Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Może i ma pani rację, może Odria upadnie – powiedział Santiago. – Dawniej radio nie ośmieliłoby się podawać wiadomości tego rodzaju.
– A jeśli ci z Koalicji wejdą na miejsce Odrii, to będzie lepiej? – powiedziała pani Lucía.
– Będzie tak samo albo gorzej, proszę pani – powiedział Santiago. – Tylko że jak zabraknie Bermúdeza i wojskowych, to może mniej będziemy o tym wiedzieli.
– Pan ciągle żartuje – powiedziała pani Lucía. – Nawet o polityce nie mówi pan poważnie.
– A wtedy kiedy stary był w Koalicji? – mówi Santiago. – Ty się nie mieszałeś? Nie pomagałeś w manifestacjach, jakie organizowała Koalicja przeciwko Odrii?
– Ani przy don Cayo, ani wtedy, co pracowałem u pańskiego tatusia – mówi Ambrosio. – Nigdy się nie brałem do polityki, paniczu.
– No, muszę iść – powiedział Santiago. – Do widzenia pani. Wyszedł na dwór i dopiero teraz dostrzegł słońce, chłodne zimowe słońce, które odmłodziło geranie w maleńkim ogródku. Naprzeciwko pensjonatu stał jakiś samochód i Santiago minął go nie patrząc, ale kątem oka zauważył, że wóz ruszył i posuwa się tuż za nim. Odwrócił się i spojrzał: cześć, chudy.
Zza kierownicy uśmiechał się Chispas, z twarzą jak u dziecka, które coś zbroiło i nie wie, czy je za to pochwalą, czy skarcą. Otworzył drzwiczki, wsiadł, a Chispas uszczęśliwiony zaczai go poklepywać, psiakrew, no widzisz, jednak cię znalazłem, i śmiał się nerwowo, no widzisz.
– Jak, u diabła, trafiłeś do tego pensjonatu? – powiedział Santiago.
– Trzeba mieć tu, mądralo – Chispas stukał się w czoło, rechotał hałaśliwie, ale nie zdołał ukryć wzruszenia, myśli, ani zażenowania. – Straciłem kupę czasu, ale w końcu cię znalazłem, chudy.
Beżowy garnitur, kremowa koszula, jasnozielony krawat, a jaki był opalony, tryskał zdrowiem i siłą, i uświadomiłeś sobie, Zavalita, że masz od miesiąca nie czyszczone buty, a ubranie zmięte i poplamione.
– A co, mądralo, chciałbyś wiedzieć, jak cię złowiłem? Kupę razy zasadzałem się wieczorem pod „Kroniką”, starzy myśleli, że się gdzieś szlajam, a ja tkwiłem jak kołek i czekałem na ciebie. Dwa razy się naciąłem, wziąłem za ciebie jakiegoś innego, co wysiadł z autobusu. Ale wczoraj cię złapałem, jak wchodziłeś. Mówię ci, mądralo, aż zamarłem.
– Myślałeś, że zacznę w ciebie rzucać kamieniami – powiedział Santiago.
– Kamieniami to może i nie, ale że będziesz się stawiał – i zaczerwienił się. – Z ciebie taki wariat, kto cię tam wie. No ale wszystko w porządku, przyzwoicie się znalazłeś, mądralo.
Pokój był duży i brudny, ściany popękane, całe w plamach, nie posłane łóżko, męska bielizna rozwieszona na haczykach wbitych w mury. Amalia zobaczyła parawan, paczkę papierosów „inca” na nocnej szafce, obitą miskę, lusterko; śmierdziało moczem i zaduchem nie otwieranego pomieszczenia, i nagle zdała sobie sprawę, że płacze. Po co ją tu ściągnął? Mówił prawie nie poruszając ustami, i jeszcze te jego kłamstwa, mówił tak cicho, że ledwie go było słychać, poczekaj, tylko się zobaczę z moim kumplem, chciał ją oszukać, wykorzystać, a potem dać kopniaka, jak wtedy. Ambrosio siedział na rozbebeszonym łóżku i Amalia przez łzy widziała, jak kręci głową, nie wiesz, o co mi chodzi, nie rozumiesz mnie. Czemu ona płacze? mówił do niej czule, dlatego, że cię popchnąłem? patrząc na nią ze smutkiem i skruchą, tak się upierałaś, żeby nie wchodzić, zaraz by się zrobiło zbiegowisko, Amalio, zlecieliby się wszyscy z sąsiedztwa, co jest, co się dzieje, i co by potem powiedział Ludovico. Wziął papierosa z nocnej szafki, zapalił i wpatrywał się w Amalię, jej nogi, kolana, potem z wolna przesuwał wzrokiem ku górze, a kiedy spojrzał jej w oczy, uśmiechnął się, a jej się zrobiło gorąco i poczuła wstyd: ty głupia. Naburmuszyła się, jak tylko mogła. Ludovico zaraz tu będzie, Amalio, i wtedy oni wyjdą, no sama powiedz, czy ci coś zrobiłem? a ona tylko spróbuj, to popamiętasz. Chodź, Amalio, usiądź tutaj, pogadamy. Nie, ona nie usiądzie, otwórz drzwi, chciała wyjść. I on: a jak ten włókniarz cię zaprowadził do siebie, to też płakałaś? Twarz mu się ściągnęła i Amalia pomyślała jest zazdrosny, jest wściekły, i poczuła, że jej złość słabnie. On nie był taki jak ty, powiedziała patrząc w ziemię, nie wstydził się mnie, i myślała teraz się zerwie i będzie cię bił, on by jej nie wygnał ze strachu, że straci pracę, i myślała no wstań, no spróbuj mnie uderzyć, dla niego ja byłam na pierwszym miejscu, i myślała ty głupia, chcesz, żeby cię pocałował. A on się skrzywił, oczy mu latały, rzucił peta na ziemię i przydeptał, Amalia ma swoją ambicję, nie nabierzesz mnie dwa razy, a on popatrzył na nią z udręką: gdyby ten facet nie umarł, to przysięgam ci, Amalio, ja sam bym go zabił. Teraz by się na to zdobył, teraz tak. Tak, zerwał się jednym skokiem, i każdego, kto by mu stanął na drodze, każdego by zabił, i podszedł do niej zdecydowanym krokiem, głos miał trochę zachrypnięty: bo ty jesteś moja żona, ty będziesz. Nawet nie drgnęła, pozwoliła, żeby ją objął, i wtedy odepchnęła go z całej siły, aż się zachwiał i zaczął się śmiać, Amalio, Amalio, i znowu próbował ją objąć. I tak się odpychali, gonili po pokoju, tarmosili, aż nagle ktoś otworzył drzwi i ujrzeli przeraźliwie smutną twarz Ludovica.
Zgasił papierosa, zapalił następnego, założył nogę na nogę, słuchacze wyciągali szyje, żeby nie stracić ani jednego słówka, a on słuchał własnego zmęczonego głosu: ustalono, że dwudziesty szósty jest dniem wolnym od zajęć, dyrektorzy liceów i szkół handlowych otrzymali już odpowiednie instrukcje, mają zaprowadzić uczniów na plac, to zapewni dużą frekwencję, a pani Heredia będzie oglądała manifestację z balkonu ratusza, wysoka, poważna, biała i elegancka, a on tymczasem znajdzie się już w domu na hacjendzie i namówi służącą: no jak, Quetita, tysiąc, dwa tysiące, trzy tysiące solów? Ale oczywiście, uśmiechnął się i zobaczył uśmiechy na wszystkich twarzach, nie chodzi o to, żeby prezydent przemawiał do młodzieży szkolnej, i służąca powie dobrze, trzy tysiące, pan tu poczeka i schowa go za parawanem. Postanowiono również, że w manifestacji wezmą udział urzędnicy z administracji publicznej, chociaż nie stanowią oni bardzo licznej grupy, i tam, nieruchomy, ukryty w ciemnościach, będzie czekał przyglądając się dywanom z sierści wigonia i obrazom, i szerokiemu łożu z tiulowym baldachimem. Zakaszlał, wyprostował nogi: poza tym zorganizowano akcję propagandową. Komunikaty w miejscowej prasie i radiu, samochody osobowe i furgonetki z głośnikami przejadą przez miasto rozrzucając ulotki, to zachęci ludność do wzięcia udziału w manifestacji, a on będzie liczył minuty i sekundy, nie będzie czuł własnego ciała, a po krzyżu zacznie mu spływać lodowaty strumyczek, i wreszcie: tak, jest, przyszła. Jednakże, tu się pochylił i z sympatią i pokorą popatrzył w twarze zgromadzonych mężczyzn, Cajamarca to przede wszystkim nasze centrum rolnicze, więc ma nadzieję, że większość manifestantów przyjdzie prosto z pola, a to już zależy od was, panowie. I oto ją zobaczy, wysoka, biała, elegancka, poważna, wejdzie, jakby płynęła po dywanie, i on usłyszy och, jaka jestem zmęczona, i wezwie swoją Quelite. Pan pozwoli, don Cayo, powiedział senator Heredia, don Remigio Saldívar, przewodniczący Komitetu Powitalnego, jedna z najbardziej reprezentatywnych postaci wśród właścicieli rolnych w Cajamarca, chciałby coś powiedzieć w związku z manifestacją, i Bermúdez zobaczył, że w drugim rzędzie wstaje jakiś grubas, czarny jak mrówka. Na to przybiegnie Quetita i ona jej powie jestem zmęczona, chcę się położyć, pomóż mi, i Quetita jej pomoże, rozbierze ją powoli, a on będzie patrzył, będzie czuł, jak wszystkimi porami jego skóry wybucha ogień, jak miliony kraterów w jego skórze zaczynają płonąć. Wybaczcie mi, panowie, a zwłaszcza pan, señor Bermúdez, odchrząknął don Remigio Saldívar, on jest człowiekiem czynu, nie może przemawiać, to znaczy ja nie mówię tak dobrze jak Pchełka-Heredia, i na to senator zarechotał i po sali przeleciał śmiech. Bermúdez otworzył usta i skrzywił się, a tam była ona, biała, naga, poważna, wytworna, nieruchoma, a tymczasem Quetita, klęcząc u jej stóp, delikatnie ściągała jej pończochy, i wszyscy z uśmiechem obserwowali bohaterską walkę don Remigio Saldívara z własnym brakiem elokwencji, i dało się słyszeć do rzeczy, Remigio, oto Cajamarca, don Remigio: będzie je widział jak w wolno puszczonym filmie, ręce służącej, duże, ciemne, ordynarne, sunące coraz niżej i niżej po jej nogach, tak białych, tak białych, i don Remigio Saldívar przybrał uroczysty wyraz twarzy: w samej rzeczy, chciałby powiedzieć, żeby pan się o nic nie martwił, señor Bermúdez, oni już wszystko przemyśleli, przedyskutowali i przedsięwzięli odpowiednie środki. Teraz ona wyciągnie się na łóżku i będzie ją widział poprzez tiulowe zasłony, jak leży tam, biała i doskonale piękna, i usłyszy ty też, Quetita, ty też się rozbierz. Chodź, Quetita. Nie ma potrzeby sprowadzać młodzieży szkolnej ani urzędników, tyle ludzi nawet by się nie zmieściło na placu, señor Bermúdez: niech raczej zostaną w szkołach czy w biurach, tak będzie lepiej. Quetita zrzuci z siebie ubranie, a ona chodź, szybko, szybko, i zobaczy, jak tamta, wysoka, ciemna, twarda, giętka i prostacka, przeciągnie się zdejmując bluzkę, jak podkurczy nogi, szybko, szybko, i pantofle spadną bezgłośnie na dywan z wigoniowej sierści. Don Remigio Saldívar dodał z energicznym gestem: co do frekwencji na uroczystości, to nasza sprawa, a nie rządu, my, mieszkańcy Cajamarca, chcemy, aby prezydent wyniósł jak najlepsze wrażenie z wizyty na naszej ziemi. I teraz Quetita podbiegnie, przyfrunie, jej długie ramiona wyciągną się i rozsuną zasłonę z tiulu, a duże brązowe ciało w milczeniu opadnie na pościeclass="underline" proszę posłuchać, señor Bermúdez. Znikł żartobliwy ton i nieokrzesane maniery, zstąpił je głos poważny i pełen dumy, gesty nabrały uroczystego wyrazu i wszyscy go słuchali: rolnicy z całego departamentu dali swój wielki wkład w przygotowania do wizyty, kupcy i inne zawody również, proszę to wziąć pod uwagę. A on wysunie się zza parawanu i zbliży się do niej, jego ciało będzie jedną płonącą pochodnią, podejdzie do łóżka, zobaczy i serce mu zastygnie w agonalnym skurczu: proszę wziąć pod uwagę, że na placu znajdzie się czterdzieści tysięcy ludzi, a może i więcej. I będzie patrzył, jak na jego oczach obejmują się, dyszą, wdychają swój zapach, obnażają się nawzajem, i don Remigio Saldívar przerwał na chwilę, żeby wyciągnąć papierosa, i szukał zapałek, ale deputowany Azpilcueta już mu podawał ogień: ludzie to żaden problem, señor Bermúdez, prawdziwy problem to transport, jak to już wyjaśniał Pchełka-Heredia, śmiech, a on odruchowo otworzył usta i skrzywił się. Nie mogli zgromadzić tylu wozów, ile potrzeba do przewiezienia ludzi z hacjend do miasta i z powrotem, i don Remigio Saldívar wypuścił haust dymu, który ubielił mu twarz: zamówiliśmy dwadzieścia autobusów i ciężarówek, ale będą potrzebowali o wiele więcej. Bermúdez uniósł się nieco na swoim krześle: o to możecie się nie martwić, señor Saldívar, liczcie na nas, wszystko wam ułatwimy. Ręce białe i ręce brunatne, usta o grubych wargach i usta tak delikatne, piersi o szorstkich, nabrzmiałych sutkach i piersi o brodawkach maleńkich, jasnych i jedwabistych, uda o grubej ciemnej skórze i uda o skórze przejrzystej, z błękitnymi żyłkami, włosy na ciele, czarne, proste, i te włosy złotawe i kręcone: wojsko udostępni im wszystkie wozy, jakich będą potrzebowali, señor Saldívar, a tamten to wspaniale señor Bermúdez, właśnie o to mieliśmy pana prosić, w ten sposób uda im się zapełnić cały plac, jak jeszcze nigdy w historii Cajamarca. A on: możecie na to liczyć, señor Saldívar. Ale jest jeszcze inna sprawa i o tym właśnie chciał im powiedzieć.