzina, czuje, że zaraz go pojmą, więc gorączkowo naświetla swoje materiały fotograficzne”. I Fil, i Walka ze Swietką chichotali, i myśmy z Irką chichotali… A następnego dnia znowu biegaliśmy rzędem po bajecznie oszklonym w słonecznym chłodzie niemym lesie, głośno chrobotały narty na śniegu, i widząc walające się na śniegu skrawki taśmy, Walka patetycznie oświadczał: „Tutaj miała miejsce beznadziejna walka amerykańskiego szpiega z syberyjskim pionierem Wasią!” — i znowu chichotaliśmy… Ale nie tak, jak dziś. A późnym wieczorem — właściwie wczesną nocą, kiedy wszyscy już rozpełzli się po pokojach — w korytarzu, przy oknie, pocałowaliśmy się z Irką po raz pierwszy i pamiętam, jak pachniały jej perfumy, pamiętam, jak chowała oczy i podstawiała wargi…
A Madonna była tu od siedemdziesiątego siódmego. Irka już była w ciąży, a ja czekałem na zatwierdzenie doktoratu. Rok wielkich zmian… Wydawało się, że wszystkie bariery zostały zmiecione, wszystkie bilety kupione i otwarta przed nami nasza droga, po której my, utalentowani, kochający, pracujący, będziemy pędzić jak na sankach z amerykańskich górek: wrzeszcząc z podniecenia i zachwytu. Naprawdę wrzeszczałem z podniecenia i zachwytu, kiedy przekazywałem bujnie rozkwitłej — nie tak jak teraz — Irce wszystkie gratulacje i pochwały, jakie spadły na mnie w trakcie obrony; a ona patrzyła urzeczona, oddana, zakochana. „Nadmierne fotony — pośredni dowód nierejestrowalnej przez współczesne środki obserwacji wymiernej ciągliwości Wszechświata”. Jak to było u Strugackich w Stażystach? „Nadchodzi cudowna chwila, otwierają się drzwi w ścianie i znowu jesteś Bogiem, Wszechświat masz na dłoni…”
Dwa lata później nasi wleźli do Afganistanu.
Żegnaj, szczęśliwy chłopcze.
Malanów zdecydowanie usiadł i opuścił nogi na podłogę. Pokój wyraźnie się zakołysał. Malanów zaparł się i spojrzał podłogę.
— Ach, kurna — mruknął na głos. Posiedział chwilę i znowu legł.
Otworzyły się drzwi i ostrożnie wsunęła się głowa Irki.
Przez kilka sekund Malanowowie patrzyli na siebie. Potem Irka zapytała głosem świeżo poślubionej panny z telewizyjnej reklamy:
— Może alkę seltzer?
Malanów jęknął i jak aktor Żarów, z cierpieniem w głosie, odpowiedział tekstem z Piotra I:
— Katia, soku z ogórków!
Irka weszła i przycupnęła na brzegu tapczanu.
— Pacjent jest bardziej żywy niż martwy — stwierdziła cytatem z Pinokia. — Po co ci to było?
— Co? — zapytał Malanów.
— Tyle chlać. — Och, Ir…
— Żadnych „och” i żadnych „Ir”. Ja rozumiem, można wypić kieliszek, dwa, żeby się rozgrzać, wyluzować, żeby rozmowa… Co ja jestem, wiedźma? Baba Jaga? Rozumiem to. Nawet sama tak mogę. Ale ty jesteś zielony! I świetnie wiedziałeś wczoraj, że rano będziesz zielony i do niczego.