Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światy braci Strugackich - Czas uczniów
Światy braci Strugackich - Czas uczniów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światy braci Strugackich - Czas uczniów

Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:

Antologia opowiadań rosyjskich
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 137
Перейти на страницу:

Malanów opuścił ręce i przez kilka sekund stał jak ogłuszony.

Wieczór — to Wieczerowski. „Wieczór” w liście — to podpis.

To jest list od Fila, tak to wygląda.

Tylko Wszechświat wie, jak znalazł się w skrzynce i co oznacza.

Powiało chłodem. Czyli otworzyły się drzwi do łazienki. Zgadza się — poprzez półprzezroczystą polietylenową zasłonę Malanów zobaczył niewyraźny kontur Irki.

— Jak ci tam? — zapytała Irka głośno, żeby Malanów usłyszał ją poprzez głośny szum wody.

— Znakomicie.

— Serce?

— Nie ma.

— Przestań, Dimka! Ja mówię poważnie. Nie puszczaj takiej gorącej wody, bo ci pikawa zacznie stukać z wysiłku.

— To wypróbowana metoda — odpowiedział Malanów. — Na koniec poleję się zimną.

— I wtedy właśnie szlag cię trafi. Arterie już nie te.

— Arterie dobre — powiedział Malanów — tylko ich zawartość nie ta.

Irka roześmiała się.

— Już z tobą lepiej, cholero. No to wyłaź, zaparzyłam kawę. Wystygnie ci. Bo patrzę na zegarek i myślę: Koniec, utopił się.

— Zaraz, Ireczko, wychodzę.

Znowu powiało krótkim, niemal niewyczuwalnym chłodem — drzwi otworzyły się i zamknęły.

Dlaczego tak dziwnie napisał? Jakiś szyfr, to pewne. Torfowe bagna… Co to ma być? Skąd…?

Zaraz, zaraz, spokojnie. Jeszcze jesteśmy trochę uczeni, nie do końca straciliśmy zdolność logicznego myślenia. Taki Sherlock Holmes rozgryzł tańczące ludziki — a my co, gorsi? Sher-lock nie wiedział, że Ziemia wiruje wokół Słońca — a my nawet pamiętamy jeszcze słowo „Galaktyka”. Zaraz toto rozłożymy według Hartwiga… Jak to tam było…

Okazało się, że bezsensowny tekst wrył mu się w pamięć, jakby od razu wyczuł jego wagę. Tak pewnie zresztą było — zadziałała intuicja. Jaka, do diabła, intuicja. Strach! Zwykły ludzki strach. Jeśli coś się stanie — to znaczy, że jest tuż obok, łaskocze cię po karku, ten nasz Wszechświatek: Nie ruszaj się, Malanów! Nie gadaj, Malanów! Nie podpalaj się, Malanów! Nie ruszaj się!

Dlaczego tekst jest taki dziwny?

Czyżby Fil chciał, żeby prócz mnie nikt go nie zrozumiał? Ale ja też nie rozumiem…

A on był pewien, że zrozumiem. No to się natężę i zrozumiem, jako jedyny Kogo się bał?

Nigdy nie bał się nikogo.

No to inaczej — przed kim się chował?

Przed Wszechświatem — za pomocą głupiutkich szyfrów na poziomie siódmej klasy podstawówki?

Nie o tym myślisz, Malanów. Najpierw odszyfruj, potem będziesz oceniał poziom.

Trzeba wyjść. Irka się denerwuje. Pomyślę podczas odkurzania. Nie sądzę, żeby pół godziny w tę czy we w tę odegrało jakąś…

8

…blisko bagien, myślał Malanów, kręcąc tarczą telefonu. Blisko bagien, blisko bagien, blisko bagien. Bagien mamy od czorta… Blisko torfowych bagien. Nie do befsztyków, lecz do maaaleńkich befsztyków…

— Daj spokój z tym telefonem — powiedziała Irka, odrywając wzrok od programu telewizyjnego, który starannie studiowała. — Albo jeszcze śpi, albo poleciał po dodatek… A jak nie odpowie, to co, polecisz do niego? I tak nie masz klucza.

— Nie odpowie, to będę czekać, a potem znowu zadzwonię — odpowiedział Malanów, wsłuchując się w długie sygnały. Blisko torfowych bagien… Po co? I skąd będę wiedział, co mam robić: analizy torfowe czy jakieś inne?

— Nie jest to twój najlepszy przyjaciel — rzekła Irka, ponownie zagłębiając się w wykaz wieczornych programów.

— Ale jednak przyjaciel — podkreślił Malanów. — Nawiasem mówiąc, opowiedział mi przypowieść o tym swoim Konfucjuszu. Konfucjusz odwiedził przyjaciela, któremu zmarła matka, przyszedł więc on z tymi ichnimi chińskimi pokłonami i zwrotami, aby przekazać swoje najgłębsze i najszczersze kondolencje. A ten jego koleś wesolutki skacze, rży jak hipopotam w ciąży. Pewnie coś chlapnął. Konfucjusz wykonał wszystkie należne pokłony i zwroty i oddalił się, a sąsiedzi pytają go potem: Jak mogłeś takiemu niewychowanemu, można powiedzieć amoralnemu człowiekowi bić przynależne pokłony? A Konfucjusz powiada: Do więzów przyjaźni nie można odnosić się lekkomyślnie.

Irka tylko kiwnęła głową. W słuchawce w końcu coś szczęknęło i rozległ się cierpiętniczy głos: — Tak?

— Władlen, to ja, Malanów. Postanowiłem się dowiedzieć, co słychać… Już pierwsza, pomyślałem, że chyba pana nie obudzę.

— Dopiliśmy drugą puszkę?

— Oczywiście — skłamał Malanów.

— Dobrze… Wydawało mi się, że nie dopiliśmy… Lezę po nią o piątej rano: pusto. I dobrze, bo bym…

— A teraz jak? — zapytał Malanów, wiedząc, że nie doczeka końca zdania.

— Jako tako. Tylko smętek na duszy.

— To normalne.

— Jasne. Pospacerowałem po wybrzeżu. Pogoda fatalna… ale wiaterek taki odświeżający. Chyba się naderwaliśmy wczoraj.

— Chyba.

— Też chciałem do pana dzwonić, Dmitrij, dowiedzieć się, jak pan wrócił…

— Dojechałem bez problemu. Nawinął się tramwaj.

— Zabłąkany tramwaj?

— Właśnie.

— Dmitrij, czy… — Głuchów niezręcznie, lękliwie zawahał się —… nie mówiłem wczoraj niczego… niepotrzebnego?

— Nie, skąd — z prostoduszną konsternacją odpowiedział Malanów. — Gadaliśmy o tym i owym, chińskie wiersze… Mnie się podobały. Tylko dużo imion, trudno się połapać.

— A bo to zupełnie inny typ kultury! — od razu ożywił się Głuchów. — Apelowanie do historycznego precedensu, za którym ciągnie się cały sznur trwałych skojarzeń i aluzji, do kulturowego bloku…..i zadudnił zmieszany:

— Tato, nie masz niepotrzebnej dychy?

— Masz ci los. — Malanów opuścił ręce. Wąż, który zamierzał wetknąć w odpowiedni otwór prehistorycznego odkurzacza Wicher, plasnął o podłogę. — A co się stało?

— Rozumiesz, taka sprawa… Wieczorem chciałem pójść do Wołodki…

— A tam trzeba płacić za wejście — kpiąco dodał Malanów, niemal nie kryjąc niechęci. Wołodka bardzo mu się nie podobał. Cały czas gadał o baksach-szmaksach. Sądząc po latorośli, tamta rodzinka cała była taka, drobni nowi panowie życia.

— Niech ci się wydaje, że trafiłeś. Zabawiamy się u niego komputerem. Ma czterechsetkę, system operacyjny w dechę. — Bobka szeroko rozłożył ręce i natychmiast napłynęło skojarzenie z niezapomnianym: „A u nas taki karaluch wylazł… ” — I takie gry chodzą… po prostu… odlot. Ale ten kmiot każe teraz sobie płacić. Za godzinę grzania do potworów: dyszka. Dekapitalizacja, powiada, amortyzacja…

Rzeczywiście, pomyślał Malanów. Nawet nie można się przyczepić. Wszystko zgodne z panującymi dzisiaj przekonaniami, wszystko uczciwe. Dekapitalizacja. Amortyzacja. Cholerny rynek.

— No to nie grzej — poradził Malanów. — Weź książkę, uwal się w fotel i nie będziesz musiał nigdzie się szwendać.

Bobka popatrzył mu w oczy i przyznał:

— Ale mam wielką ochotę.

— No — powiedział Malanów — na to nie ma za bardzo argumentów. Jeśli nie wolno, ale bardzo się chce, to można.

— Przecież i tak staram się robić to rzadko. Wiem, że z pieniąchami na styk…

1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)