Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 116
Перейти на страницу:

Skoncentrował się i zielonkawy blask stopniowo przygasł. Kilkanaście metrów dalej jednak światło pojawiło się znowu, lecz nie biło już od zwiadowcy. Rozjarzyło się gdzieś za zakrętem mdłym, migotliwym blaskiem. Vuko odstawił ostrożnie swój kaganek w miejscu, w którym nie kapało z powały, i odwrócił miecz w dłoni ostrzem do tyłu.

Od tej pory szedł bezgłośnie, ostrożnie stawiając kroki. Pochylony i napięty niczym sprężyna, z jedną ręką wystawioną do przodu i ostrzem ukrytym za odchylonym ramieniem.

Jaskinia była nieduża, prawie okrągła, miała może z sześć metrów średnicy i wysokie sklepienie najeżone stalaktytami, sterczącymi jak zęby narwali. Oświetlał ją krąg ustawionych pod ścianą kaganków.

A na wprost wejścia stał van Dyken. Wysoki, w swoim długim, czarnym płaszczu, z włosami sczesanymi na tył głowy. Stał i uśmiechał się drwiąco.

Drakkainen uderzył błyskawicznie jak kobra, wycinając w powietrzu ukośny krzyż. Pierwsze cięcie w lewą tętnicę, drugie poziomo przez brzuch. Bez namysłu.

Miecz uderzył twardo, jak w kamień, dwa ostre szczęknięcia odbiły się echem od stropu, a van Dyken zniknął. Gdzieś jakby spod ziemi rozległ się śmiech. Nie monumentalny, operowy rechot czarnego charakteru, ale zwyczajny, złośliwy chichot.

Ostrze wytrzymało, zarobiło tylko dwie niewielkie szczerby, lecz wstrząs uderzenia poraził Drakkainenowi na chwilę dłoń przykrym bólem, promieniującym aż do łokcia.

Uświadomił sobie istnienie swojej magicznej aureoli, poczuł ją, poczuł mrowienie na skórze, jak przy potężnej cewce magnetycznej, następnie nakazał mgle skupić się, zacząć wirować na podobieństwo mgławicy. Działał na oślep. Instynktownie.

Pomyślał o podmuchu lodowatego powietrza. Ruchu cząsteczek. O wichrze.

A potem machnął dłonią i zgasły wszystkie kaganki. Ciemność spadła na jaskinię niczym czarna woda. Wszystko znikło. W wilgotnym, zimnym powietrzu uniósł się swąd przypalonych knotów i oliwy.

Panowała nieprzenikniona, aksamitna ciemność.

Ciemność ostateczna.

Pamiętał, gdzie znajdują się skały i gdzie sterczą stalagmity. Prześlizgnął się bezgłośnie jak kot na drugą stronę pieczary i stanął tak, żeby mieć za plecami litą skałę.

Dwa ciemne miejsca z tyłu, plamy mroku, w których nie zdążył niczego zobaczyć, to mogły być zwykłe wnęki albo wyloty następnych korytarzy. W górze kolejne takie miejsce: ciemna szczelina, która mogła być kominem prowadzącym do jaskiń albo i na zewnątrz czy na szczyt góry.

Stał ostrożnie, nie wydając nawet najdrobniejszego dźwięku, wciągał powoli powietrze nosem i węszył. Próbował odszukać w pamięci zapach van Dykena. Osobistą konfigurację estrów i kwasów organicznych, zapachowy podpis, jedyny w swoim rodzaju, ale bez wspomagania to wcale nie było łatwe. Nie czuł nic. Tylko obcą woń jakby pleśniejących szmat i stęchłego twarogu. Skoncentrował się na ruchach powietrza. Lekko ciągnęło z góry, to widocznie był komin, trochę wiało z jednego z hipotetycznych korytarzy. Powietrze stamtąd płynęło wilgotne, przesycone wodnym pyłem i czymś jeszcze. Czymś ciężkim, mineralno-chemicznym, przypominającym trochę spaleniznę.

Metan.

W śladowych ilościach.

Stał, ważąc miecz w dłoni, i czekał na dźwięk. Szelest ubrania, oddech, bicie serca, westchnienie, skrzypnięcie stawów albo zgrzyt trąconego w ciemności kamienia.

Nic.

Mrok niósł tylko bardzo odległy, nikły szum wody, bliżej cichy chlupot, a jeszcze bliżej pojedyncze melodyjne pluśnięcia spadających ze stropu maleńkich kropel.

Gdyby miał wspomaganie, byłby w stanie usłyszeć pełznącego po kamieniach pająka. Czekał.

Wyobraził sobie cząsteczki metanu wymieszane śladowo z powietrzem. Atom węgla, otoczony symetrycznie czterema atomami wodoru, jak szkielet piramidy. Tetraedr. Poczuł je całym sobą. Wyobraził sobie,, że może nakazać tym cząsteczkom wędrować ku sobie jak kulkom rtęci, że posłuszne jego wezwaniu ciągną korytarzami, wysnuwają się ze skał, wypływają ze znajdujących się pod górą pokładów węgla i gnają do jaskini, w której stoi, zagęszczają się w niewielki obłok.

Nie miał pojęcia, czy to coś daje. Improwizował, ale czuł cały czas mrowienie na skórze, zwłaszcza wzdłuż dłoni. Coś się działo.

Poczuł też, choć to mogła być tylko jego fantazja, że gorzkawy zapach węglowodorów staje się silniejszy. Niemal wyczuwalny.

Pomyślał, że może odzyskuje część utraconego wspomagania. Czy metan nie powinien być dla normalnego człowieka bezwonny?

Wyobraził sobie, że rozdziela obłok gazu na trzy części, że wtłacza dwie z nich w odnogi korytarzy, a trzecią zbiera pod powałą. Że mieszają się dokładnie z powietrzem.

A potem wymyślił iskrę.

Poczuł ją. Zmusił do istnienia. Gwałtowny skok drgań elektronów. Coraz szybciej i szybciej, aż wolne ładunki zerwą się ze swoich orbit i utworzą na mgnienie oka naładowaną energią chmurę. Wybuch supernowy dla mikroskopijnego kosmosu atomów.

Nic.

Czuł tylko, że włosy wstają mu na całym ciele, że chmura diamentowego pyłu wiruje wokół niego jak szalona.

— Palaa, huora! Läämittää!

Ładunki elektrostatyczne na jego skórze przekroczyły wartość krytyczną i Drakkainen strzelił na wszystkie strony iskrami.

Huknęło przeraźliwie, trzy błękitne rozbłyski niczym blask spawarki zalały jaskinię, plama ognia rozlała się po suficie. Łoskot eksplozji przeniknął górę, popłynął odległymi korytarzami, wstrząsnął pieczarami.

Drakkainen pomyślał, niesiony przez ten gwałtowny ułamek sekundy, że jeśli van Dyken nie skrył się w wylocie korytarzy albo komina, to może stał się niewidzialny. Może umiał okryć się jakimś optycznym kamuflażem i stoi spokojnie tam, gdzie stał przedtem. Na środku pieczary.

Zdążył zawrócić strzelające korytarzami snopy ognia, postawić im na drodze tamy ze stężałego powietrza i pchnąć je z powrotem. Ogień fuknął jeszcze raz resztką metanu, trzema niebieskawymi jęzorami, tym razem do wnętrza. Smagnął wnętrze jaskini, buchnął gorącem i zgasł.

Ale wtedy na środku stał już płonący człowiek.

Nieruchoma pochodnia, ogarnięta huczącym płomieniem, z rozłożonymi ramionami, jak znak Ku-Klux-Klanu. Jak niosący światło anioł o piórach z płomieni.

Van Dyken płonął, lecz tak, jakby go to nie dotyczyło, jakby pożar nie pokrywał jego skóry bąblami, jakby nie gotowały mu się oczy, nie topiły z trzaskiem włosy. Nie wrzeszczał, nie ciskał się na wszystkie strony, tylko stał i płonął niczym piekielny strach na wróble. Przez ułamek sekundy.

W następnym cały ogień nagle runął Drakkainenowi w twarz niby fala przyboju.

Zanim padł na ziemię, wrzeszcząc wśród trawiących go płomieni i tarzając się po wilgotnej podłodze jaskini, zdążył jeszcze pomyśleć. Zanim stał się wyjącą żywą pochodnią, płonącą z trzaskiem wśród smażącej się skóry, gotujących oczu i wrzącego w ciele tłuszczu, zdążył pomyśleć, że stojący pośrodku jaskini van Dyken ma wypełnione fioletem oczy, jak dwa polerowane karbunkuły. Mieniące się żuki wypełniające powieki, a nie rybie oczy człowieka. Ma oczy miejscowego.

I wtedy ogień zgasł.

Nagle i w jednej chwili.

Zapanowała ciemność.

A potem zapłonęły wszystkie kaganki. Zapaliły się z cichym fuknięciem i zalały pieczarę ciepłym światłem.

Pośrodku znajdował się kamienny dysk, czarny i gładki niczym blat stołu polerowany z obsydianu. Dysk, który cały czas obracał się powoli, lewitując kilka centymetrów nad podłogą jaskini.

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)