Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 163
Перейти на страницу:

Zapalił papierosa, doktor Arbeláez podsunął mu popielniczkę. Patrzył na niego z powagą, skrzyżowawszy ramiona na blacie biurka, pomiędzy notatnikiem a fotografią, na której widniała twarz siwowłosej kobiety w otoczeniu trzech roześmianych chłopaków.

– Zdążył pan rzucić okiem na memorandum, don Cayo?

– Ma się rozumieć, doktorze. Przeczytałem je.

– A więc jest pan zapewne tego samego zdania co ja – powiedział oschle doktor Arbeláez.

– Niestety nie. Fundusz Służby Bezpieczeństwa to rzecz święta. Nie mogę się zgodzić, aby mi pan zabrał te pieniądze. Proszę mi wierzyć, sam bardzo nad tym boleję.

Doktor Arbeláez zerwał się z miejsca. Zrobił kilka kroków, okulary tańczyły mu w dłoniach.

– Tak, oczywiście, spodziewałem się tego – w jego głosie nie było gniewu ani zniecierpliwienia, tylko twarz mu trochę zbladła. – A przecież w memorandum przedstawiono sprawę dość jasno, don Cayo. Trzeba odnowić wozy policyjne, które się rozpadają ze starości, trzeba zacząć prace w okręgach Tacna i Moquegua, bo inaczej wszystko tam pójdzie na marne.

Robota jest sparaliżowana na wielu odcinkach, prefekci i pod-prefekci nie dają mi żyć, ciągle telefonują i depeszują. Skąd mam wziąć te brakujące miliony, co, jak pan myśli? Nie jestem czarodziejem, don Cayo, spod ziemi nie wytrzasnę.

Bermúdez przytaknął z poważną twarzą. Doktor Arbeláez stał przed nim, przekładając okulary z jednej ręki do drugiej.

– Czy nie można by wykorzystać innych pozycji z budżetu? – rzekł Bermúdez. – Minister Finansów…

– Nie chce nam dać ani grosza nadwyżki, pan wie o tym lepiej niż ja – doktor Arbeláez podniósł głos. – Na każdym posiedzeniu gabinetu stwierdza, że wydatki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przekraczają nasze możliwości, a jeśli jeszcze pan mi zgarnie sprzed nosa połowę naszych funduszów…

– Niczego panu nie zgarniam sprzed nosa, doktorze – uśmiechnął się Bermúdez. – Cóż pan chce, Służba Bezpieczeństwa nie może się obyć bez pieniędzy. Jeśli mi choćby o grosz zmniejszą fundusze, nie będę mógł wypełniać moich obowiązków. Bardzo mi przykro, doktorze.

Były też i inne robótki, don, ale to oni je odwalali, nie Ambrosio. Dziś wieczorem wyjeżdżamy, powiedział pan Lozano, zawiadomisz Hipolita, a Ludovico tak, proszę pana, służbowym autem, proszę pana? Nie, tym starym gratem. Później mu opowiadali, don, i dlatego Ambrosio wszystko wiedział: śledzili różnych facetów, notowali, kto wchodzi do tego i tego domu, kazali śpiewać aresztowanym apristom, to wtedy właśnie Hipólito wpadał w trans, Ambrosio już panu opowiadał, don, a może to były tylko takie wymysły Ludovica. Pod wieczór Ludovico poszedł do pana Lozano, wyprowadził grata z garażu, pojechał po Hipolita, w Rialto przesiedli się do policyjnego i o wpół do dziesiątej czekali na pana Lozano w alei España. A w pierwszy poniedziałek każdego miesiąca obstawiali pana Lozano, jak jechał po odbiór pensji, don, w każdym razie podobno on tak mówił. Oczywiście był w ciemnych okularach i kulił się na tylnym siedzeniu. Częstował ich papierosami, żartował, proszę, jaki wesolutki, kiedy robimy dla niego, mówił potem Hipólito, a Ludovico raczej powiedz, kiedy nam każe robić dla siebie. Pensja, to znaczy ta forsa, którą wyciskał ze wszystkich burdeli i domów schadzek w Limie, ale główka, no nie, don? Zaczynali od Chosica, mały domek schowany na tyłach restauracji. Idź ty, powiedział pan

Lozano do Ludovica, bo mnie Pereda przez godzinę będzie wstawiał gadkę, i do Hipolita: my się tymczasem przejedziemy. On to robił po cichu, don, pewnie myślał, że don Cayo nie wie, a potem, kiedy Ludovico zaczął pracować razem x Ambrosiem, opowiedział to panu Bermúdezowi, bo chciał mu się podlizać, i okazało się, że don Cayo wszystko wiedział. Auto ruszyło, Ludovico poczekał chwilę i jak już zniknęło mu z oczu, pchnął bramę. Stały tam jeden za drugim; cała kupa aut, wszystkie z wygaszonymi światłami; przepychał się, potykał o błotniki i zderzaki, starając się jednocześnie rzucić okiem na twarze tych parek w samochodach, aż dotarł do drzwi, na których nalepiono kartkę. Bo czego on nie wiedział ten don Cayo, don. Wyszedł kelner i go poznał, proszę chwilę zaczekać, i zaraz zjawił się Pereda, jak to, a gdzie pan Lozano? Czeka przed domem, ale nieczasowy, powiedział Ludovico, dlatego nie wszedł. Muszę z nim porozmawiać, powiedział Pereda, bardzo ważna sprawa. W tych wyprawach z panem Lozano po odbiór pensji Ludovico i Hipólito poznali całą nocną Limę, tacy z nas jednodniowi królowie, mówili, no i korzystali z tego, nietrudno się domyślić, don. Podeszli do bramy, poczekali na samochód, Ludovico znowu siadł za kółkiem, a Pereda z tyłu: ruszaj, powiedział pan Lozano, nie będziemy tutaj stali. Ale prawdziwy hulaka to był Hipólito, don, bo Ludovica przede wszystkim ponosiła ambicja: chciał awansować, chciał, żeby go kiedyś wzięli na etat. Ludovico wyjechał na szosę i od czasu do czasu patrzył na Hipolita, a Hipólito na niego, jakby mówili ale truje ten włazidupek, bo Pereda wciąż im zasuwał głodne kawałki. No już, nie mam czasu, mówił pan Lozano, co to za ważna sprawa. Pan pyta, czemu się dawali tak wysysać, don? A on na to, że ten i ten był tutaj w tym tygodniu, a znowu inny przyprowadził sobie taką i taką dzidzię, a pan Lozano, wiem, wiem, ty znasz wszystkich facetów w całym Peru, no więc co to za taka strasznie ważna sprawa? Bo widzi pan, domy schadzek i burdele załatwiały sobie pozwolenie w prefekturze, nie? Pereda spuścił z tonu, a Ludovico i Hipólito popatrzyli na siebie, gotowe, zaraz się rozklei. Inżynier jest przeciążony wydatkami, señor Lozano, wypłaty, weksle, w tym miesiącu zupełnie nie mają gotówki. No więc albo go przycisną, albo on im cofnie pozwolenie i nałoży grzywnę: nie mieli wyjścia, don. Pan Lozano się nasrożył i Pereda zmiękł: ale przecież inżynier nie zapomniał o umowie, señor Lozano, zostawił mu ten czek, antydatowany, no jak, señor Lozano, nie odpowiada to panu? A Ludovico i Hipólito jakby mówili widzicie go, skurwysyna. Nie, nie odpowiada, nie przyjmuję czeków, powiedział pan Lozano, i niech inżynier w ciągu dwudziestu czterech godzin załatwi sprawę, bo jak nie, to mu zamknę interes; Ludovico, wysadzisz tutaj Peredę. Ludovico i Hipólito mówili, don, że nawet jak miał przedłużać legitymacje dziewczynkom, to też brał od nich swój procent. W powrotnej drodze przez cały czas Pereda się tłumaczył i przepraszał, a pan Lozano jak głaz. Macie dwadzieścia cztery godziny, Pereda, ani minuty więcej, tak mu powiedział na pożegnanie. I zaraz potem: takie użeranie się o forsę rozgrzewa mi jaja. A Ludovico i Hipólito jakby mówili do siebie Pereda zmarnował wieczór, tylko nas rozochocił. Dlatego don Cayo później mówił jeśli kiedykolwiek Lozano przestanie robić w policji, to będzie z niego sutener: to jego prawdziwe powołanie.

W sobotę rano dwa razy dzwonił telefon, pani odbierała i nikt się nie odzywał. Ktoś mi robi kawały, mówiła pani, ale po południu znowu zadzwonił, Amalia podeszła: halo? i wreszcie usłyszała przestraszony głos Ambrosia. A, to ty wydzwaniałeś przez cały dzień, powiedziała ze śmiechem, nikogo nie ma, mów, nie bój się. Nie mógł wtedy wyjść w niedzielę i w tę najbliższą też nie będzie mógł, musi zawieźć don Fermina do Ancón. Trudno, powiedziała Amalia, wobec tego innym razem. Ale nie, jemu bardzo zależało, w sobotę nie mógł spać, ciągle o niej myślał. Czy to była prawda z tym wyjazdem do Ancón? W niedzielę wyszła razem z Marią i Anduvia. Poszły się przejść po Parque de la Reserva. Kupiły sobie lody i siedziały na trawie plotkując, aż przyczepili się jacyś żołnierze, więc musiały odejść. A może się umówił z inną? Poszły do kina „Azul”, było im bardzo wesoło, a w trójkę czuły się bezpieczne, więc pozwoliły jakimś dwóm facetom, żeby za nie zapłacili. A może on właśnie w tej samej chwili siedział w kinie z inną? Ale w połowie filmu faceci chcieli skorzystać z ciemności, więc uciekły z sali, a te typy za nimi z krzykiem: oddajcie forsę, złodziejki! Na szczęście natknęli się na glinę i to ich odstraszyło. Bo może już miał dosyć, że ona ciągle mu wypomina, jak to ją wtedy skrzywdził? Przez cały tydzień

1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)