Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Ależ skąd – powiedział kulawy Melequías. – Tu jest dla pana kopertka, señor Lozano. Pozdrowienia od szefa.
– Dobra, w porządku. – A Ludovico i Hipólito jakby sobie mówili urobił go na miękko. – A co z tym drugim, kulas, zaglądał tutaj?
– Był w piątek – powiedział kulawy Melequías. – Tym samym wozem co kiedyś, señor Lozano.
– Dobrze, kulas – powiedział pan Lozano. – Brawo, kulas.
– Czy ja mu to mam za złe? – powiedział Ambrosio. – Hm, z jednej strony tak, to jasne, prawda? Ale, widzi pan, policja, polityka, te sprawy nigdy nie są zupełnie czyste. Jak człowiek pracował dla don Cayo, to od razu widział, jak to jest, don.
– Ale mieliśmy wypadek, señor Lozano – Ludovico i Hipólito: znowu coś nachrzanił. – Nie, nie zapomniałem, jak się obsługuje aparat, ten gość, co go pan przysłał, doskonale założył całą instalację. Sam naciskałem dźwignię.
– No więc gdzie są taśmy – powiedział pan Lozano. – Gdzie zdjęcia.
– Psy je zżarły, proszę pana – Hipólito i Ludovico nie patrzyli na siebie, przygryzali usta i skręcali się ze śmiechu. Zżarły połowę taśmy, poszarpały w kawałki fotografie. Paczka leżała na lodówce, a te kundle…
– Dość, kulas, dosyć – ryknął pan Lozano. – Ty kretynie, ty zakuty łbie, nie mam słów, ty idioto. Psy? Psy je zżarły?
– Tak, to ogromne psiska, señor – powiedział kulawy Melequías. – Szef je skądś wytrzasnął, ciągle są głodne, żrą, co im wpadnie w oczy, nawet człowieka by połknęły, jakby się nie bronił. Ale tamten facet na pewno jeszcze przyjedzie i wtedy…
– Ty lepiej idź do doktora – powiedział pan Lozano. – Chyba jest na to jakieś lekarstwo, zastrzyki czy cokolwiek, przecież taką głupotę trzeba leczyć, musi coś na to być. Psy, cholera, psy je zżarły. Ciao, kulas. Wyskakuj, nie zawracaj mi głowy przeprosinami, już cię nie ma. Ludovico, do Prolongación Meiggs.
– A poza tym nie tylko pan Lozano szantażował ludzi – powiedział Ambrosio. – Bo czy don Cayo ich nie wykorzystywał, tyle że w inny sposób? Ci dwaj mówili, że tam w służbie to każdy starał się coś dla siebie urwać, od tego najwyższego aż do ostatniego gnojka. Dlatego Ludovico tak marzył o etacie. Niech pan nie myśli, nie wszyscy są tacy szlachetni i uczciwi jak pan.
– Teraz ty pójdziesz, Hipólito – powiedział pan Lozano. – Niech cię poznają, bo Ludovica nie zobaczą przez dłuższy czas.
– Czemu pan tak powiedział, señor Lozano? – zapytał Ludovico.
– Nie udawaj idioty, sam dobrze wiesz czemu – powiedział pan Lozano. – Bo będziesz teraz pracował dla pana Bermudeza, tak jak chciałeś, nie?
W połowie następnego tygodnia Amalia robiła porządek na serwantce, kiedy odezwał się dzwonek. Poszła otworzyć, a tu don Fermín. Kolana się pod nią ugięły, ledwo wybąkała dzień dobry.
– Don Cayo w domu? – nie odpowiedział na jej przywitanie, prawie na nią nie spojrzał i wszedł do salonu. – Proszę mu powiedzieć, że przyjechał Zavala.
Nie poznał cię, zdołała pomyśleć trochę zdziwiona, trochę urażona, a tu zaraz pani wyjrzała na schody, wejdź, Fermín, usiądź, Cayo już jedzie, właśnie dzwonił. Może drinka?
Amalia zamknęła drzwi, wśliznęła się do spiżarni i podglądała. Don Fermín patrzył na zegarek, niecierpliwił się, był zmartwiony, pani podała mu kieliszek whisky. Co się stało z Cayo, zawsze taki punktualny? Oj, bo się pogniewam, mówiła pani, to już moje towarzystwo ci nie odpowiada? Jak pufale ze sobą rozmawiali, Amalia bardzo się dziwiła. Wyszła kuchennymi drzwiami, przebiegła ogród, a Ambrosio odjechał kawałek od domu. Przywitał ją ze zgnębioną twarzą: widział cię, rozmawiał z tobą?
– Nawet mnie nie poznał – powiedziała Amalia. – Czy się tak zmieniłam?
– To pół biedy, pół biedy – odetchnął Ambrosio, jakby mu przywrócono życie; kręcił głową, cały czas czymś się gryzł i patrzył w stronę domu.
– Ciągle coś ukrywasz, ciągle się czegoś boisz – powiedziała Amalia. – Ja to się może zmieniłam, ale ty jesteś ciągle taki sam.
Ale mówiła to z uśmiechem, żeby widział, że się nie gniewa, że żartuje, i pomyślała ty głupia, tak się cieszysz, że go widzisz. Teraz Ambrosio też się śmiał, a jego dłonie jakby mówiły chodź, Amalio, urwiemy się gdzieś. Przysunął się do niej i nagle złapał ją za rękę: spotkają się w niedzielę, o drugiej na przystanku, dobrze? Dobrze, no to do niedzieli.
– A może don Fermm teraz się przyjaźni z don Cayo – powiedziała Amalia. – I będzie ciągle tu przyjeżdżał. I wreszcie któregoś dnia mnie pozna.
– Właśnie że nie, pokłócili się na śmierć – powiedział Ambrosio. – Don Cayo pokrzyżował interesy don Ferminowi, bo don Fermín jest przyjacielem jednego generała, który chciał zrobić rewolucję.
Tak jej opowiadał, aż zobaczyli wyjeżdżający zza rogu czarny samochód pana Cayo, o, już przyjechał, zmykaj, raz dwa, i Amalia pobiegła do domu. Carlota czekała na nią w kuchni, wytrzeszczała gały, taka była ciekawa: to ona zna szofera tego pana? O czym mówili, co on ci powiedział, a jaki przystojny, nie? Amalia zaczęła coś kręcić i zaraz pani ją wezwała: zanieś tackę i postaw na biurku, Amalio. Wzięła kieliszki i popielniczki i zaniosła, mało tego wszystkiego nie upuściła, cała się trzęsła, myślała teraz już się tak samo boję jak ten głupi Ambrosio, zaraził mnie swoim strachem, a jak pan mnie pozna, to co mi powie. Nie poznał: oczy don Fermina spoczęły na niej przez sekundę, ale jej nie widziały. Siedział postukując nogą o podłogę, niecierpliwił się. Postawiła tackę na biurku i wyszła. Z pół godziny siedzieli przy zamkniętych drzwiach. Kłócili się, aż w kuchni słychać było głosy, wykrzykiwali coś, a pani podeszła i zamknęła drzwi od spiżarni, żeby nikt nie mógł podsłuchiwać. Kiedy Amalia zobaczyła przez kuchenne okno, że auto don Fermina odjechało, poszła po tacę. Pan i pani rozmawiali o czymś w salonie. I o co tyle krzyku, mówiła pani, a pan: ten szczur chciał zwiać z tonącego okrętu, teraz musi za to płacić i nie w smak mu. Jakim prawem nazywał don Fermina szczurem? Don Fermina, który był o wiele lepszy, o wiele bardziej przyzwoity niż on sam? myślała Amalia. Na pewno mu zazdrości, a Carlota do niej no to mi opowiedz, kto to był, o czym rozmawiali.
– Ja też objąłem to stanowisko na prośbę prezydenta – powiedział miodowym głosem doktor Arbeláez, a on pomyślał no to teraz możemy zawrzeć pokój. – Staram się dobrze wykonywać moją pracę, toteż…
– Wszystko, co dobrze idzie, wszystko, co pozytywne w ministerstwie, to pana zasługa, doktorze – powiedział Bermúdez z nagłą energią. – A ja się zajmuję negatywnymi stronami naszej pracy. Nie, nie żartuję, tak jest. Proszę mi wierzyć, ułatwiam panu pracę uwalniając pana od spraw czysto policyjnych.
– Nie chciałem pana obrazić, don Cayo – podbródek doktora Arbelaeza już się nie trząsł.
– Wcale mnie pan nie obraził – powiedział Bermúdez. Chętnie bym porobił te cięcia w funduszu Służby Bezpieczeństwa. Ale nie mogę, po prostu nie mogę. Niech pan sam sprawdzi.
Doktor Arbeláez wziął papiery i zaraz mu je oddał:
– Proszę to zabrać, nie musi mi pan z niczego zdawać sprawy, wierzę panu – usiłował się uśmiechnąć rozchyliwszy wargi. – Zobaczymy, może się coś wymyśli na remont wozów i na rozpoczęcie robót w Tacna i Moquegua.
Podali sobie ręce, ale doktor Arbeláez nie wstał na pożegnanie. Bermúdez poszedł prosto do swego gabinetu, gdzie zaraz za nim wśliznął się doktor Alcibiades.
– Naczelnik i Lozano właśnie wyszli, don Cayo – podał mu kopertę. – Zdaje się, nie najlepsze wiadomości z Meksyku.
Dwie strony maszynopisu, z ręcznymi poprawkami, wprowadzonymi nerwowym pismem na marginesach. Doktor Alcibiades zapalił mu papierosa, a on czytał powoli i uważnie.