Biały smok [The White Dragon - pl]
- Автор: Маккефри Энн
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-890-6
- Переводчик: Anna Wojtaszczyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Biały smok [The White Dragon - pl]». Краткое содержание книги:
Jeden z ludzi Baldora próbował wsunąć F’larowi nóż w dłoń, ale F’lar nie mógł zwolnić uchwytu na lewej ręce T’kula.
— Zabiję cię, F’larze — powiedział T’kul przez zaciśnięte zęby, szarpiąc się, żeby obniżyć swoją prawą rękę, coraz to bliżej, z ostrzem kierującym się ukosem ku szyi spiżowego jeźdźca. Zabiję cię. Tak jak ty zabiłeś mojego Saltha. Tak jak zabiłeś nas! Zabiję cię! — Brzmiało to niemal jak jakaś pieśń, której rytm podkreślały wybuchy siły, jakie T’kul przywoływał z głębi swego szaleństwa.
F’lar oszczędzał oddech, wysiłek, z jakim trzymał ten sztylet z daleka od siebie widać było w ścięgnach, które mu nabrzmiały na szyi, w napiętych mięśniach twarzy, nóg i ud.
— Zabiję cię. Zabiję cię, tak jak to powinien był zrobić Tron! Zginiesz, F’larze!
T’kul tracił oddech, jego słowa były poszarpane, ale czubek jego noża pomału zbliżał się do celu.
Nagle F’lar wyrzucił lewą nogę w bok i owijając ją wokół lewej nogi T’kula szarpnięciem poderwał w górę stopę oszalałego jeźdźca z przeszłości, tak że stracił on równowagę. Z wrzaskiem T’kul poleciał w stronę F’lara, który zręcznie obrócił go dookoła własnej osi i pchnął w dół, wyrywając się z leworęcznego uchwytu, ale nadal trzymając silnie jego prawy nadgarstek. Władca z przeszłości wierzgnął i trafił F’lara w brzuch. Chociaż spiżowy jeździec nie wypuścił ręki z nożem, zwinęło go wpół, brakło mu tchu. Drugie kopnięcie T’kula zbiło go z nóg. F’lar upadł, ale poderwało go, kiedy T’kul wyszarpywał swoją rękę z nożem, żeby rzucić się na młodszego Przywódcę Weyru. Lecz F’lar odtoczył się ze zwinnością, która zdumiała widzów i zerwał na nogi, w momencie kiedy T’kul wyprostował się, zamierzając natychmiast przypuścić następny atak. Ale ta przerwa wystarczyła F’larowi, chwycił nóż, który Baldor nosił przy pasie.
Kiedy przeciwnicy stanęli naprzeciwko siebie, Robinton zorientował się po wyrazie ponurego zdecydowania na twarzy F’lara, że tym razem, kiedy bestia tego człowieka już nie żyła, bendeński Przywódca Weyru wykończy swojego przeciwnika. Jeżeli tylko będzie mógł.
Mistrz Harfiarzy z niechęcią podawał w wątpliwość bitewne umiejętności F’lara, ale T’kula nie można było uważać za zwykłego przeciwnika, gdyż sił dodawało mu szaleństwo rozpaczy po śmierci Saltha. Ten człowiek, starszy o jakieś dwadzieścia Obrotów, zasięg rąk miał równie szeroki jak F’lar, a dysponował dłuższym, bardziej zabójczym ostrzem. F’lar będzie musiał unikać tego ostrza tak długo, by zmęczyć T’kula i wyczerpać zasoby szalonej energii, którą posiadał Władca z przeszłości.
Z pokoju Władczyni Weyru buchnął pełen triumfu krzyk, a po nim jej przeszywający wrzask. Wystarczyło to, żeby odwrócić uwagę T’kula. F’lar był przygotowany na ten maleńki wyłom w jego koncentracji. Dał nura w kierunku T’kula, opuszczając rękę z nożem w dół i zanim ten zdążył odparować cios czy się od dołu zasłonić, F’lar pchnął w górę przez żebra, do serca. T’kulowi oczy wyszły na wierzch i padł martwy u jego stóp.
Władca Weyru pochylił się, opadł na kolano ciężko chwytając powietrze, potężnie utrudzony. Ze znużeniem pocierał tyłem dłoni czoło, a z całej jego postaci emanowało przygnębienie, jakiego doświadczał.
— Niczego innego nie mogłeś zrobić, F’larze — powiedział miękko Robinton, żałując, że brak mu sił, aby podejść bliżej.
Z komaty Władczyni Weyru wyszli odrzuceni konkurenci, oszołomieni uczestnictwem w tym godowym locie. Wyszli całą gromadą i Robinton nie mógł zorientować się, kto pozostał z Władczynią Weyru jako jej partner i kto był teraz Przywódcą Weyru Ista.
Ta nagła, niewytłumaczalna słabość zdezorientowała Harfiarza. Nie mógł złapać oddechu; nie starczało mu energii, żeby uspokoić Zaira, który trajkotał w dzikiej rozpaczy. Ból przeszedł z boku na pierś i był jak ciężki, przygniatający głaz.
— Baldorze!
— Mistrzu Robintonie! — Harfiarz istański rzucił się do niego, jego twarz wyrażała grozę i konsternację, kiedy pomagał Robintonowi przejść na najbliższą ławę. — Cały poszarzałeś. Twoje wargi są sine. Co się z tobą dzieje?
— Czuję się szary. Moja pierś! Wina! Muszę się napić wina! Ściany pokoju zaczęły się zaciskać wokół Harfiarza. Nie mógł złapać oddechu. Zdawał sobie sprawę, że ktoś krzyczy, wyczuwał panikę w powietrzu i próbował się poruszyć, żeby zapanować nad sytuacją. Jakieś ręce pchnęły go z powrotem na ławę, a potem położyły, kompletnie uniemożliwiając oddychanie. Wytężył siły, chciał usiąść.
— Pozwólcie mu. Będzie mu lżej oddychać.
Niejasno Robinton rozpoznał po głosie Lessę. Skąd ona się tu wzięła? Potem ktoś go podtrzymał i było mu już łatwiej oddychać. Gdyby tylko mógł odpocząć, zasnąć.
— Usuńcie wszystkich z Weyru. — Lessa wydawała rozkazy.
Harfiarzu, Harfiarzu, słuchaj nas. Posłuchaj nas. Harfiarzu, nie śpij. Zostań z nami. Harfiarzu, jesteś nam potrzebny. Kochamy cię. Słuchaj nas.
Te głosy w jego głowie brzmiały obco. Pragnął, żeby wreszcie umilkły, tak żeby mógł zastanowić się nad tym bólem w piersi i nad snem, którego tak rozpaczliwie potrzebował.
Harfiarzu, nie możesz odejść. Musisz zostać. Harfiarzu, kochamy cię.
Te głosy były zagadkowe. Nie znał ich. To nie mówiła ani Lessa, ani F’lar. Te głosy były głębokie, natarczywe i odzywały się w jego umyśle, gdzie nie mógł ich ignorować. Pragnął, żeby zostawiły go w spokoju, tak żeby mógł zasnąć. Był taki zmęczony. T’kul był za stary, żeby wysyłać swojego smoka na ten lot czy żeby wygrać w walce. A przecież on był starszy od T’kula, który spał teraz snem wiecznym. Gdyby tylko te głosy również jemu pozwoliły zasnąć. Był taki zmęczony.
Nie możesz jeszcze spać, Harfiarzu. Jesteśmy z tobą. Nie możesz nas opuścić. Harfiarzu, musisz żyć! My ciebie kochamy.
Żyć? Oczywiście, że będzie żył. Niemądre głosy. Był po prostu zmęczony. Chciało mu się spać.
Harfiarzu, Harfiarzu, nie opuszczaj nas. Harfiarzu, my ciebie kochamy. Nie odchodź.
Głosy nie były hałaśliwe, ale trzymały się go, wczepiały się w jego myśli. To było to. Nie dawały mu przestać myśleć.
Ktoś przystawiał mu coś do warg.
— Mistrzu Robintonie, musisz się postarać przetknąć lekarstwo. Musisz spróbować. To uśmierzy ból. — Ten głos rozpoznał. Lessa. Doprowadzona niemal do szaleństwa.
Oczywiście, musiało tak być, przecież F’lar musiał zabić jeźdźca, i te wszystkie kłopoty po kradzieży jaja, i Ramoth taka zdenerwowana.
Harfiarzu, posłuchaj Lessy. Musisz posłuchać Lessy, Harfiarzu. Otwórz usta. Musisz spróbować.
Mógł nie zwracać uwagi na Lessę, mógł słabo odpychać kubek od ust i próbować wypluć gorzką w smaku pigułkę, która mu się rozpuszczała na języku, ale nie mógł zignorować tych natarczywych głosów. Pozwolił przysunąć sobie wino do ust i popił nim pigułkę. Przynajmniej byli na tyle uprzejmi, że dali mu wino, a nie wodę. Woda byłaby poniżej godności Harfiarza Pernu. Nigdy by mu się nie udało przełknąć wody przy tym bólu w piersi.
Wydawało mu się, że coś pękło w jego wnętrzu. A, to ten ból w piersi. Łagodniał teraz, jak gdyby to pęknięcie poluzowało ciasną opaskę, która ściskała jego serce.