Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
Spał dziesięć godzin. Kiedy się obudził, roiły mu się w głowie równania ujmujące ideę interwału. Usiadł przy biurku, żeby je opracować. Po południu miał wykład i wygłosił go. Zjadł kolację w stołówce dla starszych wykładowców i rozmawiał tam z kolegami o pogodzie, wojnie oraz na każdy podniesiony przez nich temat. Jeśli dostrzegli w nim jakąś zmianę, nie zauważył tego, bo w gruncie rzeczy nie bardzo zdawał sobie sprawę z ich obecności.
Wrócił do swojego pokoju i pogrążył się w pracy.
Urrasyjczycy dzielili dobę na dwadzieścia godzin. Przez osiem dni spędzał od dwunastu do szesnastu godzin dziennie za biurkiem bądź krążył po pokoju, zwracając często swoje jasne oczy ku oknom, za którymi w ciągu dnia świeciło ciepłe, wiosenne słońce, a nocą gwiazdy i płowy, ubywający Księżyc.
Kiedy któregoś ranka Efor przyniósł mu na tacy śniadanie, zastał go leżącego na łóżku z zamkniętymi oczami, na wpół ubranego, mamroczącego coś w obcym języku. Obudził go. Szevek ocknął się spłoszony, po czym wstał i powlókł się do drugiego pokoju.
Biurko było do czysta wysprzątane; spojrzał na komputer, którego pamięć została skasowana i stał jak człowiek zdzielony po głowie, który jeszcze o tym nie wie. Służący zdołał go nakłonić, by się z powrotem położył.
— Pan ma gorączkę, sir. Czy wezwać doktora?
— Nie!
— Czy jest pan pewien, sir?
— Całkowicie! Nie wpuszczaj tu nikogo. Powiedz, że jestem chory, Eforze.
— Wtedy już na pewno przyślą panu lekarza. Powiem, że pan pracuje, sir. Oni to radzi słyszą.
— Wychodząc zamknij mnie na klucz — polecił Szevek.
Jego nieprzezroczyste ciało sprawiło mu zawód; osłabiony z powodu zmęczenia był rozdrażniony i zalękniony. Lękał się Pae, Oiie, policyjnej rewizji. Wszystko, co słyszał i przeczytał — jedynie w połowie to rozumiejąc — o urrasyjskiej (tajnej) policji, żywo i w całym swoim okropieństwie stanęło mu przed oczami, tak jak człowiekowi, który dopuściwszy do siebie myśl o chorobie, przypomina sobie zaraz wszystko, co przeczytał na temat raka. Gorączkowym, niespokojnym spojrzeniem obrzucił Efora.
— Mnie pan może zaufać — zapewnił go służący na swój ściszony, suchy, usłużny sposób. Przyniósł Szevekowi szklankę wody, po czym wyszedł i zamknął za sobą drzwi na klucz.
Przez następne dwa dni opiekował się Szevekiem z taktem, który niewiele miał do zawdzięczenia wyszkoleniu na sługę.
— Powinieneś zostać lekarzem, Eforze — stwierdził Szevek, kiedy już ustąpiło nieprzyjemne wycieńczenie, a pozostało jedynie osłabienie fizyczne.
— Tak też powiada moja stara. Za nic nie chce, żeby jej kto inny niż ja doglądał, kiedy najdzie ją chandra. „Ty masz do tego smykałkę” — mówi. Ja myślę.
— Zajmowałeś się kiedyś chorymi?
— Nie, sir. Już ja się wolę trzymać od szpitali z dala. Czarny to będzie dzień, kiedy przyjdzie mi zdychać w jednej z tych nor.
— Co widzisz takiego złego w szpitalach?
— Nic, sir, ale też do żadnego z nich nie zawieźliby pana, gdyby się panu pogorszyło — wyjaśnił uprzejmie Efor.
— O jakich więc mówisz?
— O naszych. Brud, smród i ubóstwo. Jak w dupie śmieciarza — powiedział obojętnie, opisowo. — Stare. Dzieciak mi w takiej jednej norze umarł. W podłodze dziury, wielgachne, słońce prześwituje, pan rozumie? Pytam się ich: „Co to jest?” Szczury tam włażą prosto do łóżek. Mówią mi: „stary budynek, służy za szpital ze sześćset lat”. Zakład Boskiej Harmonii dla Ubogich się nazywa.
Zasrana dziura.
— Twoje dziecko zmarło w takim szpitalu?
— Tak, sir, moja córka, Laia.
— Na co umarła?
— Zastawka w sercu. Tak powiedzieli. Nie pożyła długo. Dwa latka miała, jak umarła.
— Masz inne dzieci?
— Żadne nie żyje. Troje mi się urodziło. Cios dla mojej starej.
Ale teraz tak mówi: „Ano, przynajmniej nie musi o nie człowieka serce boleć, tyle choć tej pociechy!” Czy mogę panu jeszcze czymś służyć?
Ten nagły zwrot ku mowie wyższych sfer wstrząsnął Szevekiem; burknął ze zniecierpliwieniem:
— Tak! Mów dalej.
Być może dlatego, że Szevek powiedział to odruchowo, a może że był chory i nie należało psuć mu nastroju, Efor tym razem nie był tak oficjalny.
— Kiedyś myślałem, żeby iść na wojskowego lekarza — powiedział — ale capnęli mnie pierwsi. Pobór. „Ordynans — mówią — zostaniesz ordynansem”. No i zostałem. Dobra służba, ordynans.
Prosto z wojska panom poszłem służyć.
— A to w wojsku mógłbyś się wyszkolić na lekarza?
Potoczyła się rozmowa. Śledzenie jej przychodziło Szevekowi z trudem, tak z powodu trudności językowych, jak nieznajomości realiów. Dowiadywał się o rzeczach, jakich w swoim życiu nie doświadczył. Nigdy nie widział szczura, wojskowych koszar, szpitala dla wariatów, przytułku dla biednych, lombardu, egzekucji, złodzieja, czynszowej kamienicy, poborcy czynszu, bezrobotnego, który nie może znaleźć pracy, ani zwłok dziecka w rowie. Wszystko to istniało we wspomnieniach Efora jako zdarzenia banalne, powszednie okropności. Szevek musiał wytężać wyobraźnię i przywoływać w pamięci całą swoją wiedzę o Unras, by móc to wszystko w ogóle pojąć. Ale ponieważ były to rzeczy bardziej mu znane od wszystkiego, co tu dotąd widział, więc je zrozumiał.
To była ta Urras, o której uczył się w szkole na Anarres. Świat, z którego uciekli jego przodkowie, przedkładając nad niego głód, pustynię i wieczne wygnanie. To był ten świat, który ukształtował poglądy Odo i osiem razy zamykał ją w więzieniu za głoszenie ich. To ludzkie cierpienie, w którym tkwiły korzeniami ideały jego społeczeństwa: grunt, z którego wyrosły.
Co nie znaczy, że to właśnie była „prawdziwa Urras”. Dostojność i piękno pokoju, w którym przebywali z Eforem, były równie rzeczywiste, co nędza, w której się tamten urodził. Zadaniem człowieka myślącego nie było, według Szeveka, zaprzeczanie jednej rzeczywistości kosztem drugiej, ale uwzględnianie i łączenie ich obu. Nie było to łatwe.
— Znowu wygląda mi pan na zmęczonego, sir. Proszę lepiej odpocząć.
— Nie, wcale nie jestem zmęczony.
Efor przypatrywał mu się przez chwilę. Kiedy pełnił funkcję służącego, jego pomarszczona, gładko wygolona twarz pozbawiona była wszelkiego wyrazu. Podczas ostatniej zaś godziny Szevek obserwował niezwykłe na niej przemiany: była to surowa, to wesoła, cyniczna, to znów malowało się na niej cierpienie. Obecnie odbijała się na niej sympatia, ale i rezerwa.
— Niepodobne to do kraju, z którego pan przybył — zaryzykował Efor.
— Absolutnie.
— Tam u was nikt nie pozostaje bez pracy.
W jego głosie odezwała się lekka ironia, a może tylko pytanie.
— Rzeczywiście nikt.
— I nikt nie chodzi głodny?
— Nikt nie chodzi głodny, jeśli inni mają co jeść.
— Aha.
— Ale i my zaznaliśmy głodu. Cierpieliśmy głód. Osiem lat temu przeżyliśmy suszę. Słyszałem o kobiecie, która zabiła własne dziecko, bo wysechł jej pokarm w piersiach i nie miała co dać dziecku do jedzenia. Widzisz, Eforze, Anarres nie jest… nie jest krainą mlekiem i miodem płynącą.
— Nie wątpię w to, sir — przytaknął Efor z owym dziwnym u niego nawrotem do języka usłużnej grzeczności; po czym dodał z gniewnym grymasem, ukazując zęby: — A jednak nie ma tam żadnego z nich!
— Z nich?
— Pan wie, panie Szevek. Jak to pan raz powiedział. Posiadaczy.
Wieczorem następnego dnia odwiedził Szeveka Atro. Pae musiał czatować gdzieś w pobliżu, bo w kilka minut po wejściu staruszka, którego Efor wpuścił, wślizgnął się do pokoju i zaczął wypytywać z ujmującym współczuciem o niedyspozycję gospodarza.