Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
Vimes potrząsnął De-terminarzem.
— Co się z tobą dzieje? Ciągle podajesz mi spotkania kogoś innego, ty durne pudełko!
— Eee… Spotkania są wyznaczane dla komendanta Samuela Vimesa…
— To ja!
— Ale który z was? — spytał demon.
— Co?
— …biip…
Nie chciał powiedzieć nic więcej. Vimes zastanowił się, czy go nie wyrzucić, ale gdyby Sybil to odkryła, byłoby jej przykro. Wcisnął De-terminarz z powrotem do kieszeni i próbował skupić się na obserwacji pejzażu.
Jego siedzisko mogło być kiedyś fragmentem kolumny. Kawałek dalej zauważył inne jej części, a stos gruzu był chyba przewróconym murem. Podążył wzdłuż niego, aż uświadomił sobie, że spaceruje między budynkami — albo miejscami, gdzie kiedyś stały budynki. Kroki odbijały się echem wśród ruin. Tu leżał wrak jakichś schodów, tam sterczał kawałek filaru.
Jeden z nich był wyższy od pozostałych. Vimes podciągnął się i na płaskim szczycie znalazł parę wielkich stóp. Musiał tam stać posąg, a jeśli Vimes w ogóle znał się na posągach, to w jakiejś szlachetnej pozie. Teraz zniknął i pozostały tylko odłamane w kostkach stopy. Nie wyglądały szczególnie szlachetnie.
Na cokole — ponieważ ta jego strona była osłonięta przed wiatrem — zachowały się głęboko wyryte litery. W gasnącym świetle spróbował je odczytać:
AB HOC POSSUM VIDERE DOMUM TUUM
Zaraz… „domum tuum” to „twój dom”, prawda? A „videre” oznacza „widzę”…
— Co? — powiedział głośno. — „Widzę stąd twój dom”? A cóż to za szlachetna maksyma?
— Wydaje mi się, że miała to być przechwałka i groźba, sir Samuelu — wyjaśnił 71-godzinny Ahmed. — Zawsze uważałem, że to dość typowe dla Ankh-Morpork.
Vimes znieruchomiał. Głos rozlegał się tuż za nim.
I rzeczywiście był to głos Ahmeda. Brakowało w nim jednak tej sugestii żwiru i śliny wielbłąda, jakie prezentował w Ankh-Morpork. Teraz był to głos dżentelmena.
— Przez tutejsze echa — ciągnął Ahmed — mogę być niemal wszędzie. Nawet w tej chwili mogę trzymać wymierzoną w pana kuszę.
— Ale pan nie wystrzeli. Obaj możemy bardzo dużo stracić.
— Och, czyżby więc istniał honor wśród złodziei?
— Nie wiem — przyznał Vimes. Co tam… pora się przekonać, czy trafi w sedno, czy sam będzie trafiony. — A czy istnieje honor wśród policjantów?
Sierżant Colon wytrzeszczył oczy.
— Przenieść ciężar ciała na bok, sir? — upewnił się.
— Tak się steruje czarodziejskimi dywanami — wyjaśnił spokojnie Vetinari.
— Ale przypuśćmy, że przeniosę ten ciężar całkiem poza krawędź?
— Będziemy mieli więcej miejsca — stwierdziła nieczuła Beti. — No, dalej, sierżancie, przecież wie pan, jak się rozstawia ludzi po kątach.
— Nigdzie nie będę się rozstawiał — odparł stanowczo Colon. Leżał na dywanie wyciągnięty jak długi, mocno ściskając tkaninę obiema rękami. — To wbrew naturze. Tylko kawałek dywanu między mną a pewnym rozchlapnięciem.
Patrycjusz spojrzał w dół.
— Nie lecimy nad wodą, sierżancie.
— Już ja wiem, co chciałem powiedzieć, sir!
— Czy możemy trochę zwolnić? — spytała Beti. — Ten wiatr narusza moją prywatność, jeśli rozumiecie, o co mi chodzi.
Patrycjusz westchnął.
— I tak nie lecimy zbyt szybko — stwierdził. — Podejrzewam, że to bardzo stary dywan.
— Tutaj kawałek się wytarł — zauważyła Beti.
— Zamknij się! — rzucił Colon.
— Popatrz, można przebić palcem na wylot…
— Zamknij się.
— Zauważyłeś, że on się tak jakby huśta, kiedy ktoś się poruszy?
— Zamknij się!
— Ojej, patrzcie, te palmy w dole wyglądają na całkiem malutkie!
— Nobby, masz lęk wysokości — oświadczył Colon. — Wiem, że masz lęk wysokości.
— To stereotyp seksualny, ot co!
— Nie, wcale nie!
— Właśnie że tak! Na pewno liczysz, że zaraz zwichnę sobie nogę w kostce i będę dużo krzyczała! Moim obowiązkiem jest ci udowodnić, że kobieta może być nie gorsza od mężczyzny!
— W twoim przypadku praktycznie identyczna, Nobby. Za długo byłeś na słońcu i tyle. Nie jesteś kobietą!
Beti pociągnęła nosem.
— To akurat taka seksistowska uwaga, jakiej można się po tobie spodziewać.
— No ale nie jesteś!
— Chodzi o zasadę.
— Cóż, przynajmniej mamy transport — wtrącił Vetinari, a jego ton sugerował, że zabawa skończona. — Niestety, nie miałem czasu, by się dowiedzieć, gdzie przebywa armia.
— Aha! Tu mogę panu pomóc, sir! — Colon spróbował zasalutować, ale natychmiast znowu chwycił dywan. — Odkryłem to chytrym sposobem, sir!
— Doprawdy?
— Tajest! To miejsce nazywa się… En al Sams la Laisa, sir.
Przez chwilę dywan płynął naprzód w milczeniu.
— „Miejsce, gdzie Słońce nie Dochodzi”? — przetłumaczył Vetinari.
Znowu zapadła cisza. Colon starał się nie patrzeć na nikogo.
— A czy jest takie miejsce, które nazywa się Gebra? — zapytał nadąsany Nobby.
— Tak, Be… kapralu. Rzeczywiście jest.
— No to tam poszli. Oczywiście, macie na to tylko słowo kobiety.
— Dobra robota, kapralu. Kierujemy się na wybrzeże.
Patrycjusz odprężył się. W swym trudnym, zapracowanym życiu nigdy jeszcze nie spotkał kogoś takiego jak Nobby i Colon. Gadali bez przerwy, a jednak było w nich coś niemal… uspokajającego.
Pilnie obserwował zamglony horyzont, gdy stary dywan wchodził w zakręt. Pod pachą ściskał metalowy cylinder, który zrobił dla niego Leonard.
Drastyczne sytuacje wymagają drastycznych środków.
— Sir? — odezwał się Colon głosem stłumionym przez dywan.
— Słucham, sierżancie?
— Muszę to wiedzieć… W jaki sposób… no wie pan… sprowadził pan osła na dół?
— Perswazją, sierżancie.
— Co? Tylko pan mówił, sir?
— Tak, sierżancie. Perswazja. Oraz, przyznaję, zaostrzony kij.
— Aha! Wiedziałem!
— Cała sztuka przy sprowadzaniu osłów z minaretów — tłumaczył Patrycjusz, gdy w dole rozwijała się pustynia — zawsze polega na tym, by znaleźć tę część osła, która naprawdę bardzo chce zejść na dół.
Wiatr ucichł. Ptaki na skałach wyłączyły się na noc. Vimes słyszał jedynie piski małych stworzonek pustyni.
Potem zabrzmiał głos Ahmeda.
— Naprawdę mi pan zaimponował, sir Samuelu.
Vimes nabrał tchu.
— Wie pan, na początku udało się panu mnie nabrać. „Niech twe lędźwia będą pełne owocu”… To było niezłe. Rzeczywiście pomyślałem, że jest pan tylko…
Urwał, ale Ahmed podjął natychmiast:
— Jeszcze jednym poganiaczem wielbłądów z ręcznikiem na głowie? Ojojoj… A do tej chwili tak dobrze pan sobie radził, sir Samuelu. Wywarł pan wrażenie na księciu.
— Proszę dać spokój. Brakowało jeszcze, żeby pan zaczął wygłaszać dwuznaczne uwagi o melonach. Niby co miałem sobie pomyśleć?
— Niech się pan nie tłumaczy, sir Samuelu. Uważam to za komplement. I może się pan odwrócić. Nie pomyślałbym nawet, żeby pana skrzywdzić, chyba że zrobi pan coś nierozsądnego.
Vimes odwrócił się. W półmroku ledwie dostrzegał czarną sylwetkę.
— Podziwiał pan okolicę — zauważył Ahmed. — Ludzie Tacticusa zbudowali to wszystko, kiedy próbował podbić Klatch. Według dzisiejszych standardów nie było to właściwie miasto, ma się rozumieć. Tak naprawdę chodziło o demonstrację. „Tu jesteśmy i tu zostaniemy”. A potem wiatr się zmienił.