Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 173
Перейти на страницу:

Wal­czy­li.

I prze­gry­wa­li.

Jed­ną z rze­czy, któ­re pa­mię­ta­ła wy­raź­nie, było to, że zie­mia może ro­dzić ka­mie­nie. Co roku wio­sną cała ro­dzi­na wy­cho­dzi­ła na pole i zbie­ra­ła je, usy­pu­jąc w wiel­kie sto­sy. Do­pie­ro po­tem była orka i sia­nie zbo­ża. A na­stęp­nej wio­sny znów naj­pierw od­ka­mie­nia­li rolę, a po­tem do­pie­ro ją ob­sie­wa­li. I tak bez koń­ca. To też do­brze pa­mię­ta­ła, ich skra­wek zie­mi oto­czo­ny wia­nusz­kiem ka­mien­nych kop­ców, naj­star­sze po­ro­sły już ja­kimś ziel­skiem i je­ży­na­mi. Ba­wi­ła się mię­dzy tymi pa­gór­ka­mi ra­zem z brać­mi, nie­cier­pli­wie wy­pa­tru­jąc pierw­szych owo­ców. Nie­mal za­wsze cho­dzi­ła głod­na. To dla­te­go, za­nim skoń­czy­ła sie­dem lat, ra­zem z chłop­ca­mi na­uczy­ła się strze­lać z łuku. Za­jąc, świ­stak czy na­wet wie­wiór­ka – nie było stwo­rze­nia nie­god­ne­go jej strza­ły. Wszyst­ko, co mo­gło tra­fić do garn­ka, a po­tem do brzu­cha, sta­wa­ło się ce­lem.

– Głód, chłód i ubó­stwo – rzu­ci­ła wresz­cie. – Tu moż­na tyl­ko kozy i owce ho­do­wać, nie­wie­le uro­śnie na oko­licz­nych ka­mie­niach, a wła­ści­ciel zie­mi od­bie­rze ci każ­dy grosz, jaki za­ro­bisz na roli. Je­śli ktoś ma gło­wę na kar­ku, ciu­ła la­ta­mi tyl­ko po to, żeby się stąd wy­nieść.

Naj­le­piej pa­mię­ta­ła dzień, gdy oj­ciec po­sta­no­wił wy­ru­szyć na po­łu­dnie. Po woj­nie z ko­czow­ni­ka­mi po­ło­żo­ne przy gra­ni­cy Ste­pów pro­win­cje z otwar­to­ścią wi­ta­ły każ­dą parę rąk do pra­cy, obie­cu­jąc lata wol­ni­zny od po­dat­ków, dar­mo­wą zie­mię i licz­ne przy­wi­le­je. Oj­ciec po dłu­giej roz­mo­wie z mat­ką wy­ko­pał ukry­ty w ką­cie izby mie­szek z gar­ścią sre­bra, po­je­chał do mia­sta i wró­cił z wo­zem za­przę­żo­nym w dwa ko­nie. Dwa ko­nie! Pierw­szy raz w ży­ciu wi­dzia­ła wte­dy z bli­ska ko­nia, do­tych­czas uży­wa­li do orki wołu są­sia­dów, opła­ca­ne­go za każ­dy dzień pra­cy.

Po­chy­li­ła się i po­kle­pa­ła To­ry­na po szyi. Kto by po­my­ślał, praw­da?

A po­tem była po­dróż na po­łu­dnie, wjazd na Ste­py, któ­re otwo­rzy­ły się przed nimi jak cu­dow­na, ofe­ru­ją­ca nie­skoń­czo­ne moż­li­wo­ści kra­ina i noc­ne spo­tka­nie z ban­dy­ta­mi.

I kłu­ją­cy ją w ty­łek pa­tyk.

Ode­tchnę­ła jesz­cze raz, tak głę­bo­ko, że nie­mal za­krę­ci­ło jej się w gło­wie. Nie, Ole­ka­dy z pew­no­ścią nie były jej do­mem. Już nie.

A mimo to los za­gnał ją tu­taj, choć wca­le o to nie pro­si­ła. Pra­wie czu­ła, jak ten sta­ry oszust po­kle­pu­je ją po gło­wie i mru­czy pro­tek­cjo­nal­nym to­nem: „Kto by po­my­ślał, praw­da?”.

Je­cha­ły chwi­lę w mil­cze­niu, Da­ghe­na nie po­na­gla­ła roz­mo­wy.

– Miesz­ka­li­śmy jesz­cze da­lej na pół­noc, ja­kieś trzy­dzie­ści mil za Va­le­ner. Te oko­li­ce... Wła­ści­wie nie­mal cała szlach­ta, wszy­scy hra­bio­wie i ba­ro­no­wie, to sta­rej krwi Me­ekhań­czy­cy. Osie­dli­li się tu za­raz po pod­bi­ciu tych ziem, po po­ko­na­niu Świą­ty­ni Dress. Pra­wie trzy­sta lat temu. Ta świą­ty­nia sta­wia­ła dłu­gi i za­cię­ty opór, w ca­łych Ole­ka­dach są po­zo­sta­ło­ści po gór­skich twier­dzach, któ­re Me­ekhań­czy­cy mu­sie­li zdo­by­wać jed­ną po dru­giej. Zresz­tą po­dob­no Keh­lo­ren też było kie­dyś twier­dzą-świa­ty­nią mał­żon­ki Pana Burz. W cza­sie tych wo­jen nie­mal cała miej­sco­wa ary­sto­kra­cja pa­dła, a po pod­bo­ju Me­ekhan osie­dlił tu mnó­stwo żoł­nie­rzy, wie­lu z nich na­gra­dza­jąc ty­tu­ła­mi szla­chec­ki­mi. Dzia­dek mi o tym opo­wia­dał, gdy py­ta­łam go, dla­cze­go wła­śnie tu za­miesz­ka­li­śmy. Miej­sco­wa szlach­ta jest... – za­wa­ha­ła się, szu­ka­jąc wła­ści­wych słów – bar­dziej me­ekhań­ska niż sam ce­sarz i chęt­nie osie­dla u sie­bie na dzier­ża­wach me­ekhań­skich osad­ni­ków. Ta­kich jak moja ro­dzi­na. I jest prze­ko­na­na, że ci po­win­ni być dum­ni, że pra­cu­ją na zie­miach szlach­ci­ców czy­stej krwi. Na­wet je­śli czło­wiek gło­du­je i mar­z­nie od świ­tu do nocy. Od lat że­nią się mię­dzy sobą, uwa­ża­ją, że mie­sza­ne mał­żeń­stwo to hań­ba dla rodu, a każ­dy, kto nie ma przy­naj­mniej dzie­się­ciu udo­ku­men­to­wa­nych po­ko­leń me­ekhań­skich przod­ków, w ogó­le nie po­wi­nien po­ka­zy­wać im się na oczy.

– Pra­co­wa­li­ście dla ta­kie­go szlach­ci­ca?

Ski­nę­ła gło­wą.

– Dzier­ża­wi­li­śmy ka­wa­łek grun­tu. Pra­co­wa­li­śmy cię­żej niż bie­do­ta w Li­th­rew, je­dli­śmy go­rzej niż że­bra­cy. A wszyst­ko pod ła­ska­wą pro­tek­cją ba­ro­nów i hra­biów z gór.

– Ha, je­śli wszy­scy są tu tacy... Nie ucie­szą się na nasz wi­dok.

– Nie. Ale ogra­ni­czą się do igno­ro­wa­nia. W koń­cu idzie przed nami ce­sar­ski roz­kaz, a dla tu­tej­szych sło­wo Im­pe­ra­to­ra jest świę­te. Poza tym więk­szość ma zam­ki po­bu­do­wa­ne wy­żej w gó­rach i rzad­ko z nich wy­cho­dzi. Nie spo­dzie­wam się pro­ble­mów. Ale po­wi­ta­nia chle­bem i za­pro­sze­nia pod dach też nie. Zjazd przed nami.

Rze­czy­wi­ście, od głów­ne­go trak­tu od­ga­łę­zia­ła się bocz­na dro­ga. Rów­nie sze­ro­ka i so­lid­na, choć wy­raź­nie rza­dziej uży­wa­na.

– Dro­ga wie­dzie pro­sto jak strze­lił. Twier­dza znaj­du­je się dwa­na­ście mil stąd. Co jest da­lej, nie mam po­ję­cia.

Za­pa­trzy­li się w ścia­nę lasu i wy­ra­sta­ją­ce nad nią góry. Te­raz cały plan wy­da­wał się sza­leń­stwem. Nie zwy­kłym sza­leń­stwem, lecz wy­kwi­tem cho­re­go, zło­żo­ne­go ma­ja­kiem wie­lo­dnio­wej go­rącz­ki umy­słu. Jan­ne chrząk­nął.

– Je­ste­ście pew­ni, że zna­leź­li dro­gę na dru­gą stro­nę? Przez te ska­ły? Trze­ba by mieć skrzy­dła jak ptak...

– Po­dob­no zna­leź­li. – Ko­ci­mięt­ka wzru­szył ra­mio­na­mi. – Tak twier­dzi La­skol­nyk, a ja mu wie­rzę. Dał sło­wo. To co, Ka­ile­an? Pod­je­dzie­my ka­wa­łek do twier­dzy, czy cze­ka­my tu pół dnia? Do­pie­ro świ­ta. Za­nim resz­ta przy­je­dzie, bę­dzie po­łu­dnie.

Cho­le­ra, sama nie wie­dzia­ła, jak to się sta­ło, że resz­ta pyta ją o zda­nie. Chy­ba mia­ło to coś wspól­ne­go z fak­tem, że po­cho­dzi­ła z tych oko­lic, i pew­nie też z tym, że góry wzbu­dza­ły w jej to­wa­rzy­szach nie­po­kój. Ro­zej­rza­ła się po oko­li­cy. Słup mi­lo­wy z wy­ku­ty­mi w ka­mie­niu od­le­gło­ścia­mi do mia­sta i twier­dzy, rów od­wad­nia­ją­cy i pu­ste pole, po­ro­śnię­te je­sien­ną jesz­cze, po­żół­kłą tra­wą. Od­ma­rza­ją­cy szron za­mie­nił zie­mię w błoc­ko. Mo­gli tu tkwić pół dnia, po­dzi­wia­jąc oko­li­cę.

– No do­bra, nic się nie sta­nie, jak pod­je­dzie­my ka­wa­łek w stro­nę gór. Zo­staw­my tyl­ko znak dla resz­ty.

Da­ghe­na wy­ję­ła z tor­by ka­wa­łek wę­gla drzew­ne­go i ma­znę­ła słup po­ni­żej zna­ków in­for­mu­ją­cych o od­le­gło­ści do zam­ku.

– Je­dzie­my.

* * *

– Oto moja za­słu­ga. Na­zy­wam się Da­ghe­na Oany­ter z rodu We­ghe­in z ple­mie­nia He­ary­sów. Uro­dzi­łam się w roku Dzi­kie­go Ko­nia, trzy lata po tym, jak stra­ci­li­śmy więk­szość ziem na rzecz Zło­te­go Na­mio­tu. Moja mat­ka była Wi­dzą­cą, moja bab­ka Słu­cha­ją­cą. Jed­na wi­dzia­ła du­chy, dru­ga je sły­sza­ła, obie po­tra­fi­ły ko­rzy­stać z ich po­mo­cy. W Im­pe­rium to za­ka­za­na ma­gia. Zgod­nie z Ko­dek­sem, Moc może być kie­ro­wa­na tyl­ko przez żywy, świa­do­my umysł maga. Tak dzia­ła­ją aspek­to­wa­ne Źró­dła. Cza­ro­dziej czer­pie Moc, spla­ta ją, prze­kształ­ca i uży­wa we­dle swej woli i umie­jęt­no­ści. Każ­dy aspekt jest tro­chę inny, ale wszyst­kie mają ogrom­ną po­tę­gę. – Da­ghe­na lek­ko mu­snę­ła je­den ze swo­ich wi­sior­ków. – W ma­gii mo­je­go ludu du­chy po­ma­ga­ją okieł­znać Moc. Du­chy przod­ków, tych, któ­rzy nie ode­szli do Domu Snu, du­chy zwie­rząt, du­chy miesz­ka­ją­ce w ro­śli­nach, zie­mi, wo­dzie, ogniu i wie­trze. Je­śli je Wi­dzisz lub Sły­szysz, mo­żesz za­pro­po­no­wać służ­bę. Nie­któ­re pra­gną odro­bi­ny krwi, inne cie­pła ludz­kie­go cia­ła albo ka­wał­ka cia­sta, tro­chę piw­nej pia­ny. Więk­szość nie po­tra­fi ni­cze­go do­ko­nać, do­pó­ki nie zo­sta­nie za­klę­ta w ma­te­rial­ny przed­miot.

1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)