Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Na placu Nierobów, dawniej Zwiastowania, jeszcze dawniej Pracy, teraz pewnie znowu Zwiastowania, ale i tak Nierobów — kusząco jarzyły się kioski kolorowe od niezliczonych butelek; z daleka, na dodatek wieczorem i przez deszcz, wydawały się radosnymi gwiazdozbiorami szkiełek w kalejdoskopie.
— Oto idę po mogiłach, w których leżą przyjaciele. Czyż nie mogę spytać martwych, co to miłość? Czy to wiele? Oto z jamy czerep nagi wykrzykuje tajemnicę: „Świat to promyk twarzy druha, wszystko inne jest odbiciem!”
Przyszli.
— Weźmy w puszce. Powiadają, że w puszce bezpieczniejsza.
— Mnie jest wszystko jedno. W puszce to w puszce. Najważniejsze, żeby dużo.
— Jedną.
— Bez wygłupów, Dmitrij. Będziemy jeszcze raz biegali.
— Jedną.
— Dwie.
— Jedną.
— Dzisiejsza młodzież zupełnie pić nie umie! — powiedział Głuchów z żalem w stylu Atosa. — A przecież to był najlepszy z nich! — I dodał już po naszemu: — Dwie!
— Każdy wie, że ostatnia butelka jest zbędna, ale nikt nie wie, która okaże się ostatnia — powiedział Malanów.
— Do diabła z tobą. Jedna to jedna.
— Piętrowa? — O tę!
— Może Aurorę, niech pan patrzy na cenę.
— Nigdy nie myślałem, że pan jest taki drobiazgowy! Malanów pochylił się do okienka.
— Gospodarzu, puszkę…
Głuchów, trzymając w garści wyszarpnięte z kieszeni tysiąc-rublowe banknoty, pośpiesznie i z nieoczekiwaną mocą odepchnął słabym ramieniem Malanowa. Krzyknął do sprzedawcy:
— Dwie!
— Żebyś nie kopnął w kalendarz z wysiłku, ojciec! — ironicznie zatroskał się zbudowany jak komandos młodzian w kiosku.
— Spoko — odpowiedział Malanów, odbierając puszki i chowając je po kieszeniach.
Unikając samochodów, przebiegli plac. Płaszcze zwilgotniały, zrobiły się zimne i ciężkie… Na rogu Głuchów zatrzymał się.
— Trzeba było wziąć trzy. Malanów wziął go pod rękę.
— No to ja skoczę, jakby co — powiedział miękko. — Aleja płacę!
— Ale co się, Władlen, stało?
Głuchów szarpnął głową i podejrzliwie wpił się spojrzeniem w twarz Malanowa. Odczekał, ciężko i często dysząc. Podniósł palec pouczającym gestem.
— Jak to nauczał Konfucjusz… Czy nie Konfucjusz…? Zamyślił się. Potem nagle głośno i uroczyście zamiauczał z jakąś nieprawdopodobną, ale bardzo ważką intonacją, jedne samogłoski przeciągając, inne obcinając gwałtownie. Czuło się, że sprawia mu to przyjemność.
— Shi zhi ze yi-i yi wei shen! Shi luan ze yi-i shen wei yi!
Dwie przechodzące obok wytapetowane dziewczyny w klawych szmatach wystraszyły się i odskoczyły.
Głuchów znowu podniósł palec.
— Kiedy w świecie rządzi porządek… zhi znaczy „mądrze urządzić”, „uporządkować”, nawet „leczyć”… przestrzeganie moralnych zobowiązań…yi zazwyczaj przekłada się jako „obowiązek”, „sprawiedliwość” — w sumie to, co człowiek czyni pod wpływem moralnego imperatywu… przestrzeganie moralnych zobowiązań chroni jednostkę. Ale gdy w świecie panuje chaos, jednostka chroni przestrzegania moralnych zobowiązań!
Ciekawa myśl, pomyślał Malanów. Zimny prysznic na wietrze otrzeźwił go, chodnik przestał się kołysać. A myśl znakomita, niemal matematycznie wyrazista. Trzeba będzie to przemyśleć na trzeźwo. Żeby tylko zapamiętać…
— Rozumie pan, Dmitrij? Nie teczki papierowe, diabli z nimi, z tymi teczkami… Przestrzeganie moralnych zobowiązań! Na przekór chaosowi! Ponieważ to właśnie one sprzeciwiają się… chaosowi. Tylko one! Na przekór bólowi… lękowi… to najważniejsze, najważniejsze: lękowi! — Omal zupełnie nie straciwszy równowagi, runął na Malanowa; niezgrabnie chwycił kołnierz jego płaszcza, podniósł głowę i znowu tchnął mu w twarz gorącym oddechem: — A ja pękłem!
Okazało się, że nie zamknęli drzwi. Staromodny zamek Głuchowa nie zatrzaskiwał się, należało w nim obracać kluczem nie tylko przy wejściu, ale i przy wyj ściu. W ciągu tych dwudziestu minut, kiedy pofrunęli na tankowanie, bardziej gościnnego mieszkania nie było zapewne na całym wybrzeżu.
Rozwiesili mokre płaszcze na wieszakach wyjętych przez Głuchowa z szafy i rozsiedli się na swoich miejscach. Ale ochota do gry przepadła. Skądś z głębin napływało coś poważnego. Głuchów wsunął szczupły i mocny niczym ptasi szpon palec w pętelkę na wieczku puszki i szarpnął.
— Vorwarts — powiedział cicho, biorąc kieliszek.
— Avanti — niezbyt głośno odpowiedział Malanów.
Wypili. Głuchów jak zwykle powąchał, Malanów ugryzł kanapkę, starając się jakoś pilnować, pożuł i przełknął z trudem; resztę odłożył. Zakąska zupełnie nie szła. Wódka już nie grzała żołądka — od razu wybuchała w głowie mętną galaretą.
— O pańskim przyjacielu… Filipie… nic nie słychać? — nagle ostrożnie i zupełnie trzeźwo zapytał Głuchów.
I Malanów zrozumiał, że właśnie na tę rozmowę czekał całe lata. Właśnie możliwość tej rozmowy, tląca się od tamtej pory, związała ich, tak różnych, tak rozpaczliwie i bezsensownie sympatyzujących ze sobą; ani jeden, ani drugi nie miał z kim porozmawiać o najważniejszym.
— Przepadł jak kamień w wodę.
— A ten… jak mu tam… Zachar?
— Nie mam pojęcia. Znałem go tylko przez Walkę… A Walka dawno wyjechał, opowiadałem panu.
— Tak, pamiętam…
Milczeli chwilę. Głuchów obracał kieliszek w palcach, potem nalał sobie. Potem zreflektował się; niepewnie nalał Malanowowi.
— Wydaje mi się, Dmitrij, że czegoś wtedy nie domyśliliśmy do końca.
Malanów poczuł, że ktoś mu chlusnął na serce wrzątkiem.
— A nie boi się pan zaczynać o tym rozmowy, Władlen? Głuchów uśmiechnął się kącikami ust, nie przestając obracać teraz już pełnego kieliszka.
— Jestem sam — powiedział. Malanów milczał. — Osobiście mnie już niczym nie przytrzasną, a nie mam nikogo poza sobą. Ja, Dima, szybko pojąłem, że nie wytrzymam stałego lęku… stałego strachu o swoich najbliższych. Żona zmarła dawno temu, jeszcze zanim to wszystko… Dzieci dorosłe. Odgrywałem przed nimi takiego sobka-marazmatyka… Teraz omijają mnie na kilometr; daj Boże, jak widokówkę na urodziny przyślą… A ostatnia moja… pasja… — Nagle ucichł, zaczął drobnymi ruchami zbierać rozrzucone po stole kości i składać je do szkatułki. — Ostatnia… Ja… sprawiłem, żeby i ona odeszła. Nie wezmą mnie! — krzyknął i nawet uniósł się trochę w fotelu.
— Kto, jacy oni? — cicho zapytał Malanów.
Głuchów rzucił mu krótkie spojrzenie spod kosmatych starczych brwi i mruknął ponuro: — No, on…
— Co za on?
Głuchów nie wytrzymał. Podniósł kieliszek do ust i wypił zawartość jednym haustem.
— Dmitrij — powiedział ze ściśniętym gardłem. — Dmitrij, pan coś wie.
Wtedy Malanów również osuszył kieliszek jednym haustem. Czekał na tę chwilę tyle lat, a teraz milczał, nie potrafił wykrztusić słowa. Galareta w głowie zgęstniała. Ale żaluzje ochronne trwały nie naruszone; Malanów chciał i nie mógł. Nie mógł.
— Właśnie pan… — wolno powiedział Głuchów. — Już wtedy pomyślałem, że to powinien być właśnie pan… Malanów milczał.
— Przecież w naszej dziwnej kompanii pan jest unikatową postacią.
— Na pewno nie! — nie wytrzymał Malanów.
— Na pewno tak. Nie zastanawiał się pan nad tym? Pańskiemu przyjacielowi również nie przyszło to do głowy, bo musiałby skorygować swoją teorię. A wszystko jest takie proste i takie… niepokojące. Myślę, że… tylko niech się pan nie obraża, proszę… żeby zamienić oczywisty, ale… nie mający odniesienia do nauk ścisłych element, pański przyjaciel był zbyt nieludzki.