Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 163
Перейти на страницу:

– Więc spisek postępuje naprzód – rozluźnił krawat, złożył papiery i wsunął je z powrotem do koperty. – Naczelnik i Lozano uważali, że to taka pilna sprawa?

– W Trujillo i Chiclayo były zebrania apristów, Lozano i naczelnik sądzą, że to ma związek z wiadomością o tej grupie skazanych na wygnanie, którzy w każdej chwili są gotowi wyjechać z Meksyku – powiedział doktor Alcibiades.

– A niech wrócą, proszę bardzo, wpakujemy ptaszki do klatki – powiedział Bermúdez i ziewnął. – Ale oni tu nie przyjadą. To już dziesiąty czy jedenasty raz, doktorze, niech pan nie zapomina. Proszę powiedzieć naczelnikowi i Lozano, że zobaczymy się jutro. Nie ma pośpiechu.

– Z Cajamarca dzwonili, żeby potwierdzić wiadomość o tym zebraniu o piątej, don Cayo.

– Dobrze, w porządku – wyciągnął z teczki kopertę i podał mu. – Może by pan sprawdził, w jakim stadium są sprawy? Ta petycja o przyznanie własności ziem w Bagua. Niech pan tam sam pojedzie, doktorze.

– Zaraz jutro pojadę – doktor Alcibiades potakiwał i przeglądał memorandum. – Tak, rozumiem, ilu podpisów brakuje i jakie raporty. Doskonale, don Cayo.

– I zaraz będziemy mieli wiadomość, że zginęły pieniądze z konspiracyjnej kasy – uśmiechnął się Bermúdez spoglądając na kopertę naczelnika i Lozano. – I komunikaty, że liderzy oskarżają się nawzajem o zdradę i kradzież. Czasem to już się robi nudne, ciągle to samo, nie?

Doktor Alcibiades przytaknął z grzecznym uśmiechem.

– Że niby dlaczego pan mi się wydaje taki szlachetny i przyzwoity? – powiedział Ambrosio. – Niech mnie pan nie pyta o takie rzeczy, to dla mnie za trudne, don.

– Naprawdę, señor Lozano? Naprawdę mają mnie przenieść do obstawy pana Bermúdeza? – powiedział Ludo vico.

– Przecież sam wiesz, aż cię sparło z radości – powiedział pan Lozano. – Ułożyliście to sobie z Ambrosiem, załatwił ci, co?

– Niech pan tylko nie myśli, że ja nie chcę pracować z panem, señor Lozano – powiedział Ludo vico. – Tylko że z tym Murzynem bardzośmy się zżyli i on mi ciągle mówił czemu się nie postarasz, żeby cię przenieśli, a ja na to nie, dobrze mi u pana Lozano. Więc może Ambrosio coś robił na własną rękę, proszę pana.

– Dobra, niech ci będzie – zaśmiał się pan Lozano. – To przecież awans, należy ci się, czemu byś nie miał dostać lepszej roboty.

– No chociażby to, jak pan się zwraca do człowieka – powiedział Ambrosio. – Pan nie miesza z błotem każdego, jak don Cayo. Pan z nikogo nie drwi, o wszystkich pan mówi dobrze i tak grzecznie.

– Mówiłem o tobie Bermudezowi – powiedział pan Lozano. – Obowiązkowy, odważny, mówię, tak że wszystko, co gadał Murzyn, to prawda. Co mi szkodzi, ja na tym nie stracę. Ty i tak wiesz, wystarczyłoby, żebym powiedział nie, on jest do niczego, i Bermudez by cię nie wziął. Więc ten awans to po połowie i mnie zawdzięczasz.

– Tak, oczywiście, señor Lozano powiedział Ludovico. – Ja panu bardzo dziękuję. Nie wiem, jak się panu odwdzięczyć, naprawdę.

– A ja wiem jak – powiedział pan Lozano. – Odwdzięczysz mi się, jak się będziesz dobrze sprawował.

– Niech pan tylko powie, zawsze zrobię, co pan każe, señor Lozano, wszystko, co pan zechce.

– A poza tym trzymaj język za zębami – powiedział pan Lozano. – Nigdy nie jeździłeś ze mną naszym gratem, nic nie słyszałeś o ściąganiu pensji. W ten sposób możesz mi się odwdzięczyć, rozumiesz?

– Po co pan to mówi, to jasne, señor Lozano – powiedział Ludovico. – Niepotrzebnie pan przypomina, jak słowo daję. Może mi pan zaufać.

– Sam wiesz, Ludovico, ode mnie zależy, czy cię kiedyś wezmą na etat, czy nigdy nigdzie cię nie wezmą – powiedział pan Lozano.

– I jeszcze dlatego, że pan inaczej traktuje ludzi – powiedział Ambrosio. – Tak elegancko, z takimi ładnymi słówkami, tak inteligentnie. Ja to wszystko słyszę, jak pan rozmawia z ludźmi, don.

– No, idzie Hipólito i ten kundel Cigüeña zasuwał te same gadki co zawsze.

– Kanalizacja nam nawaliła, a to kosztuje, señor Lozano. A poza tym coraz mniej klientów. Limańczycy chyba już w ogóle nie pieprzą, proszę pana, po prostu grozi nam ruina.

– Ba, jak tak marnie idzie ten twój interes, to w każdej chwili możemy ci go zamknąć, choćby jutro – powiedział pan Lozano.

– Pan myśli, że ja chcę się wyłgać, żeby tylko nie zapłacić należności, señor Lozano – zaprotestował kundel Cigüeña. – Ale skąd, tu są pieniążki, pan wie, termin to dla mnie święta rzecz. A o swoich kłopotach to tylko tak panu mówiłem jak przyjacielowi, żeby pan wiedział.

– A poza tym to dlatego, że i mnie pan też tak traktuje – powiedział Ambrosio. – Że pan słucha, jak ja mówię, że pan mnie czasem o coś zapyta, że sobie porozmawiamy. Bo pan mi okazuje zaufanie. Moje życie się zmieniło, odkąd pracuję u pana, don.

VII

W niedzielę Amalia szykowała się chyba całą godzinę, aż Simula, zawsze taka oschła, zażartowała a niech cię, jak się stroisz na wychodne. Kiedy przyszła na przystanek, Ambrosio już na nią czekał i tak mocno uścisnął jej rękę, że aż krzyknęła. A on się śmiał, był zadowolony, miał granatowy garnitur, koszulę tak białą jak jego zęby, krawat w czerwone i białe supełki: zawsze mi napędzisz strachu, Amalio, teraz też nie byłem pewny, czy mnie nie wystawisz do wiatru. Tramwaj nadjechał prawie pusty i zanim Amalia usiadła, Ambrosio wyciągnął chustkę i wytarł ławkę. Dla królowej miejsce przy oknie, powiedział schylając się w ukłonie. Jaki wesoły, jak się zmienił, i powiedziała mu: jaki jesteś inny, kiedy się nie boisz, że cię nakryją razem ze mną. A on był zadowolony, bo przypomniał sobie to, co było kiedyś, Amalio. Konduktor, z biletami w ręku, patrzył na nich ubawiony i Ambrosio go odprawił mówiąc: co jeszcze? czego pan sobie życzy? Przestraszyłeś go, powiedziała Amalia, a on a jakże, teraz nikt nam nie będzie przeszkadzał, ani konduktor, ani żaden włókniarz.

Spoważniał i popatrzył jej w oczy: czy ja się źle zachowałem, czy ja uciekłem z inną? Jak mężczyzna zostawia kobietę dla innej, to jest źle, Amalio, ale myśmy się pokłócili, bo ty nie rozumiałaś, o co cię prosiłem. Gdybyś nie była taka kapryśna, taka uparta, to byśmy się dalej spotykali, na mieście, i usiłował ją wziąć pod rękę, ale Amalia się odsunęła: puść mnie, byłeś niedobry, i naokoło rozległy się chichoty. Tramwaj się zapełniał. Przez jakiś czas milczeli, a potem on zaczął o czym innym: pójdą na chwilę do niego, Ambrosio ma coś powiedzieć Ludovicowi, a potem będą sami i będą robić, co tylko Amalia zechce. A ona mu opowiedziała, jak don Cayo i don Fermín rozmawiali podniesionymi głosami w gabinecie i że pan potem nazwał don Fermina szczurem. To on sam jest szczur, powiedział Ambrosio, tak się przyjaźnili, a teraz chce mu szkodzić w interesach. W śródmieściu wsiedli do autobusu, który jechał nad Rimac, a potem szli jeszcze kawałek pieszo. To tu, Amalio, na ulicy Chiclayo. Poszła za nim w głąb korytarzyka, zobaczyła, że wyciąga klucz.

– Myślisz, że jestem taka głupia? – powiedziała i wzięła go za ramie. – Twojego kumpla nie ma. Mieszkanie jest puste.

– Ludowico przyjdzie trochę później – powiedział Ambrosio. – A my tymczasem sobie pogadamy.

– Możemy pogadać na spacerze – powiedziała Amalia. – Ja tu nie wejdę.

Sprzeczali się na podwórku, na zabłoconych płytach, pod bacznymi spojrzeniami dzieciaków, które na chwilę przestały biegać, w końcu Ambrosio otworzył drzwi i ze śmiechem popchnął ją do środka. Przez moment Amalia nic nie widziała, ale zaraz Ambrosio zapalił światło.

1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)