Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Wyszedł z biura kwadrans po c/wartej, Ludovico już czekał w samochodzie obok Ambrosia. Colón, klub Cajamarca. Przez całą drogę milczał z opuszczonymi oczyma, spać, więcej spać. Ludovico odprowadził go pod drzwi klubu: mam wejść, don Cayo? Nie, poczekasz tutaj. Kiedy wstępował na schody, zobaczył z daleka wysoką postać i siwą głowę senatora Heredii i uśmiechnął się: może pani Heredia też jest tutaj. Już wszyscy są, podał mu rękę senator, coś niebywałego, taka punktualność w Peru zakrawa na cud. Proszę dalej, zebranie będzie w sali recepcyjnej. Pełno świateł, na szacownych starych ścianach lustra w złoconych ramach, fotografie wąsatych staruszków, gromada tłoczących się mężczyzn, którzy na ich widok przestali rozmawiać między sobą: nie, ani jednej kobiety. Podeszli deputowani, nastąpiły prezentacje: nazwiska, imiona, bardzo mi miło, dobry wieczór, myślał: pani Heredia i Hortensja, i Queta, i Maclovia? dokoła słyszał do usług, jakże mi przyjemnie, i jak przez mgłę widział zapięte kamizelki, sztywne kołnierzyki, rogi chusteczek sterczące w kieszonkach marynarek, amarantowe policzki i kelnerów w białych kurtkach, roznosili alkohole i zakąski. Wziął szklankę oranżady i pomyślał taka wytworna, taka biała, i te wypielęgnowane rączki, sposób bycia kobiety przyzwyczajonej do rozkazywania, i pomyślał a Queta ciemna, ordynarna, nieokrzesana, przywykła do usługiwania.
– Może zaczniemy, jeśli pan pozwoli, don Cayo – powiedział senator Heredia.
– Tak, senatorze – ona i Queta, o, właśnie – tak, proszę bardzo.
Kelnerzy taszczyli krzesła, mężczyźni, z kieliszkami pisco w dłoniach, zajmowali miejsca, było ich ze dwudziestu, on razem z senatorem Heredia usiedli twarzami do zebranych. No więc zebrali się tutaj na taką poufną rozmowę na temat wizyty prezydenta w Cajamarca, powiedział senator, w tym mieście tak drogim wszystkim tu obecnym, a on pomyślał: mogłaby być jej służącą. Tak, jej służącą, mieszkańcy Cajamarca mogą być zadowoleni, po trzykroć zadowoleni, mówił senator, nie tu, ale w domu na hacjendzie, którą ma pewnie w Cajamarca, po pierwsze dlatego, że taka wizyta to zaszczyt dla naszego regionu, mówił senator, w domu na hacjendzie, gdzie pełno starych mebli, w domu o długich korytarzach i pokojach zasłanych miękkimi dywanami, gdzie ona pewnie się nudzi, podczas gdy jej mąż pełni swoje senatorskie obowiązki w stolicy, po drugie dlatego, że ma dokonać otwarcia nowego mostu i pierwszego odcinka autostrady, mówił senator, w tym domu pełnym obrazów i służby, ale jej ulubioną służącą byłaby Queta, jej Quetita. Senator Heredia wstał: no i przede wszystkim mieszkańcy Cajamarca będą mieli sposobność, aby okazać prezydentowi swoją wdzięczność za to wszystko, co dzięki niemu zyskał departament i cały kraj. Zaszurały krzesła, dłonie poruszały się, jakby zaraz miały klaskać, ale senator ciągnął dalej, to właśnie Quetita podawałaby jej śniadanie do łóżka, wysłuchiwałaby zwierzeń i dotrzymywała tajemnicy: dlatego powołano ten tutaj Komitet Powitalny, złożony z, i Bermudez dostrzegł, że kiedy wymieniano ich nazwiska, członkowie komitetu czerwienili się lub uśmiechali. Dzisiejsze zebranie ma na celu koordynację programu przygotowanego przez komitet i programu rządowego opracowanego w związku z wizytą prezydenta, i senator odwrócił się w jego stronę: Cajamarca to region gościnny, Cajamarca umie być wdzięczna, don Cayo, Odríe czeka powitanie godne tego trudu z jakim troszczy się on o losy kraju. Nie wstał; z ledwo dostrzegalnym uśmiechem podziękował szanownemu senatorowi Heredii i reprezentacji Cajamarca za bezinteresowny wysiłek mający na celu uświetnienie wizyty prezydenta, w głębi salonu za falujące zasłoną dwa rozgorączkowane cienie rzuciły się jeden obok drugiego na puchowy materac, który ugiął się pod nimi bezszelestnie, podziękował też członkom Komitetu Powitalnego za to, że byli uprzejmi przybyć do Limy, i w jednej chwili strzelił w górę zduszony, bezczelny chichot i cienie obejmowały się uściskiem, kłębiły się i były już tylko jednym kształtem na białej pościeli, za tiulową firanką: on również jest przekonany, panowie, że cała uroczystość wypadnie wspaniale.
– Przepraszam, że panu przerwę – powiedział deputowany Saravia. – Chciałbym tylko oświadczyć, że Cajamarca nie cofnie się przed żadnymi kosztami, aby godnie przyjąć generała Odrię. Uśmiechnął się, przytaknął, oczywiście, jest pewny, że tak będzie, ale chciałby jeszcze, inżynierze Saravia, poznać zdanie panów co do jednej sprawy: chodzi o manifestację na Placu Broni, podczas której ma przemawiać prezydent. Bo byłoby doskonale, odchrząknął, głos mu nabrzmiał słodyczą, gdyby, szukał słów, gdyby przebieg manifestacji nie rozczarował prezydenta. Manifestacja się uda, będzie wspaniała, bezprecedensowa, don Cayo, przerwał senator i zawtórował mu pełen aprobaty pomruk, głowy kiwały się potakująco, a za tiulową firanką szelesty, ochrypłe pomruki, dyszenie, zamęt drgających prześcieradeł i rąk, i ust, i ciał, które szukały się i znajdowały.
Panie Santiago, rozległo się znowu trzykrotne pukanie do drzwi, panie Santiago, i otworzył oczy, przesunął zdrętwiałą dłonią po twarzy i jeszcze odurzony snem powlókł się, żeby otworzyć: pani Lucia.
– Obudziłam pana? Bardzo przepraszam, ale czy pan słuchał radia, wie pan, co się stało? – słowa goniły jedne za drugimi, twarz miała rozgorączkowaną, oczy przerażone. – Strajk generalny w Arequipie, podobno Odria ma powołać gabinet wojskowy. Co teraz będzie, panie Santiago?
– Nic nie będzie, proszę pani – powiedział Santiago. Strajk potrwa ze dwa dni i upadnie, a panowie z Koalicji wrócą do Limy i wszystko będzie jak dawniej. Niech się pani nie przejmuje.
– Ale tylu zabitych, tylu rannych – jej oczy tak błyszczały, myśli, jakby sama liczyła zabitych i oglądała rannych. – W teatrze w Arequipie. Ci z Koalicji zrobili miting i na to wpadli ludzie Odrii, i zaczęli się bić i policja rzucała granaty. Pisali dzisiaj w „La Prensa”, proszę pana. Zabici, ranni. Panie Santiago, czy będzie rewolucja?
– Nie, nie będzie – powiedział Santiago. – A w ogóle to czemu pani się boi. Nawet jeśli będzie, pani się nic nie stanie.
– Ale ja nie chcę, żeby wrócili apriści – powiedziała ze strachem pani Lucía. – Myśli pan, że Odria upadnie?
– Koalicja nie ma nic wspólnego z apristami – roześmiał się Santiago. – To czterej milionerzy, którzy kiedyś byli przyjaciółmi Odrii, a teraz się z nim pokłócili. Kłótnia w rodzinie. A poza tym to co by pani szkodziło, gdyby wrócili apriści?
– To ateusze, komuniści – powiedziała pani Lucía. – Może nie?
– Nie, proszę pani, ani jedno, ani drugie – powiedział Santiago. – Oni są bardziej prawicowi niż pani i bardziej niż pani nienawidzą komunistów. Ale nie ma się co martwić, oni nie wrócą, Odria jeszcze nas będzie uszczęśliwiał przez długie lata.
– A pan to by tylko żartował, panie Santiago – powiedziała pani Lucía. – Przepraszam, że pana obudziłam, myślałam, że jako dziennikarz będzie pan coś więcej wiedział. Zaraz podaję obiad.
Pani Lucía zamknęła drzwi, a on przeciągał się dłuższą chwilę. Stojąc pod prysznicem roześmiał się sam do siebie: przez okna starej rudery w Barranco wskakiwały bezszelestnie postacie nocnych gości, pani Lucía budziła się jęcząc „apriści!”, zdezorientowana, zdrętwiała z przerażenia tuliła w ramionach miauczącego kota i patrzyła, jak intruzi otwierają bieliźniarki, kufry i komody i zabierają jej zakurzone graty, dziurawe szale, ubrania zżarte przez mole: apriści, ateusze, komuniści! Wrócą, aby ograbiać przyzwoitych ludzi, takich jak pani Lucía, myśli. Myśli: gdybyś wiedziała, bidulo, że dla mojej mamy ty nigdy nie będziesz jedną z tych przyzwoitych osób. Właśnie kończył się ubierać, kiedy pani Lucia zapukała znowu: obiad na stole. Ta zupa z groszku, z jednym samotnym kartoflem-rozbitkiem w talerzu zielonej wody, myśli, te stęchłe jarzyny z kawałkami podeszwy, które pani Lucía nazywała gulaszem. Radio było włączone, pani Lucía słuchała z palcem przy ustach: w Arequipie została sparaliżowana wszelka działalność, na Placu Broni odbyła się manifestacja i przywódcy Koalicji znowu zażądali ustąpienia ministra Spraw Wewnętrznych, don Cayo Bermúdeza, którego czynili odpowiedzialnym za poważne incydenty, jakie miały miejsce poprzedniego dnia w Teatrze Miejskim, rząd nawoływał do spokoju, uprzedzając, że nie będzie się tolerowało bałaganu. Widzi pan, widzi pan, panie Santiago?