Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Czas żyć czas zabijać
Czas żyć czas zabijać - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czas żyć czas zabijać

Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:

Czas żyć czas zabijać
1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 111
Перейти на страницу:

- Znacie się na tym - ocenił wreszcie. - Macie fach w ręku, moglibyście się nim wyżywić. - Podbródkiem wskazał kowadło.

Były i takie czasy.

- Może… - przyznałem bez większego przekonania.

Skinięciem głowy pożegnałem kowala i z bronią ukrytą pod kożuchem opuściłem kuźnię. „Może” i „mógłbym” zupełnie mnie nie interesowały. Wspomnienia… Pewnie by bolały, gdybym nie był tak twardy. Niemniej przyjemnie spędziłem dzień. Najprzyjemniej od tak dawna, że sam już nie wiedziałem, od kiedy.

Kiedy wróciłem do mojego zajazdu, Mózg czekał na mnie na ulicy. Wyglądał bardzo nerwowo, przestępował z nogi na nogę, a kiedy mnie zobaczył, wyraźnie mu ulżyło.

- Bandarillo już na was czeka. Nikt was przez cały dzień nie mógł znaleźć.

- A więc akcja. Rozumiem, że dostanę stawkę za cały dzień w związku z tym?

- Bandarillo uprzedził mnie, że o to zapytasz. Oczywiście.

Nie ruszyliśmy w stronę sklepu zielarza i handlarza narkotykami, ale do części miasta, w której jeszcze nie byłem. Domy stały tu gęsto, uliczki były wąskie, ale przynajmniej część z nich została wybrukowana.

- Co się dzieje? - spytałem, widząc, że Mózg cały czas nerwowo rozgląda się na boki. I to pomimo że się jeszcze nie zdążyło ściemnić.

- Znaleźli kolejnego trupa - wyjawił.

Nie rozumiałem, co w tym takiego niezwykłego. Czasami odnosiłem wrażenie, że gdzie nie spojrzę, tam leży jakiś nieboszczyk. Skierowaliśmy się ku działce, która wyglądała na większą niż okoliczne, ale też gorzej utrzymaną. Przed bramą tkwił gość, którego z widzenia już zaczynałem rozpoznawać. Skinął nam na powitanie i wskazał ręką, abyśmy szli dalej. Przeszliśmy przez zaniedbany ogród i dotarliśmy do domu. W głównym pokoju czekał już Bandarillo ze swoją świtą. Tłok był tam taki, że gdybym się spróbował wbić na siłę, pewnie nie wytrzymałyby ściany.

- Chcę, żebyś na to popatrzył - zakomenderował bandyta.

Wskazałem dwóm jego gorylom, żeby wyszli. Nie byli zachwyceni, ale posłuchali. Coś tu jednak zaczynałem znaczyć.

Trup na podłodze wyglądał tak schludnie, że aż groteskowo. Miałem wrażenie, że ten człowiek zmarszczył się na śmierć. Był tak chudy i wyniszczony, że nie mogłem odgadnąć, w jaki sposób zdołał do tej pory utrzymać się przy życiu. Kucnąłem, żeby przyjrzeć mu się z bliska. Po brakujących zębach i poczerniałych dziąsłach poznałem, że brał khat. Może to przez narkotyk był taki wychudzony. Skoncentrowałem się na kwestii najważniejszej - zabiło go jedno uderzenie długim, wąskim ostrzem, które weszło za uchem i sięgnęło prosto mózgu. Ktoś musiał je zadać bardzo szybko i z piekielną wręcz precyzją. Trąciłem trupa palcem i wciągnąłem głęboko powietrze. Wnioskując po zapachu, dostali gościa nie później niż tego ranka. Powiedziałem o tym Bandarillowi.

- Czemu jest taki istotny? Co chwila ktoś kogoś gdzieś zabija - spytałem.

- Jest ze spisu. Z listy Harbirgera - wyjaśnił Bandarillo.

Nie wydawał się przestraszony czy zdenerwowany. Jeśli już, to najprędzej wściekły. Z pomieszczenia obok wynurzył się jakiś człowiek. W każdej ręce trzymał po jednym chlebku surowego opium.

- Jest ich tam całkiem sporo - oznajmił.

- Jak sporo? - zaciekawił się Bandarillo.

Mężczyzna wzruszył ramionami, więc Bandarillo, klnąc, poszedł sprawdzić sam. Ruszyłem za nim. Opium znajdowało się nie w samej izbie, ale w piwniczce tuż poniżej. Chlebki leżały na drewnianych paletach tak, aby miały swobodny dostęp świeżego powietrza z każdej strony, również od spodu.

- Za dużo tu jest towaru. Musiał pracować dla kogoś jeszcze, nie tylko dla mnie - ocenił po chwili Bandarillo.

Ciekawe.

Wziąłem łuczywo i obejrzałem sobie dokładnie całe podziemne pomieszczenie. Z tyłu, w samym rogu, dostrzegłem jedną paletę pustą. W odróżnieniu od pozostałych była solidnie zakurzona, jakby jej właściciel magazynu nie używał od dawna. Pozostały na niej jednak trzy ślady po czymś, co ktoś niedawno zabrał. Najprawdopodobniej opium. Mógł to być morderca, jednak dlaczego wziął tylko trzy i czemu z tej, a nie innej palety? Dziwne.

- I co o tym sądzi nasz mądrala? - zwrócił się do mnie jeden z goryli Bandarilla.

Mądrala? To miał być komplement czy próba obrazy? Ciężko się czasem połapać, a mnie tego typu różnice w ogóle już umykały. W myślach sam go ochrzciłem Mądralą.

- Zabił go ktoś bardzo szybki. Lubi bardzo ostrą broń. To taki typ, co to zdoła stanąć za twoimi plecami, a ty dalej nie będziesz niczego podejrzewał. To ten sam typek, który załatwił tego pierwszego. - Nawet nie próbowałem sobie przypomnieć imienia.

- No dobrze, ale co on z tego ma? Dlaczego to robi? - dopytywał się Bandarillo.

- Za przemyślenia mi nie płacicie. - Wzruszyłem ramionami.

Poczekaliśmy, aż całe opium zostało wyniesione, po czym opuściliśmy budynek.

- Chcę, żebyście mnie od tej pory chronili w dzień i w nocy - powiedział do mnie Bandarillo, kiedy dotarliśmy do jego domu.

- Nie. - Pokręciłem głową. - Macie dość ludzi. - Wskazałem czwórkę jego ochroniarzy.

Wszyscy czterej rzucili mi spojrzenia tak nienawistne, że komuś mniej gruboskórnemu pewnie by się zrobiło niedobrze.

- Płacicie mi za to, że was tu czy tam odprowadzę, że przegonię kogoś, kto wejdzie w drogę, zrobię „buu!” i postraszę. Niańką jednak nie będę. Do tego wystarczą wam tamci. - Kiwnąłem brodą na goryli. - Aha, i jesteście mi dłużni za dzisiaj.

Zapłacił bez słowa. Bycie chłopakiem na posyłki jednego z głównych bandytów Damarkandy okazało się zaskakująco opłacalne.

Cały następny dzień spędziłem, snując się po targowiskach, przesiadując w gospodach i nadstawiając ucha na to, czym żyło miasto. Natrafiłem na gwałtowną kłótnię między celnikami a właścicielem karawany. Celnicy upierali się, że muszą skontrolować cały ładunek, pomimo iż już raz był poddawany oględzinom i został opatrzony pieczęciami celnymi. Mężczyzna próbował ich przekonywać, wściekał się, próbował łapówek, znów się wściekał i klął na czym świat stoi, aż wreszcie musiał ustąpić, kiedy stało się jasne, że jeszcze chwila i go po prostu zamkną.

Inni handlarze, podróżujący na zachód, wydawali się mieć dużo więcej szczęścia. Drobna suma pieniędzy przeszła z ręki do ręki i bez najmniejszego problemu przejechali przez bramę i opuścili miasto. U jednego z gości z tej pierwszej karawany znaleźli jakieś opium, znów się z tego zrobił krzyk. To było wręcz śmieszne. Damarkandą szły każdego dnia tony opium, haszyszu, marihuany i innych narkotyków, a temu tutaj robili problemy z powodu niewielkiej ilości, którą miał na własny użytek. W końcu jakoś się wreszcie jednak dogadali i karawana ruszyła w swoją drogę.

Z całego dnia węszenia wynikało tylko tyle, że coś się w mieście dzieje, ale co konkretnie? Nie wiadomo. Cokolwiek to było, po powierzchni rozchodziły się póki co jedynie bardzo delikatne kręgi.

- Kobieta się wami interesuje - usłyszałem znajomy głos - a wy zupełnie nie zwracacie na nią uwagi.

Pan Łasiczka podszedł mnie, jak to tylko on potrafił. Spojrzałem z ukosa, miał rację. Jedna z handlarek rzeczywiście na mnie spoglądała. Większość uwagi poświęcała swemu towarowi i klientom, jednak w wolnych chwilach rzucała mi ukradkowe spojrzenia albo wręcz przyglądała mi się wprost w zamyśleniu. Jej zainteresowanie nie niosło ze sobą żadnej groźby, dlatego nie zwróciłem na nią wcześniej uwagi.

1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 111
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)