Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Statki czasu [The Time Ships - pl]
Statki czasu [The Time Ships - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Statki czasu [The Time Ships - pl]

Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:

Powieść napisana została z pozycji pojmowania kosmosu przez człowieka końca dwudziestego wieku i zdobyczy współczesnej nauki; jest nowoczesną reinterpretacją wizji Wellsa. Podróżnik w czasie u Baxtera zmierza ku nieskończoności. Jego zadanie jest daleko ważniejsze niz tylko uratowanie Weeny: prócz tajemnicy przyszłości musi także rozwiązać paradoksy otaczającego go świata.
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 128
Перейти на страницу:

Zdecydowałem, że moim pierwszym zadaniem będzie znalezienie świeżej wody. Nawet pomijając potrzeby Morloka, moje pragnienie było ogromne, gdyż po raz ostatni piłem jeszcze przed bombardowaniem Londynu.

Ułożyłem Morloka we wraku samochodu czasu, w pobliżu pnia drzewa. Uznałem, że jest to miejsce równie bezpieczne od ataków potworów tej epoki jak każde inne. Zdjąłem marynarkę i położyłem ją pod plecami Nebogipfela, by ochronić go przed wilgocią mazistej ściółki, a także wszystkimi pełzającymi i drapieżnymi stworzeniami, które mogły tam żyć! Po krótkim wahaniu wyciągnąłem klucz zza pasa i położyłem go na Morloku, zaciskając palce Nebogipfela wokół trzonka.

Nie chcąc zostawać bez broni, rozejrzałem się po wraku samochodu, aż znalazłem krótki, gruby kawałek żelaznego żebra. Zgiąłem go w bok, aż oderwał się od ramy. Zważyłem go w ręku. Nie był taki solidny jak klucz, ale lepsze to niż nic.

Postanowiłem, że pójdę tam, skąd dochodził odgłos wody. Wydawało mi się, że muszę iść w kierunku przeciwnym do słońca. Oparłem drąg na ramieniu i ruszyłem przez las.

2. PALEOCEŃSKIE MORZE

Łatwo mi się szło, gdyż drzewa wyrastały z luźnych, mieszanych kęp, między którymi leżały duże połacie równej ziemi. Gęsty, równomiernie rozłożony baldachim liści i gałęzi nie dopuszczał światła do ziemi i powstrzymywał rozwój roślinności.

Baldachim aż roił się od pełnych witalności form życia. Porosła — orchidee i pnącza — trzymały się kurczowo kory drzew, a liany zwisały z konarów. Było tam wiele gatunków ptaków i kolonii stworzeń żyjących na gałęziach: małp lub jakichś innych naczelnych (tak mi się wydawało na pierwszy rzut oka). Dostrzegłem stworzenie podobne do kuny, o długości mniej więcej ośmiu cali, z giętkimi ramionami i stawami oraz bujnym, krzaczastym ogonem, które śmignęło i przeskoczyło z gałęzi na gałąź, wydając krzyk przypominający kasłanie. Inne zwierzę było dość duże — o długości około jarda — i miało pazurki oraz chwytny ogon. To stworzenie nie uciekło, gdy się zbliżałem. Raczej przywarło do spodniej powierzchni gałęzi i obrzuciło mnie badawczym spojrzeniem, które odebrało mi odwagę.

Poszedłem dalej. Miejscowe zwierzęta nie znały człowieka, ale najwidoczniej z powodu obecności diatrymy i bez wątpienia innych drapieżników wykształciły u siebie silny instynkt samozachowawczy i będą uważać na moje próby ich upolowania.

Gdy mój wzrok przyzwyczaił się do panującego w lesie półmroku, dostrzegłem, że wszędzie widać dowody kamuflażu i oszustwa. Oto na przykład zobaczyłem gnijący liść, który przywarł do pnia drzewa — a przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki ten „liść”, kiedy się zbliżyłem, nie wysunął owadzich nóżek, po czym podobne do świerszcza stworzenie uciekło w podskokach. Oto na głazie dostrzegłem coś, co wyglądało jak rozrzucone krople deszczu, które w świetle przefiltrowanym przez baldachim pobłyskiwały niczym klejnociki. Kiedy się jednak pochyliłem, by je obejrzeć, okazały się gromadą chrząszczy z przezroczystymi skorupami. Ujrzałem też czarno-białą plamę guano na pniu drzewa — nie zdziwiło mnie, kiedy zobaczyłem, jak ospale wysuwają się z niej pajęcze nogi.

Mniej więcej pół mili dalej drzewa się przerzedziły. Przeszedłem przez pas drzew palmowych i wynurzyłem się w oślepiającym świetle słonecznym. Gruby, biały piasek chrzęścił pod moimi nogami. Znalazłem się na plaży. Za pasem wybrzeża rozciągała się tafla błyszczącej wody, tak szeroka, że nie widziałem przeciwległego brzegu. Słońce stało nisko na niebie za moimi plecami, ale dość mocno grzało. Czułem jego ciepło na karku i głowie.

Na długim, prostym odcinku plaży w oddali dostrzegłem rodzinę ptaków diatryma. Dwoje dorosłych muskało sobie pióra, oplatając się nawzajem szyjami, natomiast trójka młodych brodziła na swoich niezgrabnych nogach, pluskając się i pohukując, albo siedziała w wodzie i nawilżała swoje tłuste pióra. Z czarnym upierzeniem, pokraczną budową ciała i małymi skrzydłami cała gromadka wyglądała komicznie, ale bacznie obserwowałem ich ruchy, kiedy tam byłem, gdyż nawet najmniejsze młode miały trzy lub cztery stopy wzrostu i były dość muskularne.

Podszedłem do krawędzi wody. Zwilżyłem i oblizałem palce. Poczułem smak soli: to była wóda morska.

Słońce zniżyło się za las; najwyraźniej posuwało się na zachód; przynajmniej w tej kwestii nie zaszła zmiana. Dlatego przeszedłem jakieś pół mili na wschód w stosunku do położenia samochodu czasu i przypuszczałem, że jestem gdzieś w pobliżu skrzyżowania Knightsbridge i Sloane Street. W tej paleoceńskiej epoce znajdował się tam skraj morza! Wydawało się, że ocean zakrywa cały Londyn aż do wschodniej części Hyde Park Corner. Możliwe, że to morze było jakimś przedłużeniem Morza Północnego lub Kanału La Manche, które wdarło się na obszar Londynu. Jeżeli miałem rację, to mieliśmy dość dużo szczęścia. Gdyby poziom mórz podniósł się trochę bardziej, Nebogipfel i ja wylądowalibyśmy w głębinie oceanu, a nie na jego brzegu.

Zdjąłem skarpetki i buty, przywiązałem je sznurowadłami do pasa i wszedłem do wody. Zanurzając palce u nóg, poczułem, że jest chłodna. Kusiło mnie, żeby zanurzyć twarz, ale powstrzymałem się z obawy przed oddziaływaniem soli na moje rany. Znalazłem wgłębienie w piasku, które przy odpływie powinno utworzyć kałużę. Wsunąłem ręce w piasek w tym miejscu i wyciągnąłem zbieraninę żyjątek: małże, brzuchonogi i coś w rodzaju ostryg. Wyglądało na to, że jest tam niewiele gatunków, ale najwidoczniej w tym płodnym morzu występowały w ogromnych ilościach.

Na skraju tego oceanu, gdy bulgocząca woda lizała moje palce u rąk i nóg, a słońce ogrzewało mi kark, ogarnęło mnie wielkie uczucie spokoju. W dzieciństwie rodzice zabierali mnie na jednodniowe wycieczki do Lympne i Dungeness, gdzie chodziłem na brzeg morza — tak jak dzisiaj — i wyobrażałem sobie, że jestem sam na świecie. Teraz jednak to było niemal prawdą! Niezwykła to była myśl, że nigdzie na świecie nie żeglują po tym nowym oceanie żadne statki; że po drugiej stronie dżungli za moimi plecami nie ma miast. Zaiste, ja i biedny, ranny Morlok byliśmy jedynymi inteligentnymi istotami na planecie. Nie była to jednak niemiła perspektywa — ani trochę — po strasznym mroku i chaosie roku 1938, od którego tak niedawno uciekłem.

Wyprostowałem się. Morze było czarujące, ale nie mogliśmy pić słonej wody! Starannie zapamiętałem miejsce, w którym wynurzyłem się z dżungli — nie chciałem zgubić Nebogipfela w tamtym leśnym półmroku — i ruszyłem boso wzdłuż skraju wody, z dala od rodziny ptaków Diatiyma.

Po przebyciu mniej więcej mili dotarłem do strumyka, który wypływał z lasu i ściekał plażą do morza. Spróbowałem wody. Była słodka i wydawała się czysta. Poczułem ogromną ulgę: przynajmniej nie umrzemy dziś! Upadłem na kolana i zanurzyłem głowę oraz kark w zimnej, musującej wodzie. Piłem ją dużymi haustami, po czym zdjąłem marynarkę i koszulę, i wymoczyłem sobie głowę oraz kark. Zakrzepła krew, która zbrązowiała pod wpływem powietrza, odpłynęła w kierunku morza. Gdy się wyprostowałem, czułem się znacznie odświeżony.

Teraz musiałem wymyślić, jak przetransportować ten skarb do Nebogipfela. Potrzebowałem filiżanki lub jakiegoś innego pojemnika.

Siedziałem przez kilka minut przy strumieniu, rozglądając się z zakłopotaniem. Wydawało się, że cała moja pomysłowość wyczerpała się w trakcie ostatniej podróży przez czas i ten problem przekracza możliwości mojego zmęczonego mózgu.

W końcu odwiązałem buty od pasa, przepłukałem je jak najlepiej i napełniłem po brzegi wodą ze strumienia. Następnie przeniosłem ją, idąc wzdłuż plaży i przez las, do czekającego Morloka. Kiedy obmywałem zmaltretowaną twarz Nebogipfela i próbowałem go ocucić, żeby się napił, obiecałem sobie, że nazajutrz znajdę jakieś naczynie stołowe bardziej odpowiednie niż stary but.

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 128
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)