Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– A w dni wolne od pracy? Co robisz? – powiedział stryj Clodomiro. – Z kim się przyjaźnisz, dokąd chodzisz. Czy spotykasz się z dziewczętami. To jeszcze jedna z tych spraw, które Zoili nie dają spać. Żebyś się przypadkiem nie wpakował w awanturę z jakąś taką, no wiesz.
– Z nikim się nie spotykam, możesz j ą uspokoić – roześmiał się Santiago. – Powiedz, że u mnie wszystko dobrze, że jestem zdrowy. Zajrzę do nich niedługo, naprawdę.
Przeszli do kuchni, gdzie Inocencia zdrzemnęła się na bujanym fotelu. Stryj Clodomiro robił jej wymówki, a potem obaj zaprowadzili ją do jej pokoju, senną, głowa jej się trzęsła. Kiedy Santiago wychodził, stryj uścisnął go na progu? Czy przyjdzie w następny poniedziałek? Tak, stryjku. W alei Arequipa wsiadł do autobusu i na placu San Martin, w barze Zela, zaczął się rozglądać za Norwinem. Jeszcze go nie było, więc chwilę poczekał, a potem wyszedł mu naprzeciw na Jirón de la Unión. Stał w drzwiach „Prensy” i rozmawiał z jednym redaktorem z „Ostatnich Wiadomości”.
– Co się stało – powiedział Santiago. – Przecież już dziesiąta, nie idziesz do Zela?
– Mówię ci, Zavalita, nasz zawód to najbardziej pieski zawód na świecie – rzekł Norwin. – Zabrali mi wszystkich ludzi i sam musiałem zapełnić całą kolumnę. Coś się stało, jakaś rewolucja czy inne draństwo. Poznajcie się, to Castelano, mój kolega.
– Rewolucja? – powiedział Santiago. – Tutaj?
– Zamach stanu, ale chyba nieudany – powiedział Castelano. – Zdaje się, że na czele spisku stał Espina, ten generał, co był kiedyś ministrem Spraw Wewnętrznych.
– Nie ma żadnego oficjalnego komunikatu, a te łobuzy zabrali mi ludzi, posłali ich, żeby przynieśli jakieś wiadomości – powiedział Norwin. – E, co tam, chodźmy na jednego.
– Poczekaj, ja chcę się czegoś dowiedzieć – rzekł Santiago.
– Odprowadź mnie do „Kroniki”.
– Posadzą cię do roboty i stracisz wolny wieczór – powiedział Norwin. – Chodźmy na jednego, a o drugiej tam zajrzymy, może będzie Garlitos.
– Ale co się stało – powiedział Santiago. – Jakie macie wiadomości.
– Nie wiadomości, tylko pogłoski – rzekł Castelano. – Dziś po południu zaczęły się aresztowania. Podobno cała historia wybuchła w Cuzco i w Tumbes. Ministrowie zebrali się w Pałacu.
– Zebrali wszystkich dziennikarzy tylko po to, żeby nam robić złą krew – rzekł Norwin. – I tak nie będziemy mogli opublikować nic oprócz oficjalnego komunikatu, to jasne.
– A może zamiast do Zela pójdziemy do starej Ivonne? – powiedział Castelano.
– Kto wam powiedział, że generał Espina jest w to wmieszany? – powiedział Santiago.
– Okey, idziemy do Ivonne i stamtąd zadzwonimy, żeby Garlitos do nas doskoczył – rzekł Norwin. – W tym jej burdelu więcej się dowiesz niż w „Kronice”, Zavalita. A właściwie to po cholerę masz wiedzieć, na co ci to? Tak się interesujesz polityką?
– Po prostu jestem ciekaw – powiedział Santiago. – A poza tym mam tylko dwie dychy, u Ivonne jest drogo.
– Ech, to mniejsza, przecież jesteś z „Kroniki” – zaśmiał się Castelano. – Jako kumpel Becerrity masz wszędzie kredyt.
VI
W następnym tygodniu Ambrosio nie przyszedł do San Miguel, ale jeszcze w tydzień potem Amalia spotkała go kiedyś w chińskim sklepiku. Wymknąłem się tylko na chwilę, chciałem się z tobą zobaczyć, Amalio. Nie kłócili się, rozmawiali jak para przyjaciół. Stanęło na tym, że w niedzielę gdzieś się wybiorą. Jak ty się zmieniłaś, powiedział do niej przy pożegnaniu, jak ładnie wyglądasz.
Czy naprawdę wyładniała? Carlota mówiła masz wszystko, co się podoba mężczyznom, pani też wśród żartów powtarzała to samo, policjanci sprzed domu ciągle szczerzyli do niej zęby, kierowcy pana Cayo ciągle się gapili, nawet ogrodnik, nawet facet z winiarni i ten smarkacz gazeciarz, wszyscy ją zagadywali: więc może to była prawda. W domu podchodziła do luster w pokoju pani z zalotnym błyskiem w oczach: tak, to prawda. Zaokrągliła się, ubierała się lepiej, to dzięki pani, pani była taka dobra. Dawała jej wszystko, czego już nie nosiła, ale nie, żeby się pozbyć starych łachów, tylko ze szczerego serca. Ta suknia już na mnie za ciasna, przymierz, i pani podchodziła do niej, tu trzeba podnieść, tu przesunąć zaszewki, a z tymi frędzlami to ci nie do twarzy. Ciągle jej powtarzała czyść paznokcie, bądź zawsze uczesana i miej uprany fartuszek, jak kobieta o siebie nie dba, to przykro na nią patrzeć. Daje mi rady jak równej sobie, myślała Amalia, a nie jak służącej. Pani kazała jej ostrzyc włosy na taką króciutką chłopięcą czuprynkę, a jak Amalii kiedyś wyskoczyły krostki na twarzy, dała jej swój własny krem i na drugi dzień miała cerę jak złoto, a znów innym razem, kiedy Amalię rozbolały zęby, sama ją zaprowadziła do dentysty i nic za to nie potrąciła z pensji. Czy było do pomyślenia, żeby pani Zoila kiedykolwiek tak się zachowała, tak się o nią troszczyła? Nikt nie był taki dobry jak pani Hortensja. Byłaby najszczęśliwsza, gdyby wszystko wokół niej lśniło czystością, kobiety błyszczały urodą, a mężczyźni żeby byli fajnymi przystojnymi chłopcami, tylko to ją obchodziło. To przede wszystkim chciała o każdym wiedzieć: czy ta mała jest ładna? a on jaki, przystojny? Brzydoty nikomu nie wybaczała, co to, to nie. Jak się wyśmiewała z panienki Maclovii, że ma królicze ząbki, a z pana Gumucio, że ma brzuch, a z tej, co ją nazywali Paqueta, że ma wszystko sztuczne: rzęsy, paznokcie i piersi, no i z tej starej, z tej Ivonne. Jak sobie na niej używały z panienką Queta! Że od ciągłego farbowania włosów niedługo wyłysieje, że kiedyś przy obiedzie wypadła jej sztuczna szczęka, że bierze takie zastrzyki, ale one jej wcale nie odmładzają, tylko właśnie ma po nich jeszcze więcej zmarszczek. Tyle o niej opowiadały, że Amalia okropnie chciała ją zobaczyć, i któregoś dnia Carlota powiedziała patrz, to ona, przyszła razem z panienką Queta. Amalia wyszła, żeby ją obejrzeć. Panie siedziały w salonie, z kieliszkami w ręku. Pani Ivonne wcale nie była taka stara ani taka brzydka, co za niesprawiedliwość. I do tego elegancka, jakie piękne klejnoty, aż blask bił od niej. Kiedy już pojechała, pani weszła do kuchni: zapomnijcie, że ta stara tu była. Ze śmiechem pogroziła im palcem: bo jak się Cayo dowie, to was zabije, wszystkie trzy.
Już od progu zobaczył małą, skurczoną twarzyczkę doktora Arbeláeza, o kościstych, pokrytych rumieńcem policzkach, w okularach zsuniętych na czubek nosa.
– Przepraszam za spóźnienie, doktorze – ty biedaku, prawie cię nie widać za tym biurkiem. – Miałem służbowe spotkanie, proszę mi wybaczyć.
– Przyjechał pan w samą porę, don Cayo – doktor Arbeláez uśmiechnął się chłodno. – Niech pan siada.
– Wczoraj dostałem pańskie memorandum, ale nie mogłem przyjść wcześniej – przysunął krzesło, położył teczkę na kolanach. – Podróż prezydenta do Cajamarca zajmuje mi ostatnio mnóstwo czasu.
Oczy doktora Arbeláeza, krótkowzroczne i wrogie, przytaknęły za szkłami okularów.
– Chciałbym z panem pomówić o czymś innym, don Cayo – skrzywił się, nie ukrywał niechęci. – Przedwczoraj zażądałem od Lozano raportów z przygotowań, a on mi powiedział, że pan polecił nikomu ich nie dawać.
– Biedny Lozano – rzekł Bermúdez ze współczuciem. – Oczywiście wypalił mu pan kazanie.
– Nie, nic podobnego – powiedział doktor Arbeláez. – Byłem tak zaskoczony, że nawet mi to nie przyszło do głowy.
– Biedak Lozano, pożyteczny poczciwina, ale głupi – uśmiechnął się Bermúdez. – W tej chwili opracowujemy już te materiały, nie chcieliśmy panu zawracać głowy, szkoda na to pańskiego czasu. Jak tylko uzupełnimy pewne szczegóły, o wszystkim pana poinformuję.