Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Ale odpowiednio wykorzystana rytualna replika dostarczała obojgu nieporównywalnej z niczym przyjemności. Nawet trudno ją opisać. Uczucie było podobne do spokoju, zadomowienia, pewności co do jutrzejszego dnia. Na sercu robiło się lżej.
Na przykład jeśli ktoś wykonywał zaskakujący ruch, dobrze było, patrząc na szachownicę w zamyśleniu, zaśpiewać: „Oj, ktoś z góóórki do mnie schooodzi…” Jeśli ruch był dobry, jego autor mógł przyłączyć się od drugiej czy trzeciej linijki i wtedy razem kończyli: „Tracę przez nią rooozum…” I śmiali się obaj.
Natomiast gdy któryś wykonywał agresywny ruch, który miał zaostrzyć sytuację w nieprzewidywalny sposób — z reguły takie ruchy były obmyślane na tyle wcześniej, że przeciwnik miał czas zorientować się, jaki atak go czeka, i cierpiał męki: No, zaczynaj już — należało, chwyciwszy figurę i podniósłszy ją, powiedzieć głośno i zdecydowanie: „Jeśli napełniono kielichy, należy je opróżnić!” I głośno postawić figurę na nowym miejscu.
Po czym śmiali się.
Dobrze było również zacytować słowa Frau Zaurich z Siedemnastu mgnień wiosny: „Będę teraz grała obronę Caro-Cann, tylko proszę mi nie przeszkadzać”. To było naprawdę zabawne i takie domowe. Z reguły ta kwestia przypadała Malanowowi, ponieważ grał słabiej. Malutki Głuchów natychmiast wysuwał żuchwę, przybierając mądry i zdecydowany wyraz twarzy Stirlitza, i w zaufaniu oświadczał, cytując ten sam seriaclass="underline" „Ze wszystkich ludzi na świecie najbardziej kocham starców — tu czule głaskał się po łysinie — i dzieci” — i po tym słowie szerokim gestem obejmował siwiejącego Malanowa.
Z reguły było to śmieszne.
Malanów grał słabiej i nie lubił końcówek, jakkolwiek partie się kończyły. Jeśli wygrywał Głuchów, złościł się, że jest tak głupi i że znowu się skiepścił. Jeśli Głuchów przegrywał czasem zdarzało się i to — Malanowowi robiło się głupio. W jego duszy rodziło się niejasne poczucie jakiejś własnej nieuczciwości, jak gdyby niechcący kantował. Przecież powinien wygrać Głuchów! Przecież jest lepszy!
Malanowowi podobał się sam proces gry. Napięcie, niespieszne — nigdy nie grali godzinami — obcowanie; szachownica pozwalała zachować milczenie, gdy nie chciało się mówić albo nie było o czym, i jednocześnie nie przeszkadzała w rozmowie, jeśli nagle przeskakiwała jakaś iskra i w środku partii powstała ochota, aby coś opowiedzieć czy rozważyć. Ani krzty przesadnej ogłady, ani odrobiny wymuszonego taktu. Chcesz — pogwizduj sobie przez zęby, opowiadaj uświęcone przez czas dowcipy, za każdym z nich przylatują całe zastępy wspomnień i skojarzeń, popijaj herbatkę i nie próbuj wyszarpnąć z mózgu więcej, niż się tam znajduje…
Ale tym razem wszystko poszło inaczej. U Głuchowa było ciemno, jak zawsze. Świeciły się dwie lampy: górna i stojąca przy stoliku, ale kąty ginęły w cieniu; ginęły również w dalekim mrocznym przysuficiu stelaże z książkami i wszelakimi możliwymi wschodnimi bambetlami. Ale mimo mroku widać było, ile na nich osiadło kurzu; kolorowy papier latarenek stał się szary.
Pod wiszącą na wypłowiałych tapetach ksylograficzną odbitką napisu wykonanego przez znakomitego kaligrafa dynastii Sun albo Ming, nazywał się chyba Ma Dezhao, a może Su Dunpo — szczerze mówiąc, Malanów nie cierpiał tego całego wschodniego miauczenia i pukania i nigdy nie mógł niczego zapamiętać; te cztery duże żuczki znaczyły: „Sala sąsiadująca z cnotą”, ale nie miał pojęcia, jak to się wymawia — na gazetowym stoliku, wciśniętym między dwa zwrócone do siebie, wygniecione chyba jeszcze przed wojną skórzane fotele, zamiast znajdującej się tu zawsze szachownicy z figurami, stała tacka z miniaturowymi kanapeczkami, dwa duże kieliszki i nie naruszona butelka wódki.
Głuchów w ciągu tych pięciu tygodni, podczas których się nie widzieli, wyraźnie zmarniał. Ręce chował do kieszeni długiego, mocno wytartego na łokciach swetra z elegancko zawiązywanym na brzuchu pasem, ale kiedy wymieniali uściski dłoni, Malanów poczuł, że palce Głuchowa są lodowate. I chyba się trzęsą.
— Dobry wieczór, Dima — powiedział ochryple Głuchów. — Mam kuszący oryginalnością pomysł: proponuję, żebyśmy dzisiaj golnęli, tak ze skrzypieniem. Co? Jak panu się to podoba?
Malanów zupełnie odwykł od takich rzeczy. Niegdyś odrobina dobrego wina albo wódeczki nieźle wpływała na rozluźnienie fantazji i miłości. Człowiekowi robiło się gorąco, wesoło, jasno i kolorowo, nic nie przeszkadzało i nie gniotło, wydawało się, że najlepsze przed tobą. Dziś nie było po co się wyluzowywać. A picie dla zapomnienia było niebezpieczne — do jakiegoś momentu kontrolujesz siebie, a potem już za nic nie chce się pamiętać, na jakim świecie żyjesz, a wtedy można wypić morze.
— No, jeśli tylko kapkę — powiedział Malanów, uchylając się od wyraźnej odpowiedzi.
A Głuchów najwyraźniej już się nastawił.
— Pewnie, że tylko kapkę! — rzucił z podejrzaną gotowością i drżącymi — teraz widać to było wyraźnie — palcami zerwał z butelki kapsel.
— Coś się stało? — zapytał ostrożnie Malanów, zbliżając się do stolika.
— Z wszystkimi nami stało się jedno i to samo — odpowiedział niewyraźnie Głuchów; koncentrował się na nalewaniu. Proszę siadać, Dmitriju! Co pan tak jak obcy…
Malanów rozsiadł się na wielogłosowym, pagórkowatym siedzisku. Głuchów usiadł naprzeciwko. Fotel był wyraźnie dla niego za duży; Malanów zawsze wyobrażał sobie, jak to Głuchów, taki malutki jak teraz, ale różowy i niewinny niczym aniołek, cały w starannych i zadbanych białych lokach, w koszuli marynarskiej a la niewinnie zamordowany carewicz, siedzi z podkulonymi nóżkami w tym właśnie fotelu i bez opamiętania czyta w oryginale Opowieść o księciu Genji, a w sąsiednim pokoju tata, potrząsając gazetą, z pierwszej strony której ciężko zwisa złożony olbrzymią czcionką, uroczysty, długo oczekiwany tytuł „Wojna wypowiedziana!!!”, rozważa z mamą perspektywy natarcia Samojłowa we Wschodnich Prusach…
— Nie otrujemy się? — zapytał Malanów. Głuchów powąchał szyjkę.
— Diabli wiedzą… Chyba nie powinniśmy.
Golnęli po jednym; Głuchów naprawdę skrzypnął, potem sięgnął po kanapkę, wziął jedną i głośno powąchał kawałeczek wędliny. Gorąca gładka kula wolno przewędrowała po wnętrznościach Malanowa i zaległa w żołądku, przyjemnie grzejąc jak stojące w zenicie słońce. Dobrze, że zjadłem obiad w domu, pomyślał Malanów, nie uderzy tak.
— Może byśmy, żeby nie za często sięgać, mimo wszystko zagrali — powiedział Głuchów, odkładając obwąchaną, ale nie nadgryzioną kanapeczkę z powrotem.
— Ja nawet na trzeźwo kiepsko pamiętam, gdzie jaki koń chodzi — odpowiedział Malanów.
— No to wie pan co? Zagrajmy w kości.
— W kości?
— Nauczę pana. To proste. Czy jest pan hazardzistą?
— Nie wiem… Teraz już chyba nie.
— Nie szkodzi. Natomiast powinno to pana, jako nie stroniącego od matematyki uczonego, zainteresować. Gra prawdopodobieństw!