Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 210
Перейти на страницу:

— Po­wiedz mu, że ja też mam czte­ry ręce.

— Co???

— Po pro­stu po­wiedz.

Jej sło­wa wy­wo­ła­ły kon­ster­na­cję, wy­mia­nę zdzi­wio­nych spoj­rzeń i krót­kich wark­nięć to­wa­rzy­szą­cych ob­na­ża­niu zę­bów. Wi­dzia­ła już te miny i nie bała się ich.

Wię­żą­cy chłop­ca wo­jow­nik uci­szył wszyst­kich krót­kim wy­bu­chem pa­skud­ne­go śmie­chu. Wska­zał nie na Key’lę, lecz na Dwa Pal­ce, i wy­pluł z sie­bie krót­kie zda­nie.

— Pyta, dla­cze­go nie zo­rien­to­wa­łem się, że je­steś sza­lo­na — do­bie­gło z tyłu. — A te­raz pyta, gdzie two­ja dru­ga para rąk.

Dziew­czyn­ka wska­za­ła na Ko­cy­ka.

— Tam.

Pa­trzy­ła tyl­ko na chłop­ca, ale do­sko­na­le sły­sza­ła, jak jej gest wy­wo­łu­je w krę­gu va­ihi­rów falę peł­nych zdu­mie­nia szep­tów. Nie po­zwo­li­ła im ochło­nąć.

— Tłu­macz — za­żą­da­ła. — Mó­wi­cie, że Ko­cyk nie jest oso­bą, zgo­da. Ale je­śli on nie jest, to ja też nie. Mó­wi­cie, że nie ma du­szy, ser­ca, lo­jal­no­ści i współ­czu­cia. Może. Wi­dzia­łam lu­dzi, któ­rzy też ich nie mie­li. Wi­dzia­łam ta­kich, któ­rzy za­bi­ja­li i szli da­lej, jak­by nic się nie sta­ło, i ta­kich, któ­rzy z cu­dze­go bólu uczy­ni­li so­bie roz­ryw­kę.

Pod­nio­sła ko­szu­lę, po­ka­zu­jąc ró­żo­we bli­zny na pier­si i ple­cach.

Krąg umilkł.

— Je­śli Ko­cyk nie ma du­szy, to ja no­szę du­szę za nas obo­je, je­śli ja nie mam do­dat­ko­wej pary rąk, to on nią jest. Ra­zem je­ste­śmy oso­bą bar­dziej peł­ną niż osob­no. Kto z was od­bie­rze mi moje dło­nie? I za jaką winę?

Ka­wa­łek Że­la­za, któ­ry, jak do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­ła, no­sił na pier­si i twa­rzy ko­lek­cję blizn, przy któ­rej jej wła­sne wy­glą­da­ły jak za­dra­pa­nia, wy­rzu­cił z sie­bie jed­no sło­wo.

— Owen­dee — po­wtó­rzył Dwa Pal­ce. — Prze­pra­szam, Sła­ba Jed­na, ale nie umiem tego pro­sto prze­tłu­ma­czyć. To oszu­stwo pod­szy­te bez­czel­no­ścią i ukry­te za bra­kiem ho­no­ru.

Po­bliź­nio­ny wo­jow­nik prze­ma­wiał da­lej, a jej to­wa­rzysz tłu­ma­czył.

— Mówi, że two­je sło­wa kry­ją się za pod­stęp­nym tchó­rzo­stwem. Bo je­steś mała i wiesz, że nie da się ich udo­wod­nić w tań­cu że­la­za, gdyż nikt nie zmie­rzy się z tobą, by prze­ko­nać się, czy to praw­da. Bo nie ma ho­no­ru w wal­ce z dziec­kiem.

No pro­szę, a Usta Zie­mi pra­wie prze­chwa­la­ła się, że va­ihi­ro­wie zo­sta­li stwo­rze­ni do za­bi­ja­nia lu­dzi. Dzie­ci też.

Zbli­ża­ła się naj­trud­niej­sza część. Choć, praw­dę po­wie­dziaw­szy, va­ihir­ska ko­bie­ta wąt­pi­ła, czy w ogó­le do­trą do tego mo­men­tu.

Key’la wy­ję­ła zza pa­zu­chy ka­mień wiel­ko­ści ma­łe­go jabł­ka. Taki, któ­ry mie­ścił się ide­al­nie w dziew­czę­cej dło­ni.

— Za­py­taj go więc, czy da radę za­brać mi olo­ola.

Olo­ola – gra, któ­rą po­ka­za­ła jej Usta Zie­mi. Je­den za­wod­nik prze­rzu­ca mię­dzy swo­imi czte­re­ma dłoń­mi ka­mień, że­la­zną kul­kę, ka­wa­łek drew­na, co­kol­wiek, dru­gi pró­bu­je prze­chwy­cić ten przed­miot. Ist­nie­je kil­ka za­sad, ale trzy są naj­waż­niej­sze: moż­na się­gnąć po łup tyl­ko jed­ną ręką, nie wol­no do­tknąć prze­ciw­ni­ka i nie wol­no trzy­mać olo­ola w dło­ni dłu­żej niż ude­rze­nie ser­ca.

Ktoś w krę­gu za­śmiał się na­gle. Key’la ze zdu­mie­niem za­uwa­ży­ła, że to Czar­ny Bia­ły, jego śmiech jed­nak był ni­czym iskra, pło­mień prze­ska­ku­ją­cy mię­dzy snop­ka­mi su­chej tra­wy.

Po chwi­li śmia­li się nie­mal wszy­scy.

— Mój lud ceni od­wa­gę — zdra­dzi­ła jej Usta Zie­mi. — Od­wa­gę i odro­bi­nę bez­czel­no­ści rów­nież. Lubi tak­że wy­zwa­nia i ry­wa­li­za­cję. Tacy je­ste­śmy. Wy­ko­rzy­staj to.

— Olo­ola. — Key’la za­cze­ka­ła, aż śmiech ucich­nie. — Je­śli nie masz od­wa­gi skrzy­żo­wać bro­ni, od­bierz mi ten ka­mień. Ale mu­szę mieć swo­ją dru­gą parę rąk. Chy­ba że chcesz grać z oka­le­czo­nym dziec­kiem.

Po­szat­ko­wa­ne bli­zna­mi ob­li­cze va­ihi­ra skur­czy­ło się na­gle, skrze­pło w ka­mien­ną ma­skę. To też na­uczy­ła się roz­po­zna­wać. Ka­wa­łek Że­la­za był wście­kły. Tak wście­kły, że gdy­by nie uspo­ka­ja­ją­ca obec­ność Dwu Pal­ców za ple­ca­mi, Key’la za­czę­ła­by się oba­wiać o ży­cie.

Pod­szedł do niej, cią­gnąc Ko­cy­ka za sobą. Chło­piec wciąż tro­chę krwa­wił, że­la­zna ob­ręcz roz­dar­ła mu skó­rę na szyi, ale poza tym wy­glą­dał do­brze. Naj­wy­raź­niej va­ihi­ro­wie nie znę­ca­li się nad nim za bar­dzo, mimo iż uwa­ża­li go za śmier­tel­ne­go wro­ga. Przy­szło jej do gło­wy, że ich okru­cień­stwo jest za­re­zer­wo­wa­ne dla ko­goś in­ne­go niż dla tych, któ­rych uwa­ża­li za zwy­kłe na­rzę­dzia.

Ka­wa­łek Że­la­za gniew­nym szarp­nię­ciem ścią­gnął więź­nio­wi ob­ro­żę i od­rzu­cił ją na bok.

Kil­ka­dzie­siąt mie­czy i sza­bel wy­su­nę­ło się lek­ko z po­chew, co Key’la zło­wi­ła ką­tem oka, więc na­tych­miast po­de­szła do Ko­cy­ka, ob­ję­ła go, przy­tu­li­ła. Uśmiech­nął się i po­kle­pał ją po ple­cach dło­nią uzbro­jo­ną w pa­zu­ry.

— Mu­si­my za­grać, Ko­cy­ku. Jak w łap­ki.

Zro­zu­miał, bo oczy za­świe­ci­ły mu się ra­do­śnie. Na­dal nie wie­dzia­ła, ile on ro­zu­mie z tego, co się do nie­go mówi, a ile zga­du­je z tonu jej gło­su, ale kie­dy cof­nął się o krok i wy­ko­nał gest ude­rza­nia o coś w po­wie­trzu, była pew­na, że przy­naj­mniej jed­no sło­wo roz­po­znał i sko­ja­rzył.

— Tak. Jak w łap­ki, ale ina­czej. Po­ka­żę ci. — Po­wio­dła wo­kół wzro­kiem. — Mu­szę mu po­ka­zać, na czym po­le­ga ta gra, po­trze­bu­ję chwi­li.

Nikt się nie sprze­ci­wił.

Dwa Pal­ce zo­stał jej part­ne­rem w grze, gdy po­ka­zy­wa­ła chłop­cu, na czym po­le­ga olo­ola. To był ko­lej­ny trud­ny mo­ment i wszyst­ko za­le­ża­ło od tego, jak szyb­ko Ko­cyk poj­mie za­sa­dy za­ba­wy. Usta Zie­mi ostrze­ga­ła, że ple­mię nie lubi cze­kać zbyt dłu­go, że szyb­ko się znu­dzi albo uzna, że szko­da cza­su na ta­kie głu­po­ty, i każe za­bić i chłop­ca, bo to w koń­cu ka­na­loo, i Key’lę, bo ośmie­li­ła się ode­zwać na wie­cu.

Li­czy­ła tyl­ko na to, że Ko­cyk jest by­stry – łap­ki opa­no­wał już po kil­ku ru­chach.

Dwa Pal­ce prze­rzu­cał ka­mień mię­dzy swo­imi czte­re­ma dłoń­mi z wpra­wą, któ­ra su­ge­ro­wa­ła, że olo­ola jest jego ulu­bio­ną grą. Góra, dół, z le­wej do pra­wej, po prze­kąt­nej i po­wro­tem. Le­d­wo mo­gła na­dą­żyć wzro­kiem.

Spu­dło­wa­ła raz, dru­gi. Za trze­cim ra­zem wy­bi­ła ka­mień z toru lotu, ale go nie schwy­ci­ła. W krę­gu czwo­ro­rę­kich roz­le­gły się kpią­ce par­sk­nię­cia. Zi­gno­ro­wa­ła je. Po każ­dej nie­uda­nej pró­bie od­wra­ca­ła się do Ko­cy­ka i krę­ci­ła gło­wą, ro­biąc nie­za­do­wo­lo­ną minę. Do­tknę­ła ręki va­ihi­ra – źle, nie cof­nę­ła wy­star­cza­ją­co szyb­ko dło­ni i tra­fił ją ka­mień – nie­do­brze.

1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)