Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Powiedz mu, że ja też mam cztery ręce.
— Co???
— Po prostu powiedz.
Jej słowa wywołały konsternację, wymianę zdziwionych spojrzeń i krótkich warknięć towarzyszących obnażaniu zębów. Widziała już te miny i nie bała się ich.
Więżący chłopca wojownik uciszył wszystkich krótkim wybuchem paskudnego śmiechu. Wskazał nie na Key’lę, lecz na Dwa Palce, i wypluł z siebie krótkie zdanie.
— Pyta, dlaczego nie zorientowałem się, że jesteś szalona — dobiegło z tyłu. — A teraz pyta, gdzie twoja druga para rąk.
Dziewczynka wskazała na Kocyka.
— Tam.
Patrzyła tylko na chłopca, ale doskonale słyszała, jak jej gest wywołuje w kręgu vaihirów falę pełnych zdumienia szeptów. Nie pozwoliła im ochłonąć.
— Tłumacz — zażądała. — Mówicie, że Kocyk nie jest osobą, zgoda. Ale jeśli on nie jest, to ja też nie. Mówicie, że nie ma duszy, serca, lojalności i współczucia. Może. Widziałam ludzi, którzy też ich nie mieli. Widziałam takich, którzy zabijali i szli dalej, jakby nic się nie stało, i takich, którzy z cudzego bólu uczynili sobie rozrywkę.
Podniosła koszulę, pokazując różowe blizny na piersi i plecach.
Krąg umilkł.
— Jeśli Kocyk nie ma duszy, to ja noszę duszę za nas oboje, jeśli ja nie mam dodatkowej pary rąk, to on nią jest. Razem jesteśmy osobą bardziej pełną niż osobno. Kto z was odbierze mi moje dłonie? I za jaką winę?
Kawałek Żelaza, który, jak dopiero teraz zauważyła, nosił na piersi i twarzy kolekcję blizn, przy której jej własne wyglądały jak zadrapania, wyrzucił z siebie jedno słowo.
— Owendee — powtórzył Dwa Palce. — Przepraszam, Słaba Jedna, ale nie umiem tego prosto przetłumaczyć. To oszustwo podszyte bezczelnością i ukryte za brakiem honoru.
Pobliźniony wojownik przemawiał dalej, a jej towarzysz tłumaczył.
— Mówi, że twoje słowa kryją się za podstępnym tchórzostwem. Bo jesteś mała i wiesz, że nie da się ich udowodnić w tańcu żelaza, gdyż nikt nie zmierzy się z tobą, by przekonać się, czy to prawda. Bo nie ma honoru w walce z dzieckiem.
No proszę, a Usta Ziemi prawie przechwalała się, że vaihirowie zostali stworzeni do zabijania ludzi. Dzieci też.
Zbliżała się najtrudniejsza część. Choć, prawdę powiedziawszy, vaihirska kobieta wątpiła, czy w ogóle dotrą do tego momentu.
Key’la wyjęła zza pazuchy kamień wielkości małego jabłka. Taki, który mieścił się idealnie w dziewczęcej dłoni.
— Zapytaj go więc, czy da radę zabrać mi oloola.
Oloola – gra, którą pokazała jej Usta Ziemi. Jeden zawodnik przerzuca między swoimi czterema dłońmi kamień, żelazną kulkę, kawałek drewna, cokolwiek, drugi próbuje przechwycić ten przedmiot. Istnieje kilka zasad, ale trzy są najważniejsze: można sięgnąć po łup tylko jedną ręką, nie wolno dotknąć przeciwnika i nie wolno trzymać oloola w dłoni dłużej niż uderzenie serca.
Ktoś w kręgu zaśmiał się nagle. Key’la ze zdumieniem zauważyła, że to Czarny Biały, jego śmiech jednak był niczym iskra, płomień przeskakujący między snopkami suchej trawy.
Po chwili śmiali się niemal wszyscy.
— Mój lud ceni odwagę — zdradziła jej Usta Ziemi. — Odwagę i odrobinę bezczelności również. Lubi także wyzwania i rywalizację. Tacy jesteśmy. Wykorzystaj to.
— Oloola. — Key’la zaczekała, aż śmiech ucichnie. — Jeśli nie masz odwagi skrzyżować broni, odbierz mi ten kamień. Ale muszę mieć swoją drugą parę rąk. Chyba że chcesz grać z okaleczonym dzieckiem.
Poszatkowane bliznami oblicze vaihira skurczyło się nagle, skrzepło w kamienną maskę. To też nauczyła się rozpoznawać. Kawałek Żelaza był wściekły. Tak wściekły, że gdyby nie uspokajająca obecność Dwu Palców za plecami, Key’la zaczęłaby się obawiać o życie.
Podszedł do niej, ciągnąc Kocyka za sobą. Chłopiec wciąż trochę krwawił, żelazna obręcz rozdarła mu skórę na szyi, ale poza tym wyglądał dobrze. Najwyraźniej vaihirowie nie znęcali się nad nim za bardzo, mimo iż uważali go za śmiertelnego wroga. Przyszło jej do głowy, że ich okrucieństwo jest zarezerwowane dla kogoś innego niż dla tych, których uważali za zwykłe narzędzia.
Kawałek Żelaza gniewnym szarpnięciem ściągnął więźniowi obrożę i odrzucił ją na bok.
Kilkadziesiąt mieczy i szabel wysunęło się lekko z pochew, co Key’la złowiła kątem oka, więc natychmiast podeszła do Kocyka, objęła go, przytuliła. Uśmiechnął się i poklepał ją po plecach dłonią uzbrojoną w pazury.
— Musimy zagrać, Kocyku. Jak w łapki.
Zrozumiał, bo oczy zaświeciły mu się radośnie. Nadal nie wiedziała, ile on rozumie z tego, co się do niego mówi, a ile zgaduje z tonu jej głosu, ale kiedy cofnął się o krok i wykonał gest uderzania o coś w powietrzu, była pewna, że przynajmniej jedno słowo rozpoznał i skojarzył.
— Tak. Jak w łapki, ale inaczej. Pokażę ci. — Powiodła wokół wzrokiem. — Muszę mu pokazać, na czym polega ta gra, potrzebuję chwili.
Nikt się nie sprzeciwił.
Dwa Palce został jej partnerem w grze, gdy pokazywała chłopcu, na czym polega oloola. To był kolejny trudny moment i wszystko zależało od tego, jak szybko Kocyk pojmie zasady zabawy. Usta Ziemi ostrzegała, że plemię nie lubi czekać zbyt długo, że szybko się znudzi albo uzna, że szkoda czasu na takie głupoty, i każe zabić i chłopca, bo to w końcu kanaloo, i Key’lę, bo ośmieliła się odezwać na wiecu.
Liczyła tylko na to, że Kocyk jest bystry – łapki opanował już po kilku ruchach.
Dwa Palce przerzucał kamień między swoimi czterema dłońmi z wprawą, która sugerowała, że oloola jest jego ulubioną grą. Góra, dół, z lewej do prawej, po przekątnej i powrotem. Ledwo mogła nadążyć wzrokiem.
Spudłowała raz, drugi. Za trzecim razem wybiła kamień z toru lotu, ale go nie schwyciła. W kręgu czwororękich rozległy się kpiące parsknięcia. Zignorowała je. Po każdej nieudanej próbie odwracała się do Kocyka i kręciła głową, robiąc niezadowoloną minę. Dotknęła ręki vaihira – źle, nie cofnęła wystarczająco szybko dłoni i trafił ją kamień – niedobrze.