Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Więc spisek postępuje naprzód – rozluźnił krawat, złożył papiery i wsunął je z powrotem do koperty. – Naczelnik i Lozano uważali, że to taka pilna sprawa?
– W Trujillo i Chiclayo były zebrania apristów, Lozano i naczelnik sądzą, że to ma związek z wiadomością o tej grupie skazanych na wygnanie, którzy w każdej chwili są gotowi wyjechać z Meksyku – powiedział doktor Alcibiades.
– A niech wrócą, proszę bardzo, wpakujemy ptaszki do klatki – powiedział Bermúdez i ziewnął. – Ale oni tu nie przyjadą. To już dziesiąty czy jedenasty raz, doktorze, niech pan nie zapomina. Proszę powiedzieć naczelnikowi i Lozano, że zobaczymy się jutro. Nie ma pośpiechu.
– Z Cajamarca dzwonili, żeby potwierdzić wiadomość o tym zebraniu o piątej, don Cayo.
– Dobrze, w porządku – wyciągnął z teczki kopertę i podał mu. – Może by pan sprawdził, w jakim stadium są sprawy? Ta petycja o przyznanie własności ziem w Bagua. Niech pan tam sam pojedzie, doktorze.
– Zaraz jutro pojadę – doktor Alcibiades potakiwał i przeglądał memorandum. – Tak, rozumiem, ilu podpisów brakuje i jakie raporty. Doskonale, don Cayo.
– I zaraz będziemy mieli wiadomość, że zginęły pieniądze z konspiracyjnej kasy – uśmiechnął się Bermúdez spoglądając na kopertę naczelnika i Lozano. – I komunikaty, że liderzy oskarżają się nawzajem o zdradę i kradzież. Czasem to już się robi nudne, ciągle to samo, nie?
Doktor Alcibiades przytaknął z grzecznym uśmiechem.
– Że niby dlaczego pan mi się wydaje taki szlachetny i przyzwoity? – powiedział Ambrosio. – Niech mnie pan nie pyta o takie rzeczy, to dla mnie za trudne, don.
– Naprawdę, señor Lozano? Naprawdę mają mnie przenieść do obstawy pana Bermúdeza? – powiedział Ludo vico.
– Przecież sam wiesz, aż cię sparło z radości – powiedział pan Lozano. – Ułożyliście to sobie z Ambrosiem, załatwił ci, co?
– Niech pan tylko nie myśli, że ja nie chcę pracować z panem, señor Lozano – powiedział Ludo vico. – Tylko że z tym Murzynem bardzośmy się zżyli i on mi ciągle mówił czemu się nie postarasz, żeby cię przenieśli, a ja na to nie, dobrze mi u pana Lozano. Więc może Ambrosio coś robił na własną rękę, proszę pana.
– Dobra, niech ci będzie – zaśmiał się pan Lozano. – To przecież awans, należy ci się, czemu byś nie miał dostać lepszej roboty.
– No chociażby to, jak pan się zwraca do człowieka – powiedział Ambrosio. – Pan nie miesza z błotem każdego, jak don Cayo. Pan z nikogo nie drwi, o wszystkich pan mówi dobrze i tak grzecznie.
– Mówiłem o tobie Bermudezowi – powiedział pan Lozano. – Obowiązkowy, odważny, mówię, tak że wszystko, co gadał Murzyn, to prawda. Co mi szkodzi, ja na tym nie stracę. Ty i tak wiesz, wystarczyłoby, żebym powiedział nie, on jest do niczego, i Bermudez by cię nie wziął. Więc ten awans to po połowie i mnie zawdzięczasz.
– Tak, oczywiście, señor Lozano powiedział Ludovico. – Ja panu bardzo dziękuję. Nie wiem, jak się panu odwdzięczyć, naprawdę.
– A ja wiem jak – powiedział pan Lozano. – Odwdzięczysz mi się, jak się będziesz dobrze sprawował.
– Niech pan tylko powie, zawsze zrobię, co pan każe, señor Lozano, wszystko, co pan zechce.
– A poza tym trzymaj język za zębami – powiedział pan Lozano. – Nigdy nie jeździłeś ze mną naszym gratem, nic nie słyszałeś o ściąganiu pensji. W ten sposób możesz mi się odwdzięczyć, rozumiesz?
– Po co pan to mówi, to jasne, señor Lozano – powiedział Ludovico. – Niepotrzebnie pan przypomina, jak słowo daję. Może mi pan zaufać.
– Sam wiesz, Ludovico, ode mnie zależy, czy cię kiedyś wezmą na etat, czy nigdy nigdzie cię nie wezmą – powiedział pan Lozano.
– I jeszcze dlatego, że pan inaczej traktuje ludzi – powiedział Ambrosio. – Tak elegancko, z takimi ładnymi słówkami, tak inteligentnie. Ja to wszystko słyszę, jak pan rozmawia z ludźmi, don.
– No, idzie Hipólito i ten kundel Cigüeña zasuwał te same gadki co zawsze.
– Kanalizacja nam nawaliła, a to kosztuje, señor Lozano. A poza tym coraz mniej klientów. Limańczycy chyba już w ogóle nie pieprzą, proszę pana, po prostu grozi nam ruina.
– Ba, jak tak marnie idzie ten twój interes, to w każdej chwili możemy ci go zamknąć, choćby jutro – powiedział pan Lozano.
– Pan myśli, że ja chcę się wyłgać, żeby tylko nie zapłacić należności, señor Lozano – zaprotestował kundel Cigüeña. – Ale skąd, tu są pieniążki, pan wie, termin to dla mnie święta rzecz. A o swoich kłopotach to tylko tak panu mówiłem jak przyjacielowi, żeby pan wiedział.
– A poza tym to dlatego, że i mnie pan też tak traktuje – powiedział Ambrosio. – Że pan słucha, jak ja mówię, że pan mnie czasem o coś zapyta, że sobie porozmawiamy. Bo pan mi okazuje zaufanie. Moje życie się zmieniło, odkąd pracuję u pana, don.
VII
W niedzielę Amalia szykowała się chyba całą godzinę, aż Simula, zawsze taka oschła, zażartowała a niech cię, jak się stroisz na wychodne. Kiedy przyszła na przystanek, Ambrosio już na nią czekał i tak mocno uścisnął jej rękę, że aż krzyknęła. A on się śmiał, był zadowolony, miał granatowy garnitur, koszulę tak białą jak jego zęby, krawat w czerwone i białe supełki: zawsze mi napędzisz strachu, Amalio, teraz też nie byłem pewny, czy mnie nie wystawisz do wiatru. Tramwaj nadjechał prawie pusty i zanim Amalia usiadła, Ambrosio wyciągnął chustkę i wytarł ławkę. Dla królowej miejsce przy oknie, powiedział schylając się w ukłonie. Jaki wesoły, jak się zmienił, i powiedziała mu: jaki jesteś inny, kiedy się nie boisz, że cię nakryją razem ze mną. A on był zadowolony, bo przypomniał sobie to, co było kiedyś, Amalio. Konduktor, z biletami w ręku, patrzył na nich ubawiony i Ambrosio go odprawił mówiąc: co jeszcze? czego pan sobie życzy? Przestraszyłeś go, powiedziała Amalia, a on a jakże, teraz nikt nam nie będzie przeszkadzał, ani konduktor, ani żaden włókniarz.
Spoważniał i popatrzył jej w oczy: czy ja się źle zachowałem, czy ja uciekłem z inną? Jak mężczyzna zostawia kobietę dla innej, to jest źle, Amalio, ale myśmy się pokłócili, bo ty nie rozumiałaś, o co cię prosiłem. Gdybyś nie była taka kapryśna, taka uparta, to byśmy się dalej spotykali, na mieście, i usiłował ją wziąć pod rękę, ale Amalia się odsunęła: puść mnie, byłeś niedobry, i naokoło rozległy się chichoty. Tramwaj się zapełniał. Przez jakiś czas milczeli, a potem on zaczął o czym innym: pójdą na chwilę do niego, Ambrosio ma coś powiedzieć Ludovicowi, a potem będą sami i będą robić, co tylko Amalia zechce. A ona mu opowiedziała, jak don Cayo i don Fermín rozmawiali podniesionymi głosami w gabinecie i że pan potem nazwał don Fermina szczurem. To on sam jest szczur, powiedział Ambrosio, tak się przyjaźnili, a teraz chce mu szkodzić w interesach. W śródmieściu wsiedli do autobusu, który jechał nad Rimac, a potem szli jeszcze kawałek pieszo. To tu, Amalio, na ulicy Chiclayo. Poszła za nim w głąb korytarzyka, zobaczyła, że wyciąga klucz.
– Myślisz, że jestem taka głupia? – powiedziała i wzięła go za ramie. – Twojego kumpla nie ma. Mieszkanie jest puste.
– Ludowico przyjdzie trochę później – powiedział Ambrosio. – A my tymczasem sobie pogadamy.
– Możemy pogadać na spacerze – powiedziała Amalia. – Ja tu nie wejdę.
Sprzeczali się na podwórku, na zabłoconych płytach, pod bacznymi spojrzeniami dzieciaków, które na chwilę przestały biegać, w końcu Ambrosio otworzył drzwi i ze śmiechem popchnął ją do środka. Przez moment Amalia nic nie widziała, ale zaraz Ambrosio zapalił światło.