Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Walczyli.
I przegrywali.
Jedną z rzeczy, które pamiętała wyraźnie, było to, że ziemia może rodzić kamienie. Co roku wiosną cała rodzina wychodziła na pole i zbierała je, usypując w wielkie stosy. Dopiero potem była orka i sianie zboża. A następnej wiosny znów najpierw odkamieniali rolę, a potem dopiero ją obsiewali. I tak bez końca. To też dobrze pamiętała, ich skrawek ziemi otoczony wianuszkiem kamiennych kopców, najstarsze porosły już jakimś zielskiem i jeżynami. Bawiła się między tymi pagórkami razem z braćmi, niecierpliwie wypatrując pierwszych owoców. Niemal zawsze chodziła głodna. To dlatego, zanim skończyła siedem lat, razem z chłopcami nauczyła się strzelać z łuku. Zając, świstak czy nawet wiewiórka – nie było stworzenia niegodnego jej strzały. Wszystko, co mogło trafić do garnka, a potem do brzucha, stawało się celem.
– Głód, chłód i ubóstwo – rzuciła wreszcie. – Tu można tylko kozy i owce hodować, niewiele urośnie na okolicznych kamieniach, a właściciel ziemi odbierze ci każdy grosz, jaki zarobisz na roli. Jeśli ktoś ma głowę na karku, ciuła latami tylko po to, żeby się stąd wynieść.
Najlepiej pamiętała dzień, gdy ojciec postanowił wyruszyć na południe. Po wojnie z koczownikami położone przy granicy Stepów prowincje z otwartością witały każdą parę rąk do pracy, obiecując lata wolnizny od podatków, darmową ziemię i liczne przywileje. Ojciec po długiej rozmowie z matką wykopał ukryty w kącie izby mieszek z garścią srebra, pojechał do miasta i wrócił z wozem zaprzężonym w dwa konie. Dwa konie! Pierwszy raz w życiu widziała wtedy z bliska konia, dotychczas używali do orki wołu sąsiadów, opłacanego za każdy dzień pracy.
Pochyliła się i poklepała Toryna po szyi. Kto by pomyślał, prawda?
A potem była podróż na południe, wjazd na Stepy, które otworzyły się przed nimi jak cudowna, oferująca nieskończone możliwości kraina i nocne spotkanie z bandytami.
I kłujący ją w tyłek patyk.
Odetchnęła jeszcze raz, tak głęboko, że niemal zakręciło jej się w głowie. Nie, Olekady z pewnością nie były jej domem. Już nie.
A mimo to los zagnał ją tutaj, choć wcale o to nie prosiła. Prawie czuła, jak ten stary oszust poklepuje ją po głowie i mruczy protekcjonalnym tonem: „Kto by pomyślał, prawda?”.
Jechały chwilę w milczeniu, Daghena nie ponaglała rozmowy.
– Mieszkaliśmy jeszcze dalej na północ, jakieś trzydzieści mil za Valener. Te okolice... Właściwie niemal cała szlachta, wszyscy hrabiowie i baronowie, to starej krwi Meekhańczycy. Osiedlili się tu zaraz po podbiciu tych ziem, po pokonaniu Świątyni Dress. Prawie trzysta lat temu. Ta świątynia stawiała długi i zacięty opór, w całych Olekadach są pozostałości po górskich twierdzach, które Meekhańczycy musieli zdobywać jedną po drugiej. Zresztą podobno Kehloren też było kiedyś twierdzą-światynią małżonki Pana Burz. W czasie tych wojen niemal cała miejscowa arystokracja padła, a po podboju Meekhan osiedlił tu mnóstwo żołnierzy, wielu z nich nagradzając tytułami szlacheckimi. Dziadek mi o tym opowiadał, gdy pytałam go, dlaczego właśnie tu zamieszkaliśmy. Miejscowa szlachta jest... – zawahała się, szukając właściwych słów – bardziej meekhańska niż sam cesarz i chętnie osiedla u siebie na dzierżawach meekhańskich osadników. Takich jak moja rodzina. I jest przekonana, że ci powinni być dumni, że pracują na ziemiach szlachciców czystej krwi. Nawet jeśli człowiek głoduje i marznie od świtu do nocy. Od lat żenią się między sobą, uważają, że mieszane małżeństwo to hańba dla rodu, a każdy, kto nie ma przynajmniej dziesięciu udokumentowanych pokoleń meekhańskich przodków, w ogóle nie powinien pokazywać im się na oczy.
– Pracowaliście dla takiego szlachcica?
Skinęła głową.
– Dzierżawiliśmy kawałek gruntu. Pracowaliśmy ciężej niż biedota w Lithrew, jedliśmy gorzej niż żebracy. A wszystko pod łaskawą protekcją baronów i hrabiów z gór.
– Ha, jeśli wszyscy są tu tacy... Nie ucieszą się na nasz widok.
– Nie. Ale ograniczą się do ignorowania. W końcu idzie przed nami cesarski rozkaz, a dla tutejszych słowo Imperatora jest święte. Poza tym większość ma zamki pobudowane wyżej w górach i rzadko z nich wychodzi. Nie spodziewam się problemów. Ale powitania chlebem i zaproszenia pod dach też nie. Zjazd przed nami.
Rzeczywiście, od głównego traktu odgałęziała się boczna droga. Równie szeroka i solidna, choć wyraźnie rzadziej używana.
– Droga wiedzie prosto jak strzelił. Twierdza znajduje się dwanaście mil stąd. Co jest dalej, nie mam pojęcia.
Zapatrzyli się w ścianę lasu i wyrastające nad nią góry. Teraz cały plan wydawał się szaleństwem. Nie zwykłym szaleństwem, lecz wykwitem chorego, złożonego majakiem wielodniowej gorączki umysłu. Janne chrząknął.
– Jesteście pewni, że znaleźli drogę na drugą stronę? Przez te skały? Trzeba by mieć skrzydła jak ptak...
– Podobno znaleźli. – Kocimiętka wzruszył ramionami. – Tak twierdzi Laskolnyk, a ja mu wierzę. Dał słowo. To co, Kailean? Podjedziemy kawałek do twierdzy, czy czekamy tu pół dnia? Dopiero świta. Zanim reszta przyjedzie, będzie południe.
Cholera, sama nie wiedziała, jak to się stało, że reszta pyta ją o zdanie. Chyba miało to coś wspólnego z faktem, że pochodziła z tych okolic, i pewnie też z tym, że góry wzbudzały w jej towarzyszach niepokój. Rozejrzała się po okolicy. Słup milowy z wykutymi w kamieniu odległościami do miasta i twierdzy, rów odwadniający i puste pole, porośnięte jesienną jeszcze, pożółkłą trawą. Odmarzający szron zamienił ziemię w błocko. Mogli tu tkwić pół dnia, podziwiając okolicę.
– No dobra, nic się nie stanie, jak podjedziemy kawałek w stronę gór. Zostawmy tylko znak dla reszty.
Daghena wyjęła z torby kawałek węgla drzewnego i maznęła słup poniżej znaków informujących o odległości do zamku.
– Jedziemy.
* * *
– Oto moja zasługa. Nazywam się Daghena Oanyter z rodu Weghein z plemienia Hearysów. Urodziłam się w roku Dzikiego Konia, trzy lata po tym, jak straciliśmy większość ziem na rzecz Złotego Namiotu. Moja matka była Widzącą, moja babka Słuchającą. Jedna widziała duchy, druga je słyszała, obie potrafiły korzystać z ich pomocy. W Imperium to zakazana magia. Zgodnie z Kodeksem, Moc może być kierowana tylko przez żywy, świadomy umysł maga. Tak działają aspektowane Źródła. Czarodziej czerpie Moc, splata ją, przekształca i używa wedle swej woli i umiejętności. Każdy aspekt jest trochę inny, ale wszystkie mają ogromną potęgę. – Daghena lekko musnęła jeden ze swoich wisiorków. – W magii mojego ludu duchy pomagają okiełznać Moc. Duchy przodków, tych, którzy nie odeszli do Domu Snu, duchy zwierząt, duchy mieszkające w roślinach, ziemi, wodzie, ogniu i wietrze. Jeśli je Widzisz lub Słyszysz, możesz zaproponować służbę. Niektóre pragną odrobiny krwi, inne ciepła ludzkiego ciała albo kawałka ciasta, trochę piwnej piany. Większość nie potrafi niczego dokonać, dopóki nie zostanie zaklęta w materialny przedmiot.