Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
— Ireczko, przestań… Coś niedobrze z Głuchowem, czy to firmę mu zamknęli, czy coś innego… Jest w dołku. No więc odgruzowaliśmy się! Ale kiedy człowiek tak się odgruzowuje z histerii, łatwo przekroczyć dawkę.
Irka zacisnęła wargi.
— Oczywiście, z Głuchowem — powiedziała sarkastycznie. — Głuchów ma dołek z histerią, a ty leżysz jak meduza.
— Właśnie, trzeba by do niego zadzwonić — powiedział zatroskany Malanów. — Czy żyje…
— Nas przeżyje.
— Może później zadzwonię. Może śpi? Która godzina, Ireczko?
— Nie jestem gadającym zegarkiem. — Irka podniosła się. — Wstań, weź i popatrz. Jeśli dasz radę. Jeśli nie możesz, to po co ci godzina.
Przy drzwiach zatrzymała się. Odwróciła.
— Jak domniemywam, nie jesteśmy dzisiaj w stanie pracować.
— Dlaczego nie… Do wieczoru jakoś dojdę do siebie.
— No to zobaczymy wieczorem. A na razie ogłaszam dzień gospodarczy. Przebieżka po straganach w celu zabezpieczenia tygodniowego zapasu żywności, pranie, sprzątanie mieszkania. Co wybiera twoje obolałe z powodu przeciwności bytu, żądające alkoholowego odprężenia serce?
— Szczerze mówiąc, serce wybiera kilka butelek piwa, a potem jeszcze kilka godzin snu — zażartował Malanów z bladym uśmiechem.
Irka wyciągnęła obie ręce i pokazała dwie figi. — W takim razie, szefowo, serce nie ma wyboru. Zarządzaj, a ja wszystko przyjmę i wykonam.
— Umowa stoi. Wstawaj, póki co, a ja się zastanowię, jak by tu najlepiej cię wykorzystać.
Za drugim podejściem akt porzucenia łoża się powiódł. Malanów wsunął stopy w kapcie i zgarbiony podreptał niespiesznie do łazienki. Drzemiący na półeczce pod wieszakiem, wśród rękawiczek i szali, Kalam niechętnie otworzył oko, ale nie poruszył się i nie wydał żadnego dźwięku. Z kuchni wysunął się Bobka, zatrzymał się z rękami w kieszeniach.
— No i jak, mocno wytrzepała? — zapytał cichym, łamiącym się basikiem.
Malanów machnął tylko ręką. Potem powiedział:
— Sprawiedliwie wytrzepała. Mnie samego aż mdli… Bobka zarechotał krótko, ze zrozumieniem.
— Nie dziw, że mdli. Zajeżdża od ciebie, ojciec.
— Wyobrażam sobie… No, nic, Bob. Wezmę prysznic, wyczyszczę zęby, wciągnę kawę i na pewno się reanimuję. Jeszcze zaświeci nam niebo diamentowe.
— Działaj. Bo jak patrzę na ciebie, serce mi krwawi. Malanów uśmiechnął się z wdzięcznością do syna i otworzył drzwi do łazienki.
— A! Jakiś dziwny list do ciebie przyszedł! — krzyknęła Irka z pokoju.
— Jaki list? — Malanów zatrzymał się w pół kroku, od razu ogarnął go chłód złych przeczuć.
Irka wyszła z pokoju z papierkiem w ręku. Chyba kartka ze szkolnego zeszytu.
— Gdzieś koło północy wyszłam ciebie poszukać…
— Jasny gwint, po co?
— Jak to? Mąż, mimo wszystko. A nuż by cię ta legendarna ciężarówka rozsmarowała. Nie przejmuj się, tylko na podwórko. Ani ciebie, ani ciężarówki oczywiście nie znalazłam.
Oczywiście pomyślał Malanów.
— A w drodze powrotnej patrzę: coś się bieli w dziurkach skrzynki. Jak się tam dostało… jakimś cudem. Jeszcze przed dziennikiem Bobka po „Wieczorne” poleciał i nic nie było.
Znam ja te cuda — znowu, jak kiedyś, pomyślał Malanów. Od razu zapomniał o bolącej głowie i o duszy.
— Bez koperty, po prostu złożona kartka. Na wierzchu zaadresowana: dla Malanowa.
— Daj!
— Przeczytaliśmy, przepraszamy… skoro była bez koperty. Nic nie zrozumieliśmy, jakaś bzdura. Albo ktoś zażartował, albo po takim samym odstresowywaniu pomylił skrzynki… lub budynki.
— Lub miasta — dodał Bobka.
Malanów rozwinął kartkę. Z zeszytu. W kratkę. Pokratkowane niebo.
— Ręce ci się trzęsą — powiedziała z odrazą Irka. — Hańba. Pijak podpłotowy.
Ręce dygotały, a duch drżał jak zajęczy ogon. Zaczęło się. Wzrok Malanowa przebiegał raz po raz kanciaste pismo, nierówne bezsensowne zdania: „Jeśli drogie są wam rozum i życie, trzymajcie się blisko torfowych bagien. Samo łomo. Nie współpracujemy z szóstym wydziałem! Odetnij ogon. Wieczór”.
Wolno jak żółw przełknął ślinę. Podniósł wzrok na żonę. Patrzyła na niego beztrosko i nieco ironicznie. Albo nieco pogardliwie.
— Chciałam to wyrzucić, ale się nie zdecydowałam — powiedziała. — Jakby nie patrzeć, zaadresowana do ciebie. Może jakieś tajemnice — uśmiechnęła się. — 1 w ogóle byłby to przejaw braku szacunku do głowy rodziny.
— Henry’emu Baskerville’owi żona Stapletona pisała o torfowych bagnach — nie wytrzymał Bobka. — Tylko tam było na odwrót: trzymajcie się z daleka!
— U burżujów wszystko jest na odwrót — rzucił Malanów, z całych sił starając się, żeby głos go nie zdradził. Kartka dygotała w jego palcach. Podał ją Irce. — Wyrzuć to do śmieci. Pewnie ktoś się wygłupia. Może to do znawcy torfowych bagien, Malanowa juniora. Widziałaś, jak od razu zaczął odszyfrowywać.
— Przerabialiśmy tę wersję — przybasował zdecydowanie Bobka. — Nic.
— No to nie wiem — powiedział Malanów.
Lekkim niedbałym ruchem Irka wzięła z jego drżących palców list i posłusznie ruszyła do kuchni, gdzie pod zlewozmywakiem stało wiadro na śmieci. Malanów patrzył na jej plecy i myślał: Rzeczywiście nie rozumie? Czy podobnie jak on mężnie udaje? Odwaga czy nieczułość? Czy pamięta, jak ten oto, już wyższy od ojca przystojniak, a wtedy trzyletni, kochany, ruchliwy pleciuga natężał się, siedząc na jego kolanach, i czerwieniejąc z wysiłku, bliski łez stękał: „Yyy! Yy!”, i nie mógł wykrztusić ani słowa? Na pewno pamięta, jeszcze jak pamięta, ale czy skojarzyła to z tym, co się działo potem i dzieje teraz? Czy dla niej ta historia naprawdę skończyła się wtedy, gdy Wieczerowski zniknął bez śladu ze swojego mieszkania — czy wyjechał do Pamiru, jak zamierzał, czy nie — i Bobka po trzydniowych nieznośnych mękach, po trzech dniach koszmarnego piekła od razu znowu zaczął gaworzyć? I — jak to kobiety dzielące życie na szufladki: to oddzielnie, to oddzielnie, a to tylko tutaj i nie wolno pomieszać — wepchnęła wszystko, co się wtedy stało, do szczelnego pudła, starannie je zapieczętowała i już za nic nie zajrzy tam ponownie?
Od odpowiedzi na te pytania zależało bardzo wiele. Zależało wszystko. Zależało, czy Irka rozumie, co się dzieje z Malanowem, czy po prostu machnęła nań ręką i cierpi dla Bobki. Zależało, czy żyją razem, czy obok siebie. Ale Malanów nigdy by się nie odważył zapytać o to wszystko. Bał się, że Irka najzwyczajniej w świecie nie zrozumie, o czym on mówi. A to będzie znaczyło, że obok siebie.
Jeśli razem — to wszystko miało sens, jeśli obok to… To lepiej postąpić jak Głuchów.
Objął syna za ramiona i cichutko, żeby Irka nie usłyszała, zapytał:
— Denerwowaliście się wczoraj?
— Jeszcze pytasz — równie cicho odpowiedział Bobka. I nieco skrępowany uczciwie dodał: — Tato, mógłbyś, proszę, póki się nie zreanimujesz, nie dyszeć na mnie?
Mimo spazmu w gardle Malanów roześmiał się i poszedł pod prysznic.
Dopiero pod gorącym strumieniem, kiedy zwinięte przez kac w malutki, ciasny, niezdrowo turlający się kłębek zwoje mózgowe zaczęły, pochrząkując z zadowoleniem, rozszerzać się, prostować i wypełniać całą objętość czaszki, Malanów znowu przypominał sobie i przejmował się cichym zniknięciem Fila. Choć w sumie o czym on mógł z nami, dezerterami, jeszcze rozmawiać? — uświadomił sobie nagle. A szczotka do zębów, wolno ślizgająca się po zębach, nagle przekręciła się w zdrewniałych palcach i boleśnie uderzyła w dziąsło.