Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Amalia, Maria i Anduvia o niczym nie mówiły, tylko o tych facetach, nawzajem się straszyły, zobaczysz, przyjdą, wyniuchają, gdzie mieszkamy, zobaczysz, zabiją cię, zobaczysz, że nas to i to, i zaraz w śmiech, aż Amalia drżała ze strachu i pobiegła do domu. Ale po nocach ciągle myślała o tym samym: może on już do niej nie wróci? W następną niedzielę pojechała na Mirones, do pani Rosario. Celeste uciekła z jednym takim i po trzech dniach wróciła sama, czegoś okropnie zła. Zbiłam ją do krwi, mówiła pani Rosario, a jeżeli będzie w ciąży, to ją zatłukę. Amalia siedziała u niej do wieczora i czuła się bardziej smutna niż kiedykolwiek w domu przy tej małej uliczce. Raziły ją cuchnące kałuże, chmary much, wychudłe psy, i sama się dziwiła, że kiedyś, po śmierci Trinidada i jej synka, chciała spędzić resztę życia w tym zaułku. W nocy obudziła się przed świtem: co ci zależy, głupia, jak nie wróci, to nie, tym lepiej dla ciebie. Ale cały czas płakała.
– Wobec tego, don Cayo, będę musiał się zwrócić do prezydenta – doktor Arbeláez włożył okulary; na sztywnych mankietach jego koszuli połyskiwały srebrne spinki. – Starałem się, aby moje stosunki z panem były jak najlepsze, nigdy nie. żądałem rozliczeń, pogodziłem się z tym, że Służba Bezpieczeństwa w wielu sprawach kompletnie mnie ignoruje. Ale proszę nie zapominać, że to ja jestem ministrem, a pan moim podwładnym.
Bermudez przytaknął z oczyma utkwionymi we własne trzewiki. Zakaszlał, przytknąwszy chusteczkę do ust. Uniósł głowę, jakby decydował się na coś, co w głębi duszy go zasmucało.
– Nie ma potrzeby, aby pan niepokoił prezydenta – powiedział niemal nieśmiało. – Pozwoliłem sobie osobiście wyjaśnić mu całą sprawę. To oczywiste. Gdybym nie był pewny poparcia ze strony prezydenta, nigdy bym się nie ośmielił odmawiać pańskiemu żądaniu.
Tamten wzruszył ramionami i patrzył na niego z nienawiścią, uważnie, jakby chciał go zetrzeć w proch.
– Więc pan już rozmawiał z prezydentem – drżał mu podbródek i wargi, głos też miał roztrzęsiony. – I na pewno przedstawił mu pan tę sprawę z własnego punktu widzenia, to jasne.
– Powiem panu całkiem otwarcie, doktorze – powiedział Bermudez obojętnie i bez złości. – Jestem szefem Służby Bezpieczeństwa z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że prosił mnie o to generał. Po drugie dlatego, że przyjął moje warunki: mam mieć do dyspozycji niezbędne sumy i z moich posunięć będę zdawał sprawę tylko jemu, nikomu więcej. Proszę mi wybaczyć, że mówię bez ogródek, ale tak sprawa wygląda.
Popatrzył wyczekująco na Arbeláeza. Ze swą zbyt wielką głową, lustrował go krótkowzrocznymi oczkami, z wolna, metodycznie. Zauważył, z jakim wysiłkiem zdobył się na uśmiech, który wykrzywił mu twarz.
– Nie mam panu nic do zarzucenia, wiem, że pracuje pan wspaniale, don Cayo – mówił z fałszywą słodyczą, z zadyszką, jego usta się uśmiechały, a nieugięte oczy ciskały błyskawice. – Ale mamy kłopoty, należy je rozwiązać i pan powinien mi w tym pomóc. Fundusze Służby Bezpieczeństwa są zbyt duże.
– Bo i nasze wydatki są ogromne – rzekł Bermudez. – Zaraz panu tego dowiodę, doktorze.
– Nie wątpię również, że pan z całą odpowiedzialnością dysponuje tymi pieniędzmi – rzekł doktor Arbeláez. – Po prostu…
– Takie są koszty utrzymywania oddanych nam przywódców związkowych, siatki informacyjnej w ośrodkach robotniczych, na uniwersytetach i w administracji – recytował Bermudez wyciągając z teczki dokumenty i kładąc je na biurku. – Koszty manifestacji, a także uzyskiwanych przez nas danych o działalności wrogów ustroju tu, w kraju, i za granicą.
Doktor Arbeláez nie patrzył na dokumenty. Słuchał gładząc spinkę przy mankiecie, a jego małe oczki ziały ciągle tą samą bierną nienawiścią.
– Trzeba także uśmierzać zapędy malkontentów i nadmierne ambicje intrygantów i zawistnych, które co dzień wybuchają na naszym własnym gruncie – recytował Bermudez. – Spokój to nie tylko dobra pałka, ale i pieniądze, doktorze. Pan się na to krzywi i ma pan rację. Tymi niezbyt pięknymi rzeczami zajmuję się ja, a pan nie musi nawet o nich wiedzieć. Proszę przejrzeć te papiery i wtedy mi pan powie, czy istotnie, zdaniem pana, można tu poczynić pewne oszczędności nie narażając na szwank bezpieczeństwa publicznego.
– A wie pan, czemu don Cayo przymyka oczy na te wszystkie zagrania pana Lozano i na to wyciskanie forsy z burdeli? – powiedział Ambrosio.
Koniec końców, pan Lozano stracił cierpliwość: w tym kraju każdy chce drugiego zrobić w konia, to już trzeci raz Pereda mydli mu oczy i wyskakuje z tym jakimś czekiem. Ludovico z Hipolitem patrzyli na siebie kątem oka: jakby się wczoraj narodził, cholera. Nie dość im, że się bogacą na ludzkich grzesznych namiętnościach, to jeszcze chcieliby wykorzystywać i jego. Tak dalej być nie może, potraktuje ich zgodnie z prawem i wtedy się okaże, dokąd zajdą ze swymi burdelami. Byli już przy zabudowie osiedla Los Claveles, przyjechali na miejsce.
– Skocz no, Ludovico – rzekł pan Lozano. – Przyprowadź mi tutaj tego kulasa.
– Bo dzięki stałym kontaktom z burdelami i domami schadzek pan Lozano dowiaduje się ciekawych rzeczy o różnych ludziach – powiedział Ambrosio. – Przynajmniej tak mówili ci dwaj.
Ludovico podbiegł do płotu. Nie było ogonka. Samochody kręciły się w pobliżu, póki któryś nie odjechał, wtedy hamowały pod bramą, sygnał światłami, otwierano im i dalej do roboty. Wewnątrz wszystko tonęło w ciemności, cienie samochodów wjeżdżających do garaży, smugi światła pod drzwiami, sylwetki kelnerów, którzy roznosili piwo.
– Cześć, Ludovico – powiedział kulawy Melequías. – Piwko?
– Nie mam czasu” bracie – rzekł Ludovico. – Ktoś chce z tobą pogadać.
– Nie, tak dokładnie to nie wiem, czego on się dowiadywał o ludziach, don – powiedział Ambrosio. – 2e żona przyprawia rogi mężowi i z kim, a znowu że mąż ma skoki w bok i z jaką babką. Tak myślę, że chyba to.
Kulawy Melequías podszedł do ściany, powiesił kelnerską kurtkę i wziął Ludovica pod ramię: nie mam laski, oprę się na tobie, to będzie szybciej. Aż do samej autostrady nie przestawał gadać, cały czas, jak zwykle, i o tym co zawsze: że już jest piętnaście lat na służbie. I nie jako zwykłe popychle, Ludovico, ale jest etatowym pracownikiem, i do tego ciągle wśród tych bandytów, co mu wtedy rozpieprzyli nogę nożami.
– A takie wiadomości to się bardzo przydają panu Bermudezowi, prawda, don? – powiedział Ambrosio. – Bo jak wie o czyichś prywatnych sprawkach, to już ma gościa w ręku, nie?
– Powinieneś być wdzięczny tym bandytom, Melequías – powiedział Ludovico. – Dzięki temu dostałeś dobrą pracę, nie wysilasz się i jeszcze możesz sobie napchać kieszenie.
– Tak ci się wydaje, Ludovico – samochody z warkotem mknęły autostradą, ale ich ford nie nadjeżdżał. – Brak mi tamtej roboty. Tam się człowiek narażał, owszem, ale to było życie. Zapamiętaj, bracie, jak cię przyprze, wal tutaj jak do własnego domu. Dostaniesz pokój, obsługę, nawet kielicha, wszystko gratis, Ludovico. O, już są.
– Ci dwaj mówili, że to pewnie jest tak: jak nazbierali dla pana Lozano wiadomości z tych spelunek, to on to potem wykorzystywał dla szantażu – powiedział Ambrosio. – i że od tych osób, co chciały uniknąć skandalu, też brał procent. Główka do interesów, no nie, don?
– Mam nadzieję, kulas, że mi tu nie wyskoczysz z żadną gadką – powiedział pan Lozano. – Pilnuj się, bo jestem nie w humorze.