Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Przy takim założeniu wiele pan traci – powiedział don Fermín. – To nonsens, żeby poprzestawać na tych nędznych sumach, to nonsens trzymać cały kapitał w banku.
– Ciągle się pan upiera, żeby mnie wprowadzić w świat interesów – uśmiechnął się Bermúdez. – Nie, don Fermín, ja już tego doświadczyłem. Nigdy więcej.
– Inny na pana miejscu wyciągałby trzy razy tyle co pan-powiedział don Fermín. – A to nie jest w porządku, bo pan decyduje o biegu spraw. A z drugiej strony, kiedy się pan namyśli, żeby zacząć inwestować? Proponowałem panu ze cztery czy pięć transakcji, które każdy inny przyjąłby z entuzjazmem.
Tamten słuchał z grzecznym uśmieszkiem, ale po jego oczach widać było, że go to nudzi. Rostbef stał przed nim od dłuższej chwili, a on jeszcze go nie tknął.
– Już panu tłumaczyłem – ujął nóż i widelec i znieruchomiał na moment, wpatrując się w sztućce. – Kiedy rząd się zmieni, ja właśnie będę kozłem ofiarnym.
– To jeszcze jeden powód więcej, żeby sobie zapewnić przyszłość – powiedział don Fermín.
– Wszyscy się na mnie rzucą, a zwłaszcza ci, co teraz są przy władzy – powiedział tamten, ze zgnębioną miną spoglądając na mięso i sałatkę. – Będą mnie obsmarowywać błotem, to najlepszy sposób, żeby się samemu oczyścić. Tylko idiota może w coś inwestować w tym kraju.
– Co za pesymista z pana, don Cayo – don Fermín odsunął talerz z rosołem, kelner przyniósł rybę. – Można by pomyśleć, że Odria lada dzień upadnie.
– No, jeszcze nie tak zaraz – odparł. – Ale sam pan wie, żaden rząd nie trwa wiecznie. Ja zresztą nie mam w tym względzie ambicji. Jak przyjdzie koniec, wycofam się, żeby żyć spokojnie gdzieś na uboczu, żeby spokojnie umrzeć.
Spojrzał na zegarek i usiłował przełknąć mięso. Przeżuwał bez zapału, popijając wodą mineralną, i wreszcie dał znak kelnerowi, żeby zabrał talerz.
– O trzeciej mam spotkanie z ministrem, a już piętnaście po drugiej. Czy mamy coś jeszcze do obgadania, don Fermín?
Don Fermín zamówił dwie kawy i zapalił papierosa. Wyciągnął z kieszeni kopertę i położył na stole.
– Przygotowałem memorandum, żeby pan mógł spokojnie przestudiować dane, don Cayo. Zgłoszenie własności ziemi w rejonie Bagua. Młodzi inżynierowie, z inicjatywą, pełni zapału do pracy. Chcą tam prowadzić hodowlę bydła, sam pan zobaczy, co to za interes. Dokumenty od pół roku leżą w Ministerstwie Rolnictwa.
– Zanotował pan numer akt? – nie patrząc schował kopertę do teczki.
– Tak, i datę, od momentu wszczęcia procedury prawnej – powiedział don Fermín. – Ja tu zresztą nie jestem zainteresowany. Chcę tylko pomóc pewnym osobom. To moi przyjaciele.
– Nie mogę nic obiecywać, zanim nie zasięgnę informacji – powiedział. – A poza tym minister Rolnictwa nie bardzo mnie lubi. No ale, tak czy tak, porozmawiam z nim.
– Ci młodzi ludzie przyjmą pańskie warunki, to oczywiste – powiedział don Fermín. – Ja chcę im zrobić przysługę jako przyjaciel, ale bynajmniej nie chodzi mi o to, żeby pan trudził się bezinteresownie na rzecz kogoś, kogo pan nawet nie zna.
– Jasne – rzekł tamten bez uśmiechu. – Ja trudzę się bezinteresownie tylko w sprawach państwowych.
W milczeniu wypili kawę. Kiedy kelner przyszedł z rachunkiem, obaj sięgnęli do portfelu, ale zapłacił don Fermín. Razem wyszli na plac San Martin.
– Pewno jest pan bardzo zajęty w związku z tą podróżą prezydenta do Cajamarca – powiedział don Fermín.
– Tak, to prawda, zadzwonię, jak się rozejrzę w tej sprawie – odparł podając mu rękę. Tutaj stoi mój wóz. No to na razie, don Fermín.
Wsiadł, kazał jechać do ministerstwa, szybko. Ambrosio okrążył plac, skręcił w stronę Parku Uniwersyteckiego, potem w Abancay. Tamten przerzucał papiery otrzymane od don Fermina, a od czasu do czasu podnosił oczy, ze spojrzeniem utkwionym w kark Ambrosia. Ten skurwysyn nie chce, żeby jego pieszczoszek zadawał się z kolorowymi, jeszcze by, broń Boże, nabrał od nich złych manier. Pewnie dlatego zaprasza do siebie takich jak Arévalo czy Landa, a nawet gringów, których nazywa nieokrzesanymi dzikusami. Ale jego nie. Roześmiał się, wyciągnął z kieszeni pastylkę i zbierał ślinę w ustach: jasne, boi się, żeby jego żona i dzieci nie nabrały od ciebie złych manier.
– Przez cały wieczór zasypywałeś mnie pytaniami, a teraz ja cię o coś zapytam – powiedział stryj Clodomiro. – Jak ci idzie praca w „Kronice”.
– Już się nauczyłem pisać tyle, ile potrzeba – powiedział Santiago. – Na początku pisałem albo za dużo, albo za mało. No i przyzwyczaiłem się pracować po nocach, a spać w dzień.
– Fermina gnębi co innego – powiedział stryj Clodomiro. – On uważa, że przy takim rozkładzie zajęć stracisz zdrowie. I że rzucisz uniwersytet. Chodzisz na wykłady? Powiedz prawdę.
– Nie, nie chodzę – powiedział Santiago. – Odkąd uciekłem z domu, nie pokazałem się na uniwerku. Nie mów tego ojcu, stryju.
Stryj Clodomiro przestał się bujać na fotelu, jego małe dłonie zatrzepotały niespokojnie, przestraszył się, widać to było po oczach.
– Możesz mnie nie pytać dlaczego, ja sam nie potrafię ci wytłumaczyć – powiedział Santiago. – Czasem wydaje mi się, że nie chodzę, bo nie chcę się spotkać z tymi chłopakami, co wtedy zostali w areszcie, jak mnie tata stamtąd wyciągnął. Ale kiedy indziej myślę, że to jednak nie to. Po prostu adwokatura mnie nie ciągnie, wydaje mi się idiotyzmem, nie wierzę w to wszystko, stryju. Na diabła mi tytuł?
– Fermín ma rację, oddałem ci niedźwiedzią przysługę – powiedział stryj Clodomiro ze smutkiem. – Teraz, kiedy jesteś przy forsie, już ci się nie chce studiować.
– Twój przyjaciel Vallejo nie mówił ci, ile nam płacą? – zaśmiał się Santiago. – Nie, stryju, jestem prawie zawsze bez forsy. Mam czas, mógłbym się uczyć. Ale to jest silniejsze ode mnie, flaki mi się wywracają na samą myśl o tym, że miałbym wejść na dziedziniec uniwersytecki.
– W ten sposób możesz na całe życie zostać małym urzędniczyną, czy ty tego nie rozumiesz? – powiedział stryj Clodomiro zbity z tropu. – Taki chłopiec jak ty, chudzino, taki zdolny, taki pilny.
– Nie jestem zdolny ani pilny, stryjku, nie powtarzaj po moim starym – powiedział Santiago. – Jestem zdezorientowany, cała rzecz w tym. Wiem, czym nie chcę być, ale nie wiem, co by mi odpowiadało. Nie chcę być adwokatem i nie chcę być bogaty i nie chcę być nikim ważnym, stryju. A kiedy dojdę do pięćdziesiątki, nie chcę być taki jak mój tata i jego znajomi. Rozumiesz, stryjku?
– Rozumiem tylko jedno: że ci brak zdrowego rozsądku – powiedział stryj Clodomiro ze zgnębioną twarzą. – Teraz żałuję, że dzwoniłem do Vallejo. Czuję się odpowiedzialny za wszystko.
– Gdybym się nie dostał do „Kroniki”, znalazłbym sobie jakąś inną pracę, cokolwiek – powiedział Santiago. To by było to samo.
Czy naprawdę, Zavalita? Nie, może by było inaczej, może biedny stryj Clodomiro był rzeczywiście częściowo odpowiedzialny. Dziesiąta wieczór, musiał już iść. Podniósł się.
– Poczekaj, chciałem cię jeszcze zapytać o to, o co mnie zawsze męczy Zoilita – powiedział stryj Clodomiro. – Za każdym razem mam tu prawdziwe śledztwo. Kto ci pierze bieliznę, kto ci przyszywa guziki.
– Właścicielka pensjonatu bardzo się o mnie troszczy – powiedział Santiago. – Niech mama się nie martwi.